Adam Maksymowicz: Oszczędzać energię
Waldemar Pawlak zapytany kiedyś o to, co zrobić, aby więcej oszczędzać na wydatkach publicznych, administracyjnych itp., odpowiedział, że lepiej pomyśleć nad tym jak więcej zarobić, aby móc więcej wydawać. Filozofia ta jakoś nie może przebić się w zarządzanym przez wicepremiera ministerstwie gospodarki. Podjęło ono kampanię informacyjną, jak oszczędzać energię w najprostszych domowych czynnościach. Widać jednak, że nie przynosi ona pożądanych rezultatów. Postanowiono, że czas z siły argumentu przejść na argument siły. Tym ostatnim ma być ustawa o efektywności energetycznej. Jej uzasadnienie jest proste. Nie można przemówić do rozsądku, to przemówimy do kieszeni. Tylko nie poprzez restrykcje, bo to się źle się kojarzy na równych i równiejszych, będą natomiast promocje. Od trzech lat prowadzone na ten temat debaty wstrzymały szereg inwestycji energetycznych. Po co teraz wydawać pieniądze, kiedy możemy poczekać na choćby częściowy zwrot nakładów z budżetu. I tak rząd, który dąży do rozwoju tej niezwykle ważnej dziedziny naszej gospodarki, sam wstrzymuje inwestycje łudząc przyszłych inwestorów dopłatami, ulgami i innymi gratyfikacjami.
Mgnienie oka
Na stronach internetowych ministerstwa gospodarki od 2007 roku publikowane są materiały pod hasłem „Czas na oszczędzanie energii”. Ich celem jest zwiększenie energetycznej efektywności polskiej gospodarki. Ukazały się poradniki, broszury, a nawet plakat. Ewenementem są specjalne materiały skierowane do dzieci w wieku przedszkolnym i ich rodziców. Propagandowe środki wsparto też czynnie przekazując gminom 54 500 sztuk energooszczędnych świetlówek wraz z taką samą ilością związanych z tym plakatów. Średnio wypadło po 12 świetlówek na gminę. Czyli starczyło akurat dla sołtysa, wójta i burmistrza. Dobre i to. Liczą się intencje. Te gminy, które przysłały do ministerstwa informacje o wykorzystaniu prezentu, dostały dodatkowo kolejne 10 świetlówek. Taka świetlówka to rarytas wart kilkanaście złotych. Łatwo policzyć, że dzięki inicjatywie ministerstwa nie tylko zaoszczędzono kolejne kilowaty energii, ale też znacząco wzrósł gminny majątek.
Podjęto też działania multimedialne w postaci telewizyjnych i radiowych spotów. Jeden z nich głosi np. „Wyłączając komputer z monitorem na noc można ograniczyć emisję CO2 nawet o pół tony rocznie”. Ograniczenie emisji dwutlenku węgla jest naszym narodowym sportem. Można powiedzieć, że pod tym względem ministerstwo trafiło w dziesiątkę. Podobnych haseł było jeszcze kilkanaście. Ich porażająca wręcz treść nie pozostawiała żadnych wątpliwości, co do potrzeby natychmiastowego ich wprowadzenia w życie. Na tym pozytywy się kończą i zaczynają się przysłowiowe „schody”. Otóż, nie każdy w Polsce posiada komputer i ma na dodatek ochotę oglądać strony internetowe ministerstwa gospodarki. Spoty telewizyjne i radiowe giną w nawale reklamy pasty do zębów itp. artykułów codziennego użytku. Po minucie już się ich nie pamięta. Rezultat jest taki, że w sumie działania promocyjne mają oddziaływanie na świadomość przeciętnego obywatela zaledwie w czasie liczonym w sekundach. Czyli na przysłowiowe „mgnienie oka”. Inaczej mówiąc jest ono żadne. Zabrakło tych wydawnictw w sklepach, biurach opłat za energię, na poczcie i na dworcach oraz wszędzie tam, gdzie wszyscy z nas muszą przebywać. Całą tę kampanię można ocenić, jako pozorowaną i mającą tylko udowodnić, że w ogóle ministerstwo coś w tej sprawie robi.
Szesnasta wersja
Ostatnie komunikaty prasowe triumfalnie donoszą, że ministerstwo gospodarki pracuje już nad szesnastą wersją ustawy o efektywności energetycznej. Założenia do ustawy o efektywności energetycznej gotowe były już w lipcu 2007 r., i od tego czasu nie udało się uzgodnić jej projektu. Zakładano wtedy, że wejdzie ona w życie w maju 2008 r. W dniu 3 sierpnia nad ostatnią wersją tego prawa rozpoczęła prace Komisja Prawnicza przy Rządowym Centrum Legislacyjnym. Nieporadność rządowych decydentów przez większość mediów zaczyna być uznawana za cnotę. W ten sposób najważniejsze ustawy dotyczące modernizowania polskiej gospodarki giną w powodzi sprzecznych interesów, których rząd w żaden sposób nie może pogodzić, ani uzyskać pożądanego konsensusu dla projektowanych aktów prawnych. Podobny los spotkał też projekt ustawy regulującej wydobycie surowców i kopalin pod tytułem „Prawo geologiczne i górnicze”. Niekończące się nad nim dyskusje, elementarne błędy merytoryczne dają do ręki broń i amunicję jego krytykom. Po kolejnych debatach z ustaw tych pozostają tylko strzępy. Tym razem pada kolejna zapowiedź, że ustawa o efektywności energetycznej ma jeszcze w bieżącym roku trafić do Sejmu.
Białe certyfikaty
W ciągu ostatnich dziesięciu lat dokonał się ogromny postęp w zakresie energochłonności polskiej gospodarki. Zmniejszyła się ona o blisko jedną trzecią. Nadal jednak zużywamy trzy razy więcej energii niż w największych krajach europejskich oraz dwa razy więcej niż wynosi średnia w krajach UE. Ustawa miała wprowadzić białe certyfikaty, czyli mechanizm pozyskiwania, umarzania i obrotu świadectwami potwierdzającymi przeprowadzenie działań energooszczędnych. Zasady tego mechanizmu i katalog firm, które miałyby być nim objęte budzi jednak wielkie spory.
Zdaniem części krytyków zasady białych certyfikatów są zbyt skomplikowane, a systemem tym nie powinny być objęte firmy energetyczne. Jego istotnym elementem jest audyt producenta energii i w jego wyniku nałożone na niego obowiązki i procedury oszczędnościowe. Wywiązanie się z nałożonych obowiązków skutkować ma umorzeniem białego certyfikatu. Wiele przedsiębiorstw ma być objętych dofinansowaniem przeprowadzonych audytów i realizacji programów oszczędnościowych. Według dostępnej 14 wersji projekt ustawy jest zwięzły i posiada tylko 48 artykułów, które zajmują 28 stron tekstu. Pozytywnym elementem jest też dołączone do niego obszerne uzasadnienie obejmujące 32 strony druku. Opór wielu producentów energii przeciwko białym certyfikatom znacząco opóźnia wprowadzenie ustawy w życie.
Uspokoić Komisję UE
Projekt ustawy o „efektywności energetycznej” wypełnia nasze zobowiązania wynikające z odpowiedniej dyrektywy UE. Wprowadzenie tego rodzaju przepisów dało znaczące efekty w wielu krajach. Wynikający z rygorów prawa strach i przymus mają doprowadzić do stosownych działań oszczędnościowych. Na dłuższą metę wydają się one jednak zawodne. Firmy energetyczne i przedsiębiorstwa wytwarzające energię zapewne znajdą sto i jeden sposobów, aby prawo to odnosiło tylko sukcesy statystyczne, formalne, sprawozdawcze itp. W tej sprawie, jak w każdej innej wola rywalizacji, konkurencji i utrzymania się na rynku jest prawdopodobnie znacznie mocniejszą motywacją do energooszczędnych inwestycji, niż prosty przymus administracyjny. Stąd też strach i opór polskich producentów energii. Jest on wprost proporcjonalny do skali administracyjnego dyktatu. W ten sposób propozycje nowej ustawy raz po raz są utrącane na ogół przez tych samych polityków, którzy je tworzyli. Sytuacja jest patowa. Jednak kolejna już szesnasta jego wersja świadczy o nieskutecznych działaniach rządu, który usiłuje wprowadzić ją w życie. Być może, że cała ta „afera” związana z ustawą o efektywności energetycznej jest kontynuowana świadomie dla uspokojenia Komisji UE. Robimy, co możemy, ale jak widać mamy trudności. Dlatego na razie wszystko musi zostać po staremu. Jest to jedyne sensowne wytłumaczenie tego wszystkiego, co dzieje się wokół ustawy o efektywności energetycznej.