Adam Maksymowicz: Klimatyczni Lilipuci
Narastająca propagandowa walka z ociepleniem klimatu ma w sobie coś z powieści Jonathana Swifta „Podróże Guliwera”. Otóż Liliputom wydaje się, że są mocarstwem, przed którym musi skapitulować nawet taki olbrzym, jak Guliwer. Teraz analogia ta powtarza się w innym wydaniu. Oto ludzie zamieszkali Europę i inne kontynenty usiłują zmienić niekorzystne dla nich procesy zachodzące w kosmosie i na globie, na którym mieszkają. Atmosfera, którą oddychają zaczyna zawierać coraz więcej dwutlenku węgla. Nie wiele się zastanawiając dochodzą oni do wniosku, że są sami sobie winni.
Z wyliczeń wynika, że to oni najwięcej wydzielają tego gazu. Co robić? Ano trzeba zmniejszyć ilość tego dwutlenku węgla, bo inaczej zabraknie tlenu i wszyscy się podusimy. Dokładnie to jednak nie wiadomo, kto wytwarza tego dwutlenku węgla najwięcej. Jedni twierdzą, że głównie pochodzi on z nagrzanych wód mórz i oceanów. Drudzy, że z wulkanów i naturalnych erupcji dwutlenku węgla z głębi Ziemi. Pojawiają się też inne jeszcze poglądy na ten temat. Tak, czy inaczej wynika z nich, że skala „zatrucia” środowiska przez człowieka waha się w granicach jednego procenta. Na to wszystko światowa polityka odpowiada, że jak już nic nie możemy zrobić oceanom, wulkanom itp. siłom przyrody, to zmniejszyć trzeba do minimum, chociażby ten jeden procent.
Lider
Światowym liderem redukcji dwutlenku węgla w atmosferze jest Unia Europejska. Jej dyrektywa to trzy razy dwadzieścia (redukcja emisji o 20 procent do 2020 roku przy jednoczesnym wytwarzaniu energii ze źródeł odnawialnych w skali 20 procent). Okazuje się jednak, że wobec stałego wzrostu zawartości tego gazu w atmosferze trzeba będzie wskaźniki te podnieść o kolejne dziesięć procent. Wszystkie nakłady na ograniczenie wytwarzania dwutlenku węgla wpływają znacznie na wzrost ceny towarów produkowanych w krajach UE. W ten sposób przegrywają one konkurencję handlową przede wszystkim z USA, Chinami i Rosją, które formalnie to wszystko nawet popierają, ale sami w praktyce nic w tej sprawie nie robią.
Podpisują stosowne umowy, protokoły i uzgodnienia. Silne ekonomicznie i politycznie mocarstwa światowe, całą tę sprawę rozgrywają w kontekście przychylnej dla siebie propagandy. Poza badaniami, nie czynią one jednak żadnych kroków w skali przemysłowej i znaczącej dla kosztów ich gospodarki. Powoduje to, że sprawa ich rzeczywistego zaangażowania w te procedury jest wielce zagmatwana, niejasna i skomplikowana. Jedno jest pewne, że kraje UE będące w tej sprawie liderem, poniosą największe koszta finansowe, gospodarcze, cywilizacyjne i wszelkie inne związane z utratą miejsc pracy, wzrostem cen towarów i usług, oraz ogólnym obniżeniem stopy życiowej.
Lider wśród liderów
Takim liderem wśród krajów europejskich pragnie być Polska. Jest to zadanie bardzo chwalebne i ambitne. Jednocześnie wymaga ono niezwykłych wyrzeczeń, kosztów i inwestycji na skalę dotąd niespotykaną. Rolę tę Polsce nadaje Ministerstwo Środowiska. Ostatnio, jego kolejni ministrowie są gorącymi zwolennikami ograniczenia emisji dwutlenku węgla w naszym kraju. To wszystko jest stosunkowo łatwo wymagać, planować, postulować i przypominać stając się w ten sposób europejskim pupilem. Ten ministerialny entuzjazm, energia, praca i niezłomne przekonanie o słuszności sprawy napotyka jednak na twardy opór rzeczywistości. Okazuje się, że najwyższe pod tym względem koszta w całej strukturze UE poniesie właśnie Polska. Wiąże się to z koniecznością przebudowy całej polskiej energetyki, która w 95 procentach oparta jest na węglu. Jego spalanie powoduje największe dostawy dwutlenku węgla do atmosfery. Dotychczasowe elektrownie są przestarzałe i zdekapitalizowane. Wymagają one pilnej wymiany na obiekty znacznie bardziej nowoczesne. Zapowiadane pod tym względem instalacje wychwytujące ten gaz powodują kilkuprocentowy spadek efektywności każdej takiej elektrowni. Jej koszta budowy i eksploatacji też są wyższe od tzw. klasycznych pod tym względem siłowni. Krótko mówiąc rola lidera, jakim zamierza być Polska prostą droga prowadzi do jej gospodarczego bankructwa.
Carbon capture and storage (CCS)
Tytułowym angielskim terminem określa się podziemne składowanie dwutlenku węgla. Geolodzy z Państwowego Instytutu Geologicznego w Warszawie uważają, że nadmiar dwutlenku węgla najlepiej wtłoczyć pod ziemię. Do głębokich struktur i poziomów wodonośnych, gdzie bez ryzyka zostanie przechowany przez setki a nawet tysiące lat. Rozwiązanie to, zwane sekwestracją geologiczną sprowadza się do wyłączenia z obiegu znacznych ilości dwutlenku węgla na bardzo długi okres czasu, co może ograniczyć skutki globalnego ocieplenia. Sekwestracja geologiczna uważana jest za jeden z najważniejszych środków pozwalających na spełnienie wymagań protokołu z Kioto, a jest to szczególnie istotne w przypadku naszego kraju, opierającego swą energetykę głównie na spalaniu węgla kamiennego i brunatnego. Wdrożenie sekwestracji na skalę przemysłową wymaga jednak gruntownego rozpoznania geologicznego potencjalnych składowisk oraz zbadania ich wpływu na środowisko i określenie związanych z tym zagrożeń. Jest to jedno z najważniejszych zadań, jakie stoi obecnie przed Państwowym Instytutem Geologicznym. Jego realizacja, rozłożona na wiele lat, wymagać będzie współpracy interdyscyplinarnej z wieloma krajowymi i zagranicznymi ośrodkami naukowo-badawczymi. Powstało w tym zakresie krajowe konsorcjum instytucji naukowych i zainteresowanych przedsiębiorstw mające znaleźć podziemne zbiorniki dla składowania dwutlenku węgla. Pierwsze wyniki jego pracy mają być znane już w 2012 roku.
Ekonomia
Można powiedzieć, że badania, to jeszcze najmniejszy koszt całego przedsięwzięcia związanego z sekwestracją dwutlenku węgla. Znając dorobek polskich geologów i ich osiągnięcia w skali zarówno krajowej, jak i międzynarodowej, można być przekonanym, że zbiorniki takie na pewno się znajdą. Być może, że będą one spełniać również wszystkie wymagania szczelności, pojemności itp. dla zapewnienia bezpieczeństwa i ochrony środowiska. Jest jednak kłopot, który prawdopodobnie będzie całą tę imprezę czynił bezprzedmiotową. Tak się składa, że główni producenci dwutlenku węgla w Polsce położeni są na południu kraju. Ekonomiczny wymóg jest taki, aby podziemne zbiorniki na dwutlenek węgla położone były, jak najbliżej jego emitenta. W miarę możliwości w promieniu ok. 10 km. Wraz z odległością skokowo wzrasta koszt dostawy dwutlenku do podziemnego zbiornika. Wchodzą w rachubę dwa rozwiązania. Dowóz transportem kolejowym lub samochodowym. Na dalsze odległości należałoby budować rurociągi. Jest to wielce mało prawdopodobne, aby przede wszystkim w rejonie Górnego i Dolnego Śląska takie zbiorniki znalazły się tuż przy wielkich zakładach energetycznych. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że będą one przede wszystkim w centralnej części kraju. Będzie to korzystne dla takich elektrowni jak Bełchatów, czy też zespół Pątnów – Adamów – Konin. Na Górnym Śląsku jest to wszystko bardzo utrudnione, ze względu na spękany wszędzie górotwór, wtórnie zniszczony przez eksploatacje górniczą. Nie daje to żadnych tutaj gwarancji dla szczelności tego rodzaju zbiorników. Przesyłanie zaś dwutlenku węgla na odległości liczone w dziesiątkach kilometrów, a nawet w setkach przestaje mieć jakiekolwiek uzasadnienie ekonomiczne.
Lilipucie prężenie muskułów
Andrzej Kraszewski – minister środowiska pod tym względem prezentuje urzędowy optymizm. Twierdzi on, że wszystkie ostatnio dotykające nas klęski żywiołowe, jak powodzie i inne katastrofy ekologiczne spowodowane są ociepleniem klimatu. Przekonanie to podtrzymuje mimo kolejnych coraz bardziej zimnych kolejnych pór roku w naszym kraju. Podejmowane w tym zakresie międzynarodowe działania mają znacząco obniżyć temperaturę na ziemi. Na ten temat od piętnastu lat, kiedy podpisano protokół z Kioto, zaczęto energicznie wdrażać wszystkie procedury związane z ochroną klimatu. Wkrótce czekają nas kolejne obrady Konferencji Klimatycznej ONZ w Meksyku, która odbędzie się w dniach 29.11 – 10.12.br. Można powiedzieć, że wraz z narastającą ilością dokumentów, postanowień i uzgodnień, klimat nic sobie z tego nie robi. W wyniku ich tworzenia, podpisywania i nagłaśniania średnia temperatura na Ziemi nie zmniejszyła się nawet o jedną dziesiątą stopnia Celsjusza. Wręcz przeciwnie, jak sam minister zauważył mimo to wszystko w klimacie idzie ku gorszemu. Czy wobec tak nieudanych przedsięwzięć nie lepiej ten klimat zostawić w spokoju? Czy nie lepiej wydawane miliardy euro na iluzoryczne poprawianie klimatu wydać je na dostosowanie się do niego? Wszak poprawianie kosmosu, globu i innych sił pozaziemskich coraz bardziej wydaje się przypominać Lilipucie prężenie muskułów wobec wszechświata, którego tak naprawdę nawet jeszcze dobrze nie znamy.