Adam Maksymowicz: KGHM w sądzie
fot: lubin.pl
Sprzedaż akcji KGHM cieszyła się dużym zainteresowaniem inwestorów.
fot: lubin.pl
Tak duża firma ma tysiące interesów. Nie wszystkie jej umowy i kontrakty są realizowane ku obopólnemu zadowoleniu zleceniodawcy i wykonawcy. Nic więc dziwnego, że wiele jej spraw, interesów i kontraktów ma swój finał w sądzie. Jedna z nich zwraca jednak szczególną uwagę. Oto przed wrocławskim sądem pracy toczy się sprawa znanego naukowca, który cały swój dorobek poświęcił tej firmie. Jest ona bardzo dziwna, pełna niejasności, a nawet tajemniczości. Relacjonując jej zawiłości i związane z nią kontrowersje nie sposób zadumać się nad tym, jak traktuje się tutaj zasłużonych ludzi dla KGHM. Wydawałoby się, że kto, jak kto, ale tej klasy uczony zasługuje na szacunek i uznanie. Tymczasem nic z tych rzeczy. Nasz naukowiec miał jak najlepsze oceny. Był klasycznym pracownikiem badawczym, którego pasją było coraz doskonalsze rozpoznanie złoża rud miedzi. Dziesiątki publikacji w prestiżowych czasopismach naukowych, wykłady i referaty na międzynarodowych konferencjach, doktorat i rozpoczęta habilitacja, wszystko to w konsekwencji okazało się nic nie warte.
Agent SB
Zwolniony z pracy naukowiec współpracował z „młodymi i wykształconymi” kolegami. Przeglądając jego komputer odkryli oni, że w koszu nie skasował on plików z zapisem różnych konferencji, rozmów i narad na tematy zawodowe. Wszystko to przegrali oni na płyty i zawiadomili o tym władze firmy, przedstawiając swoje nagrania, jako dowód rzeczowy w zbieraniu przysłowiowych „haków” na swoich rozmówców i przełożonych. Tłumaczenia naukowca, że cierpi on na dysleksję, czym się dotąd przed nikim nie chwalił, uznano za niezręczne tłumaczenie się z nagannej czynności. Nie pomogły tu żadne zaświadczenia lekarskie, żadne wyjaśnienia itp. Ogłoszono, że jest on agentem Służby Bezpieczeństwa, z którym firma w trybie natychmiastowym musi rozwiązać umowę. Przybity rozwojem sprawy nie wiedział on nawet, jak się zachować w takiej sytuacji. Wszystko to działo się na początku minionego roku, kiedy przynajmniej od strony formalnej SB była już tylko wspomnieniem historycznym. Eksperci od służb specjalnych w KGHM byli tak pewni siebie, że nie widzieli żadnej potrzeby jakiegoś sprawdzenia ich „odkrycia” w aktach Instytutu Pamięci Narodowej (IPN). Trzeba dodać, że zajmowane przez naukowca niskie stanowisko w hierarchii służbowej nie wymagało oświadczenia lustracyjnego. Podejrzenie to było też trochę dziwne, bo rozpoczął on prace zawodową po roku 1989, kiedy służby te już nie istniały. Wszyscy zaczęli go unikać a nawet przestali mu podawać rękę. Najciekawsze jest to, że nigdy nie kwestionowano jego talentów i osiągnięć naukowych, które przyczyniły się do optymalizacji wydobycia, wzrostu bezpieczeństwa pracy i znacznych oszczędności w wydatkach.
Bankructwo KGHM
Jednym z zarzutów stało się jego „wyrachowane” i „cyniczne” okradanie firmy. Naukowiec realizował je w sposób, który mógł doprowadzić nawet do jej upadku. Miał on nieprzyjemny zwyczaj konfrontować swoje poglądy naukowe z rzeczywistością, na dole w kopalni. Z tego tytułu rozliczał delegacje i pobierał diety. Czasem było ich nawet kilkanaście w miesiącu! Każda z nich opiewała na sumę od 50 do 100 zł! Tego obciążenia nie mógł znieść skromny fundusz miedziowego giganta. Trzeba wyjaśnić, że KGHM CUPRUM Spółka z o.o. Centrum Badawczo-Rozwojowe, gdzie naukowiec był zatrudniony jest członkiem grupy kapitałowej KGHM Polska Miedź SA. W obecnej formie spółka jest w 100 proc. własnością KGHM Polska Miedź SA. Szefem jej rady nadzorczej jest sam prezes KGHM Polska Miedź SA – dr Herbert Wirth, który jest doskonale zorientowany we wszystkich tego rodzaju manewrach personalnych. Mowa o zagrożeniu finansów firmy poprzez potwierdzone i celowe delegacje liczone w setkach złotych przy dochodach liczonych w miliardach, wydawałoby się, że to jest nic. Tymczasem brakuje pieniędzy na wykup złóż na terenie Ameryki Północnej i Południowej. Tu zaś taka rozrzutność może pokrzyżować te ambitne plany firmy. Ba, może nawet doprowadzić do bankructwa miedziowego giganta.
Strach
Jest jasne, że wszystkie te wymienione powody są wymyślone na użytek wewnętrzny, aby czymkolwiek uzasadnić zwolnienie znanego naukowca. Z drugiej strony są one stworzone na użytek sądu, aby uzasadnić, że niemożliwa jest współpraca z kimś, kto wszystko notuje, nagrywa i korzysta z tego dla swoich prac naukowych. Takie sukcesy, choćby nawet i rzeczywiste nie są tu nikomu potrzebne. Wszyscy się boją notatek, boją się nagrywania ich wypowiedzi, boją się, aby nikt nie powoływał się na ich własne zdanie i stanowisko, które oni sami poprzednio zgłaszali i uzasadniali. To jest zewnętrzna strona przyczyny pozbywania się najzdolniejszej kadry.
Niepotrzebna nauka
W KGHM jest nią geologia. Od samego początku była to nauka wielce kontrowersyjna. Jej najważniejszy przedstawiciel dr Jan Wyżykowski ma w Lubinie swój pomnik. Przed każdą uroczystością składa się tu kwiaty, wieńce i wygłasza przemówienia. Im większa jest na ogół skal składanych mu hołdów, tym bardziej zapomina się o jego regionalnych analizach i ich wynikach. Teraz kiedy złoże jest już odkryte i jego eksploatacja zbliża się coraz bardziej do końca, nauka ta jest już nikomu niepotrzebna. Owszem dla celów eksploatacji, pilnowania do centymetra wysokości furty eksploatacyjnej i tym podobnych szczegółów kopalniani i biurowi geolodzy są jeszcze niezbędni. Tymczasem wspomniany naukowiec kontynuował zainteresowania swego poprzednika dr Jana Wyżykowskiego. Czy nie zauważył on, że czasy pod tym względem diametralnie się zmieniły? Czy też nie chciał i nie umiał się do nich dostosować? Nie wiadomo. Już wiele do myślenia daje przecież treść strony internetowej centrali i jego centrum naukowego. Jest tam strefa górnicza, hutnicza, ekologiczna itp., ale geologii nie ma. Zamiast czym prędzej porzucić zbędną już dla KGHM naukę, ten tkwił w niej po same uszy. Być może, że dano by temu spokój i pozwolono na dalszy rozwój prac badawczych w tej dziedzinie, gdyby nie to, że zaczął on publicznie ogłaszać wyniki swoich prac. Tego było już za wiele. Powinien zauważyć, że jego starszy kolega prezes prawie codziennie udziela wywiadów na temat niezwykle atrakcyjnych złóż rud miedzi jakie zamierza zakupić za oceanem. Ten zaś, zamiast w tym dziele dzielnie wspierać swego pryncypała w sposób zatwardziały poświęcił się dla skazanego już na straty legnicko – głogowskiego złoża rud miedzi.
Wybuch gazu
Zajmując się od rana do wieczora przez dziesiątki lat tylko i wyłącznie tutejszym złożem rud miedzi znał je na pamięć w najdrobniejszych szczegółach. Nie było to mile widziane przez jego zwierzchników. Pozwalał sobie na ustosunkowanie się np. do zaistniałego przed dwoma laty wybuchu gazu ziemnego w jednym z podziemnych wyrobisk na ZG Rudna. Komisje Wyższego Urzędu Górniczego i powołani eksperci orzekli, że kopalnia zbliża się do złóż gazu, który eksploatowany jest kilkanaście kilometrów dalej za wschodnim brzegiem Odry. Postanowiono wykonać kilka głębokich otworów wiertniczych w celu wcześniejszego odgazowania aktualnie eksploatowanego złoża. Wspomniany naukowiec orzekł jednak, że przyczyny tego wybuchu są całkiem inne. Udowodnił on, że pierwotnie całe złoże było przeniknięte gazem ziemnym. Uciekł on jednak na powierzchnię poprzez spękania skalne i pory. Teraz eksploatacja prowadzona jest poniżej pokładu solnego, który jako lity uniemożliwia ucieczkę na powierzchnię tych resztkowych części zalegającego tu gazu. Wskazał, że tego rodzaju otwory niczemu nie zapobiegną, bo nie są w stanie odprowadzić tych mikroskopijnych resztek gazu ziemnego. Takie być może nieświadomie zajęte przez niego stanowisko, dla niego stało się wyrokiem. Tu czołowe krajowe firmy wiertnicze ostrzą sobie zęby na przeroby liczone w dziesiątkach i milionach złotych, które KGHM chce im wypłacić, a tu ktoś wszystko to burzy i jeszcze mówi, że jest to bez sensu. W ten sposób miliony mogą uciec. To być nie może. Jest dość sposobów, aby pozbywać się niewygodnych recenzentów i krytyków ich działań.
Krakanie wron
Niezawisły sąd pracy rozstrzygnie czy KGHM zgodnie z kodeksem pracy pozbył się znanego naukowca. Niezależnie jednak od wyniku rozprawy sądowej trzeba zauważyć, że życie samą nauką i pasjonowanie się odkryciami nie zawsze jest mile widziane. Nobilitacja czeka zwykle tych „uczonych”, którzy opanowali arkana lawirowania i zmieniania w odpowiedniej chwili swoich poglądów i elastycznego dostosowywania się do zaistniałej sytuacji. Na przykładzie tym widać, że najbardziej racjonalna w tych warunkach jest stara dobra zasada, że jak wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one.