Adam Maksymowicz: Gra o węgiel
fot: ARC
"Węgiel i co dalej?" to hasło ogólnopolskiego panelu szefów górnictwa i energetyki organizowanego przez redakcje "Rzeczpospolitej" i gazety giełdowej "Parkiet" w najbliższy czwartek w Katowicach
fot: ARC
Media przede wszystkim eksponują nośne społecznie elementy zacofania cywilizacyjnego związanego z eksploatacją surowców. Zamiast tego proponują one wprowadzenie wysoko zaawansowanych nowoczesnych technologii informatycznych, automatyzacji i przetwarzania tychże surowców przy zachowaniu standardów ekologicznych, środowiskowych i zdrowotnych. Przeciętny obywatel skłania się raczej ku argumentom strony medialnej i ekologicznej wspieranej przez czołowych polityków z prawie wszystkich partii politycznych. Potwierdzają to jednoznacznie statystyki, sondaże i przeprowadzone w tej sprawie referenda.
Kto zatem ma rację? Czy nieliczni rządowi urzędnicy, czy może ogół społeczeństwa? Powstaje przy okazji pytanie natury pragmatycznej: czy zagadnienia techniczne, ekonomiczne, górnicze i energetyczne można rozstrzygać drogą głosowania? Czy w tym wypadku demokracja jest właściwym kryterium rozstrzygania sporów? Pytania te i opinie padają w sytuacji, gdy zasoby obu rodzajów węgla wystarczają na setki lat jego wydobycia na poziomie zbliżonym do obecnego. W tej sytuacji wydaje się, że krytyka monopolu węglowego w polskiej energetyce jest słuszna, ale tylko pod względem zróżnicowania w przyszłości źródeł pozyskiwania energii, a nie likwidowania tego, co mamy, w zamian za to, czego jeszcze nie mamy.
Brak jedności
Stanowisko strony rządowej komplikuje brak jedności w sprawach energetycznych. Wystarczy tu wspomnieć, że zwolennikiem bezpieczeństwa energetycznego oparciu o gaz z Azerbejdżanu i krajów sąsiednich jest prezydent RP, który podejmuje aktywne działania w tej sprawie. Podobne poglądy podzielają inni ministrowie rządu, lecz w oparciu o dostawy gazu z innego kierunku. Waldemar Pawlak i Henryk Jezierski bronią koncepcji rozwoju energetyki w oparciu o węgiel kamienny i brunatny. Jest to oczywiście tylko zarys głównych stanowisk, bo np. ministerstwo gospodarki widzi w swoich planach również rozwój innych źródeł energii (np. atomowej, wiatrowej), lecz dopiero w dalszej przyszłości. Wydaje się, że wobec widocznej determinacji wicepremiera Waldemara Pawlaka, by wykorzystać krajowe surowce energetyczne, pozostałe dwa ośrodki rządowe będą starały się uzyskać rozwiązania kompromisowe. Może to oznaczać uzyskanie znaczącego wsparcia dla inwestycji początkowych w górnictwie węgla kamiennego i zgodę na budowę nowych elektrowni w oparciu o węgiel brunatny.
Upadek węgla kamiennego
Pierwszy etap gry o znaczenie węgla w gospodarce został przegrany w latach 1989–2005, kiedy zamknięto 22 kopalnie i zredukowano wydobycie węgla kamiennego do ok. 90 mln ton rocznie. W znacznie wyeksploatowanym już Górnośląskim Okręgu Przemysłowym przekłada się to na wzrost kosztów wydobycia. Przy tym samym sprzęcie, warunkach i podobnych trudnościach, im wyższe wydobycie, tym niższe są koszta uzyskania każdej tony węgla. W pierwszych latach transformacji ustrojowej sztucznie narzucono dla węgla limity cenowe, co przy wolnorynkowych cenach zaopatrzeniowych doprowadziło wszystkie kopalnie do zadłużenia.
Medialny krzyk, że nie będziemy utrzymywać deficytowych kopalń, spotkał się z powszechnym poparciem dla likwidacji polskiego górnictwa węgla kamiennego. Nieliczne głosy wskazujące na jawne nadużycia dla tego rodzaju uzasadnień ginęły w powodzi publikacji wskazujących na odejście od węglowego monopolu i powodowanych przez niego strat. O nowych kopalniach nawet nie myślano. Na to wszystko nałożyły się jeszcze nietrafione decyzje personalne. W ich wyniku okradziono kopalnie na setki milionów złotych. Śledztwo w tej sprawie nadal jeszcze się toczy. To wszystko jeszcze bardziej pogłębiło niekorzystną dla górnictwa aurę społeczną.
Spór o węgiel brunatny
W cieniu likwidacji kopalń węgla kamiennego ograniczano również inwestycje i wydobycie węgla brunatnego, nie odtwarzając jego mocy wydobywczych. Przychodzi jednak czas, kiedy widać, że w ciągu najbliższych kilkunastu lat nie będziemy mogli własnymi siłami zapewnić wystarczającej ilości energii dla przemysłu i ludności. Duże nadzieje pokłada się w technologiach oszczędnego korzystania z energii, lecz zanim się je uzyska miną kolejne lata, a o nowych elektrowniach na skalę likwidowanych wkrótce obiektów nadal głucho. Dlatego też ministerstwo gospodarki podjęło decyzję o otwarciu kolejnego złoża węgla brunatnego.
Tymczasem ekolodzy podnoszą już nie tylko protesty, ale czynny sprzeciw w postaci zapowiedzianego blokowania dróg w rejonie Konina, gdzie w ciągu ostatniego roku odkrywkowa eksploatacja węgla brunatnego według nich wpłynęła na obniżenie zwierciadła wody w okolicznych jeziorach w granicach około pół metra. Jest to spostrzeżenie niezwykle oryginalne. Odkrywkowa eksploatacja węgla brunatnego w rejonie Konina trwa już około 50 lat. Przez te lata nic się nie działo. Przez dziesiątki lat kopalnie pobierały wodę nie wiadomo skąd i wtedy jeziora nie wysychały, a teraz nagle postanowiły pobierać tę wodę z okolicznych jezior... Całe to ekologiczne tłumaczenie nie ma żadnego sensu i powodowane jest nie troską o ekologię, ale raczej nienawiścią do górnictwa.
Gdyby rzeczywiście tak było, jak twierdzą to ekolodzy, to jeziora konińskie przez tych pięćdziesiąt lat już dawno by wyschły, jako że ich głębokość na ogół waha się w granicach ok. 10 m. Podobne zdanie kilkakrotnie publicznie wyrażał wiceminister środowiska i główny geolog kraju, który akurat w tej sprawie jest również zawodowym specjalistą. Ekolodzy jednak nie dają wiary tego rodzaju oświadczeniom i protestują.
Oczywiście, każdy ma konstytucyjne prawo do wyrażenia swego zdania, ale dotąd, dopóki spór toczy się tylko na słowa. W momencie, kiedy w proteście dochodzi do rękoczynów, musi być on rozpatrywany w kategoriach przestępstwa z wszystkimi konsekwencjami, jakie z tego płyną. Jeżeli rząd nie podejmie zdecydowanych kroków, by zapobiec siłowym blokadom, prawdopodobnie istniejące kopalnie węgla brunatnego zostaną zamknięte, a nowych nikt nie zbuduje. Węgiel brunatny podzieli los węgla kamiennego.
Źródła w górach
Krytycy górnictwa węgla kamiennego i brunatnego, którzy już dzisiaj domagają się zaprzestania „dewastacji terenu”, „zanieczyszczeń powietrza i wody” zapominają, że energia atomowa i wszelka inna na tę samą skalę, co z węgla, może być osiągnięta dopiero w ciągu kilku kolejnych dziesięcioleci. Nastąpić to może przy równoczesnym niebywałym wysiłku organizacyjnym i finansowym.
Na dziś nie mamy innego rozwiązania poza węglem. Dziś zamykamy kopalnie, wkrótce zgasną żarówki w wielu domach, gdyż energia stanie się dobrem deficytowym, racjonowanym tylko w ściśle określonych porach dnia i nocy. Z tego nikt nie chce sobie zdawać sprawy.
Podobne wydarzenia zauważył już w XIX wieku Adam Mickiewicz, który opisał je dwuwierszem: „Głupiec mówi, niech sobie wyschną źródła w górach. Byle mi płynęła woda w miejskich rurach”. Parafrazując zdanie poety do opisanej sytuacji można powiedzieć: niech sobie likwidują kopalnie węgla, byle mi prąd był w każdym gniazdku.
Niebezpieczna gra
Tocząca się aktualnie gra o węgiel niesie wiele niebezpieczeństw o podstawowym znaczeniu dla przyszłości nas wszystkich. Oczywiście, że można węgiel importować, co już dzieje się na dużą skalę. Ten zagraniczny wszak jest tańszy. Odnoszę wrażenie, że po zamknięciu ostatniej naszej kopalni stanie się on natychmiast wielokrotnie droższy. Można zastąpić go również dużo droższym gazem, energią atomową czy odnawialną, ale jak dotąd wszystkie te źródła razem nie dają tyle energii, ile otrzymujemy z jednej tylko największej elektrowni opartej na węglu.
Na zakończenie można wspomnieć, że USA i Chiny w przeciwieństwie do nas z roku na rok powiększają wydobycie węgla nie zwracając uwagi na ekologiczne ekstrawagancje. Kraje te nie prowadzą tak ryzykownej gry swoimi zasobami węglowymi.
felietony Adama Maksymowicza