Adam Maksymowicz: Co dalej z polska energetyką?

Starzejący się sektor klasycznej energetyki polskiej wymaga pilnej modernizacji, odnowy, przebudowy i rozwoju. Od dawna zdawano sobie sprawę z tego, że problem ten musi być rozwiązany w miarę bezkonfliktowo i pozytywnie dla gospodarki. Przez kilka lat przymierzano się do niego, aż wreszcie w listopadzie 2009 roku rząd przyjął dokument pod nazwą „Polityka energetyczna Polski do 2030 roku”. Jego głównym przesłaniem jest z jednej strony kontynuacja oparcia polskiej energetyki na węglu kamiennym i brunatnym. Z drugiej strony mają być rozwijane nowe technologie związane z OZE (Odnawialne Źródła Energii) przez pozyskiwanie energii słonecznej, wiatrowej geotermalnej, wodnej i wszelkiej innej.

 

Podjęto energiczne przygotowania do rozpoczęcia budowy dwóch dużych elektrowni jądrowych. Każda z nich miała mieć moc 3 tys. MW, razem do 2030 roku miały one dać ok. 6 tys. MW mocy. Po tym terminie planowano budowę dalszych elektrowni atomowych. Wszystkie te działania miały się wzajemnie uzupełniać. W ich rezultacie „stara” odnowiona już energetyka miałaby dawać tylko 60 proc. energii. W stosunku do obecnych jej dostaw w skali ponad 90 proc. Plany te pod osobistym nadzorem wicepremiera przygotowało Ministerstwo Gospodarki. Generalnie był to sukces. Nareszcie zdecydowano się w jakim kierunku ma być w przyszłości rozwijana nasza energetyka.


Gaz łupkowy


Już jednak po dwóch latach okazało się, że być może klasyczna energetyka węglowa będzie musiała być nadal zachowana, ale co do reszty wszystko stanęło pod znakiem zapytania. Przyczyną tej niepewności na szczeblach rządowych stały się amerykańskie prognozy poważnych odkryć gazu łupkowego w Polsce. Wydano już 86 koncesji poszukiwawczych, które stały się przedmiotem odrębnego handlu na rynku wtórnym. Jednocześnie z Ameryki napływają wiarygodne zapewnienia, że Polska pod tym względem stanie się wkrótce potentatem europejskim i z jego importera stanie się eksporterem. Z łupkowym gazem wiąże jednak kilka charakterystycznych dla naszego kraju działań administracji rządowej. Trzeba pamiętać, że pierwsze informacje o możliwości poważnych jego odkryć na terenie kraju istniały na tym poziomie już w 2006 roku. Były one przede wszystkim prezentowane przez zajmujące się tym Ministerstwo Środowiska. Jego gospodarcza ranga jest raczej minimalna, więc nikt się tym nie przejmował.

 

I tak opracowany w Ministerstwie Gospodarki w 2009 roku dokument „Polityka energetyczna Polski do 2030 roku” nie uwzględnia tych możliwości. Teraz z kolei wszyscy są, co do tego przekonani, a nawet pewni, że zasoby rzędu ok. 5 bilionów metrów sześciennych gazu łupkowego czekają tylko na ich odkrycie. Nie mniej jednak ta pewność jest w jakimś stopniu wirtualna. Po pierwsze tak twierdzą Amerykanie. Jeżeli się na tym pomylą to stracą duże zyski i będą musieli zadowolić się znacznie mniejszymi niż przewidywali korzyściami. Inaczej jest jednak z nami. Jeżeli się pomylimy i zrezygnujemy z wielu inwestycji czekając na gaz łupkowy, to możemy zostać bez wystarczającej ilości energii w ogóle. W rezultacie trzeba czekać na konkretne wyniki poszukiwań gazu łupkowego. Ostrożni w tej sprawie geolodzy z niedocenianego Ministerstwa Środowiska, mówią oględnie, że czekać trzeba na to około 10 lat! Co robić przez ten czas? Co się nie zrobi to będzie źle, bo kluczowy wynik poszukiwań gazu łupkowego jest ciągle nieznany.


Amerykańska prognoza


Jest coś mało sympatycznego w przyjmowaniu amerykańskich prognoz występowania w Polsce gazu łupkowego. Owszem to bardzo dobrze, że aż za oceanem zainteresowano się naszymi zasobami. Wychodzi na to, że Amerykanie lepiej znają budowę geologiczną Polski, niż nasi specjaliści, którzy badają ja nieprzerwanie od blisko już stu lat. Amerykańska prognoza winna więc mieć natychmiastową naszą kompetentną odpowiedź. Udzielić ją winno wspomniane Ministerstwo Środowiska, bo ono dysponuje wszystkimi materiałami i przygotowaną do tego kadrą. Czekanie na takie wiadomości przez 10 następnych lat jest trochę niepoważne. Przecież Polska nie jest jakimś światowym zaściankiem, gdzie nadal wszystko wykonuje się ręcznie i musi to trwać i trwać w nieskończoność. W tym niezrozumiałym milczeniu naszych geologów wyraźnie widać nie tyle brak kompetencji, umiejętności, aparatury i metodyki, lecz uchylanie się od odpowiedzialności za polityczne i personalne skutki tego rodzaju dokumentu.

 

O ile Amerykanie mają odwagę głosić swoje prognozy, to u nas jest jakby odwrotnie. Po co? Każdy kto to zrobi naraża się na śmiertelne niebezpieczeństwo. Wynika ono z braku jakiejkolwiek tolerancji dla popełnionego nie tyle błędu, co rozdźwięku między prognozą, a rzeczywistością. Różnica między nimi jest nieunikniona, bo nikt nie jest w stanie z dokładnością po przecinku przewidzieć wyniku badań i poszukiwań. Ponieważ w naszym kraju wiedza geologiczna polityków zbliżona jest do granicy zerowej wszyscy obawiają się negatywnych efektów takiej prognozy. Skutek tego jest taki, że ci nawet, co mogliby z jakimś prawdopodobieństwem przewidzieć to, wolą siedzieć cicho. Co innego Amerykanie. Nawet jak się pomylą to żaden nasz dygnitarz nic im zrobić nie może. I w ten prosty sposób zdani jesteśmy tylko na mniej lub bardzie pewne, amerykańskie prognozy.


Fukushima


W piątek 11 marca 2011 r. na skutek trzęsienia ziemi o sile 9 stopni w skali Richtera doszło do awarii w japońskiej elektrowni jądrowej Fukushima I (Fukushima Daiichi), wyposażonej w 6 bloków z reaktorami BWR. Następnego dnia doszło do wybuchu wodoru i zniszczenia górnej części budynku reaktora nr 1 a dwa dni później taki sam wybuchł miał miejsce w bloku nr 3. Stan obudowy bezpieczeństwa reaktora nr 2 jest nieznany. Jest on poważnie zniszczony. Podejrzewa się również uszkodzenie obudowy reaktora nr 1. W promieniu około 20 km od elektrowni ewakuowano 150 tysięcy ludzi, którzy ze względu na niebezpieczeństwo promieniowania do dzisiaj nie powrócili jeszcze do swoich domów. Nadal prowadzona jest akcja usuwania zniszczeń, która potrwa jeszcze wiele miesięcy. Japońskie wydarzenia związane z awarią tej elektrowni wywołały na całym świecie falę sprzeciwu dla budowy tego rodzaju obiektów. Pierwsi zareagowali Niemcy, którzy definitywnie zrezygnowali ze swoich 17 elektrowni atomowych. Ich zamknięcie ma nastąpić do 2022 roku. Kilka z nich wyłączono natychmiast.

 

W Polsce pierwsze reakcje na ten temat był pewne siebie. Premier i jego otoczenie zapewniało, że Polsce nie grożą żadne trzęsienia ziemi i nasz program budowy elektrowni jądrowych będzie realizowany bez żadnych zakłóceń. Po niemieckiej decyzji odpowiedzialny za realizację programu tego rodzaju elektrowni w Polsce wicepremier zaczął się wycofywać z poprzednich deklaracji. Zauważył on, że musimy liczyć się z tym co robią pod tym względem nasi sąsiedzi. Kilka dni temu jako przewodniczący swojej partii przyjął rezolucję wzywającą rząd do przeprowadzenia referendum w sprawie budowy tych elektrowni. Nie trzeba wielkiej przenikliwości, aby po tym co się stało w Japonii przewidzieć negatywny jego wynik. Tak więc, jeszcze jeden pewny element „Polityki energetycznej Polski do 2030 roku” legł w gruzach pod ciosami jego autora.


Co dalej?


Łatwo przewidzieć, że w najbliższym czasie nic się nie będzie działo. Wszyscy odpowiedzialni za stan polskiej energetyki teraz raczej martwią się o swoje rządowe miejsca. W wyniku zbliżających się wyborów parlamentarnych być może trzeba będzie je opuścić. Przed wyborami wszyscy jak ognia unikają kontrowersyjnych dyskusji. Z tego powodu temat ten do końca bieżącego roku prawdopodobnie nie będzie podnoszony na szczeblu rządowym. Potem trzeba będzie przede wszystkim zmienić zapisy wspomnianego wyżej dokumentu o polskiej energetyce do 2030 roku. Powinna się w nim znaleźć choćby przybliżona wielkość naszych zasobów gazu łupkowego przeznaczona do zagospodarowania. Prawdopodobnie trzeba będzie też zrezygnować z energetyki jądrowej i dalszej rozbudowy energetyki opartej na węglu brunatnym.

 

Ten ostatni atakowany przez samorządy, które porozumiały się w skali krajowej ma małe szanse na przekonanie do siebie coraz większej ilości jego przeciwników. Jest to tym bardziej pewne, że węgiel brunatny w energetyce zastąpić może gaz łupkowy. Trzeba uniknąć w tym dokumencie powtórnego „ niezauważenia” innych wydarzeń o podobnej skali, jak gazu łupkowego. Dlatego dokument ten winien mieć rozdział poświęcony nowoczesnym technikom pozyskiwania surowców energetycznych na świecie. Jego znaczenie ma mieć charakter porównywalny do naszych pod tym względem możliwości. Podsumowując to wszystko trzeba zauważyć, że świat idzie nieustannie do przodu. Jeżeli nawet nie jesteśmy w stanie mu dorównać pod względem inwestycyjnych nakładów, to przynajmniej w dokumentach rządowych musimy ustosunkowywać się do najnowocześniejszych pod tym względem rozwiązań, badań i poszukiwań.


 

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Zielonka: Warunki w przemyśle wciąż nie napawają optymizmem

Warunki w przemyśle wciąż nie napawają optymizmem - ocenił główny ekonomista Konfederacji Lewiatan Mariusz Zielonka. Jego zdaniem, polska gospodarka utknęła w fazie słabego wzrostu przy podwyższonej inflacji kosztowej.

Domański: Gospodarka w światowej czołówce wzrostu gospodarczego

Polska gospodarka pozostaje w światowej czołówce wzrostu gospodarczego; napędza go silny popyt krajowy - podkreślił minister finansów i gospodarki Andrzej Domański, który w ten sposób skomentował dane GUS o 3,5-proc. wzroście polskiego PKB w I kwartale tego roku.

Rekordowe wypłaty! Ubezpieczyciele wypłacili 5,7 mld zł z OC i AC w I kwartale

W pierwszym kwartale 2026 r. zakłady ubezpieczeń wypłaciły niemal 5,7 mld zł odszkodowań z polis komunikacyjnych OC i AC, o 11,4 proc. więcej niż rok wcześniej - podał Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny (UFG). Najwięcej szkód zgłaszano po zdarzeniach, do których dochodziło w poniedziałki.

Nie będzie referendów w Chorzowie i Będzinie. Za mało podpisów i uchybienia formalne

Prezydenci Chorzowa i Będzina mogą spać spokojnie. Komisarze wyborczy odrzucili wnioski o przeprowadzenie referendów w tych miastach. W Chorzowie referendum nie obędzie się z powodu zbyt małej liczny ważnych podpisów poparcia, a w Będzinie z powodu uchybień formalnych.