\"Mysłowice Wesoła”: Płaca za każdy wycięty metr chodnika, czyli brygada umawia na wynagrodzenie
fot: Bożena Ochenkowska
Brygada Zbigniewa Wójtowicza chwali sobie umowny sposób przeliczania metrów postępu na złotówki. Na zdjęciu (od lewej): nadsztygar Tomasz Kozioł, przodowy Zbigniew Wójtowicz i górnicy: Piotr Bąk, Marcin Mierskała, Jan Klimek, Łukasz Rzegotka, Andrzej Pyt i Łukasz Pyt (syn Andrzeja)
fot: Bożena Ochenkowska
Brygada robót przygotowawczych Zbigniewa Wójtowicza z kopalni „Mysłowice-Wesoła” nie zwykła się ociągać w drodze do pędzonego chodnika. Nie zdarza się też, by po szychcie czekała pierwsza na podszybiu na wyjazd. Powód? Przodowy odpowiada pytaniem na pytanie: – Czy pańska żona bardziej cieszyłaby się z 500 złotych wypłaty, czy z tysiąca?
W mysłowickiej kopalni co miesiąc drąży się około 1 tys. m przekopów i chodników. Każdy metr, przybliżający moment uruchomienia kolejnej ściany, ma swoją wymierną wartość.
– Kopalnia żyje wyłącznie z węgla, bo to z niego czerpie przychody. Jeśli więc ściana rusza choćby o tydzień wcześniej od założonego harmonogramu i daje 3-5 tys. ton węgla na dobę, to rachunek jest oczywisty – wyjaśnia wagę sprawnego dochodzenia do nowych frontów Jacek Szuścik, naczelny inżynier kopalni.
Zatem w sytuacjach, kiedy kopalnia jest zainteresowana rozcięciem ściany w jak najszybszym terminie, drążenie prowadzących do niej wyrobisk załatwia się kontraktami z bezpośrednimi wykonawcami. Ten umowny system, obejmujący około 60 proc. całości robót przygotowawczych, z powodzeniem sprawdza się w kopalni od przeszło 2 lat.
Dobra kasa za ekstra wysiłek
– Co najlepiej mobilizuje człowieka do większego wysiłku? Wiadomo – kasa! Żeby dobrze zarobić, trzeba się napocić – lakonicznie wyjaśnia istotę sprawy przodowy Zbigniew Wójtowicz.
W „Mysłowicach-Wesołej” stronami umowy są dyrektor kopalni i właśnie przodowi prowadzących roboty brygad. Zawiera się ją na drążenie konkretnego przodka. Zasadniczym walorem takiego kontraktu jest jego klarowność.
– Warunki umowy są sprecyzowane krótko: jaki kombajn, bo od niego zależy, czy każdy kolejny metr wytnie szybciej lub wolniej; jaki przekrój wyrobiska i rodzaj obudowy; jakie warunki górnicze, tzn. czy strop trzyma, czy też występuje – wymagający dodatkowych zabezpieczeń – opad skał; jaka odległość od szybu, łącząca się z czasem dojazdu i dojścia do przodka. I wreszcie – co najbardziej w tym wszystkim istotne – ludzkie zaangażowanie. Wszystko to jest zawarte na kartce papieru. Najprościej rzecz ujmując, większy „wykon” jest powiązany w takiej umowie z lepszym zarobkiem – wyjaśnia Arkadiusz Mroczek, kierownik robót górniczych ds. robót przygotowawczych.
– Wyciąć metr, zamontować obudowę, zabezpieczyć, wypełnić. I tak metr po metrze – jeszcze treściwiej ujmuje całą rzecz Wójtowicz.
Na umowę jego sześcioosobowa brygada przez 11 miesięcy rozjeżdżała ostatnio ścianę 582 na poziomie 665 metrów. Do wydrążenia były dwa chodniki – nadścianowy i podścianowy – oba po niespełna 750 metrów, plus 250 metrów przecinki ścianowej. Robotę skończyli parę tygodni temu. Ściana już jedzie. Przodowy wspomina, że to był dobry przodek.
– Odstawa hulała jak trzeba, materiał był na miejscu. Jak to nie idzie – leżymy. No, i nic nie waliło się na głowę, czyli ile wyciął kombajn, tak stało. Zabudowa kolejnych odrzwi trwała 7-15 minut. Byliśmy w stanie zrobić 5-6 łuków na zmianę. Jeśli coś zgrzytało, to 3-4 – wyjaśnia.
Organizacja transportu materiałów i sprawnej odstawy jest na głowach, zawiadującego robotami przygotowawczymi, inż. Mroczka, sztygarów zmianowych i dyspozytorów. W sytuacjach, kiedy przodek jest prowadzony „na strzał”, rzecz wygląda nieco odmiennie. Wiadomo, jedna zmiana wierci, nabija i strzela, druga – wybiera i buduje. Wtedy stroną wspólnej umowy są przodowi każdej z zaangażowanych w jego drążenie brygad.
Nie daj Bóg ryzyka
Jak to się dzieje, że coś da się zrobić szybciej od rutynowego biegu rzeczy? Na tak postawione pytanie inżynierowie Jacek Szuścik i Arkadiusz Mroczek, ale też przodowy Zbigniew Wójtowicz, odpowiadają prawie jednym głosem.
– W umownym modelu organizacji robót przygotowawczych w naszej kopalni nie ma – i być nie może – mowy o jakimkolwiek „wyścigu pracy”. Przecież pracujemy w warunkach skojarzonych zagrożeń. Mamy i metan, i tąpania, i temperaturę, i wodę. Wszystko sprowadza się do prostego interesu: załoga pracuje na troszeczkę większych obrotach i za to bierze nieco większe pieniądze. Obrazowo ujmę to tak: do celu można iść krokiem normalnym lub marszowym, a zatem być na miejscu 5 minut, lub pół godziny wcześniej. Nikt nie oczekuje przypłacanej zdrowiem szarpaniny. Naprawdę nie o to chodzi – przekonuje inżynier Szuścik.
Także Wójtowicz utrzymuje, że on i piątka kolegów z brygady ani nie pracują w biegu, ani nie zarzucają na ramię po dwa ringi naraz, ani tym bardziej nie są jakimiś kamikadze, ignorującymi zasady bezpieczeństwa.
– Mam za sobą 25 lat pracy na dole. Nie daj Bóg, żebym przymykał oczy na bezpieczeństwo własne i kolegów. Toż sami by mnie pytali – czy chcesz nas pozabijać? – odżegnuje się od „wyścigowych” metod przodowy.
Przebicie dla żony
Zdaniem Wójtowicza, do większych pieniędzy dochodzi się całkiem prozaicznie: właśnie nie ociągając się w dojściu do przodka, porządną organizacją, pracą nie według zegarka, lecz „wykonu”, solidnością i zgraniem całego zespołu...
– Często zdarza się tak, że zegar stuknie koniec szychty, a my jesteśmy w połowie zabudowy kolejnych odrzwi. Normalnie, czyli pracując nie na umowę, machnęlibyśmy ręką i poszli na podszybie. Tymczasem zostajemy trochę dłużej, żeby dorzucić jeszcze ten jeden metr – tłumaczy.
Brygada Zbigniewa Wójtowicza jest koktajlem rozwagi i górniczego doświadczenia, z właściwym młodości „parciem” na lepszą kasę.
– Dwójka kolegów ma staż zbliżony do mojego, natomiast trzej pozostali robią od 3 do 7 lat. Z ostatniego zrobiliśmy już kombajnistę z uprawnieniami i wie, o co chodzi. Zgranie zespołu? Mnie wystarczy jedna–dwie dniówki obserwacji, żeby ocenić górniczy spryt nowego chłopaka i wiedzieć, na co go stać. Kto nie pasuje do zespołu, idzie do innej roboty – mówi przodowy.
Wójtowicz wzbrania się przed otwieraniem portfela własnego i kolegów. Alternatywa 500 czy 1000 złotych wypłaty dla żony jest jedynie kwestią proporcji. Innymi słowy, ilustruje tylko przebicie między „zegarowym”, a umownym sposobem opłacania w „Mysłowicach Wesołej” postępu w robotach przygotowawczych. Generalnie wynosi ono właśnie około 50 proc., choć bywa, że sięga podwójnej wypłaty.