fot: kazimierzjuliusz.pl
Ewentualnej sprzedaży kopalni sprzeciwiają się związki zawodowe
fot: kazimierzjuliusz.pl
Uszczypliwi mawiają „kieszonkowa kopalnia”. Złośliwi dopytują, czy, aby do niej przyjechać, trzeba wziąć paszport. Nikt natomiast nie poddaje w wątpliwość niekwestionowanej prawdy, że kopalnia „Kazimierz-Juliusz” jest jedną z najbezpieczniejszych w polskim górnictwie.
Roman Tabiś, główny inżynier ds. BHP w sosnowieckiej spółce, z satysfakcją wspomina niedawny moment, kiedy odbierał w Krakowie elegancki dyplom z grawerunkiem, potwierdzającym III miejsce „Kazimierza-Juliusza” w konkursie Szkoły Eksploatacji Podziemnej i Wyższego Urzędu Górniczego – „Bezpieczna Kopalnia”. Nazajutrz zawisł w siedzibie zarządu spółki obok poprzednich, identycznych, jako piąty w ogóle i czwarty, zdobywany przez sosnowiczan rok po roku.
– Odbierałem gratulacje od najważniejszych osób ze środowiska górniczego oraz od kolegów z innych kopalń. Byłem mile zaskoczony, bo przecież – wydawałoby się – zajęliśmy „tylko” III miejsce. Cieszyłem się, że tak mała kopalnia może zaistnieć i błysnąć w fundamentalnej dla mnie dziedzinie bezpieczeństwa – zwierza się inż. Tabiś.
Wyróżnienia i miłe gesty są jednorazowe. Natomiast każdy z kolejnych dyplomów zaświadcza o ciągłości w poważnym traktowaniu spraw bezpieczeństwa w sosnowieckiej kopalni. W tym sensie laureatami konkursu są wszyscy jej pracownicy, codziennie wracający po dniówce do domu bez uszczerbku na zdrowiu.
Nieprzypadkowo więc Roman Tabiś akcentuje, że biegnie dziesiąty już rok bez wypadku śmiertelnego i ciężkiego w „Kazimierzu-Juliuszu”. W ubiegłym roku zdarzyło się 51 wypadków lekkich. Bywały okresy – najdłuższy 33 dni – kiedy tutejsi górnicy w ogóle zdołali uniknąć jakichkolwiek urazów przy pracy.
„Kazimierz-Juliusz” jest, rzeczywiście, niewielką kopalnią. Zatrudnia 1388 pracowników, w tym 1077 pod ziemią. Jej średnie wydobycie wynosiło w ub. r. 2,4 tys. ton węgla na dobę. Osiąganych w niej standardów bezpieczeństwa nie można jednak przypisywać ani niewielkiemu zatrudnieniu, ani łaskawości natury. Tutejsi górnicy mają do czynienia z zagrożeniem tąpaniami (I i II stopnia), pyłowym (w klasie B), wodnym (II i III stopnia), metanowym (I kategorii) oraz wynikającym ze skłonności węgla do samozapalenia (grupa 5).
Prawda, nie są to – przynajmniej w stosunku do kopalń, gdzie te zagrożenia współwystępują w największych nasileniach – warunki szczególnie surowe. Inż. Tabiś zwraca jednak uwagę na nadzwyczaj trudne warunki górniczo-geologiczne. Oto obok tradycyjnego, ścianowego, w „Kazimierzu-Juliuszu” – jako jedynej polskiej kopalni – stosuje się podbierkowy system z chodnika eksploatacyjnego z „zestrzeliwaniem” węgla.
Dla Romana Tabisia jest oczywiste, że główną odpowiedzialność za bezpieczeństwo pracy ponosi pracodawca, niemniej uważa, że dbałość o nie jest również sprawą całej załogi.
– Zakładu nie stać na spektakularne fajerwerki inwestycyjne, jednak obszar BHP jest sferą wyjętą z oszczędności. Pracownik – myślę m. in. o sprzęcie ochronnym – musi mieć wszystko to, co mu się należy. W kopalni jest dobry klimat dla bezpieczeństwa, budowany przez zarząd spółki, a zwłaszcza prezesa Zbigniewa Kościelniaka. I rzecz nie w cukrowaniu. W kopalni jest atmosfera spokojnej pracy, bez jakiejkolwiek szturmowszczyzny i presji na tony za wszelką cenę. Mamy też doświadczoną, okrzepłą załogę. Takich ludzi mało co może zaskoczyć. Wszyscy się znają, wszyscy grają do jednej bramki. To procentuje także w dziedzinie bezpieczeństwa – przekonuje Tabiś.