Czy nie martwi Pana to całe zamieszanie wokół polskiej reprezentacji? Wygrana 10:0 z amatorami z San Marino tylko zaciemniła obraz rodzimego futbolu.
Na pewno martwi, ale z drugiej strony nie ma powodów do paniki. Ja wolałbym, byśmy wygrali 10 meczów po 1:0, niż jeden 10:0. Jest sporo niejasności wokół Beenhakkera i samej reprezentacji, jednak mimo wszystko wierzę w awans do mistrzostw świata. Nam świętej pamięci Kaziu Górski powtarzał, że dopóki piłka w grze, to wszystko jest możliwe. Jestem optymistą i wierzę, że zagramy w RPA. Mnie martwi co innego, mianowicie to, że przed mistrzostwami Europy graliśmy dobrą piłkę, a potem, już w trakcie finałów, było bardzo źle. Teraz gramy gorzej w eliminacjach, ale może w finałach będzie lepiej?
Leo Beenhakker powinien doprowadzić do końca swoje dzieło, czy też jego oponent, prezes PZPN, Grzegorz Lato powinien zatrudnić nowego człowieka?
Ja nie jestem za tym, by zmieniać trenerów. Umowa to rzecz święta, przecież poprzednik Grześka Laty, Michał Listkiewicz podpisał kontrakt z Holendrem i tego się trzymajmy. Obie strony wiedziały, co podpisują. Nad konsekwencjami umowy trzeba się zastanawiać jeszcze przed jej podpisaniem. Grzesiek dobrze to rozgrywa nie decydując się na zwolnienie Leo. To by niczego nie załatwiło. Leo dostał wolną rękę w pracy z kadrą i po zakończeniu eliminacji przyjdzie czas na rozliczenie Holendra. Ale nie wcześniej. Nie ma co grzać głowy, tylko rozsądek może nas wszystkich uratować.
Czy doczekamy się czasów, gdy nasza reprezentacja będzie odnosiła tak spektakularne sukcesy, jakie były udziałem Pańskiego pokolenia?
Na pewno jest niedosyt, że obecna drużyna nie gra na miarę naszych oczekiwań, że zdarzają się nam takie wpadki, jak ta w Belfaście. Ale to już pytanie do fachowców odpowiedzialnych za naszą reprezentację. Za moich czasów zarówno w klubach, jak i w kadrze była ogromna konkurencja, na jedną pozycję przypadało pięciu, sześciu graczy. Teraz młodzież nie garnie się do piłki, komputery i inne rozrywki odciągają ją od sportu.
Serce się Panu nie kraje, gdy ogląda pan ligową tabelę? Pański Górnik zajmuje ostatnie miejsce i widmo degradacji coraz mocniej zagląda drużynie w oczy. Czy ten niezwykle zasłużony dla polskiej piłki klub nie jest w stanie obronić się przed degradacją?
Serce się na pewno kraje i to mocno. Po moim odejściu do Mielca Górnik miał kłopoty i po raz pierwszy w historii spadł do drugiej ligi. Działo się to w 1978 roku. Ale nie chce mi się wierzyć, by po 31 latach historia miała się powtórzyć. Obecni piłkarze mają papiery na granie, prezentują niezłe wyszkolenie techniczne. Ale czegoś im brakuje. Ostatnio oglądałem ich w Gliwicach, gdzie po wcześniejszych dobrych meczach z Lechem i Legią przyszedł kryzys. Może to ich zbytnio uspokoiło? Wierzę, że na pewno przyjdą lepsze dni dla zabrzan, za których trzymam kciuki.
Górnik okres swojej prosperity miał w czasach, gdy jego patronem było górnictwo. Podobnie było z innymi śląskimi klubami. Teraz okazuje się, że bez wsparcia kopalń ani rusz…
Pamiętam, że w latach 70. był taki sezon, że w ekstraklasie grało aż siedem śląskich drużyn. Z tego pięć to były kluby utrzymywane przez górnictwo. To były bardzo dobre czasy dla śląskiej piłki i zespołów górniczych. Ja te czasy wspominam bardzo miło, kopalnie naprawdę dbały o piłkarzy. Teraz są inne czasy, inni sponsorzy. O tych ostatnich na Śląsku coraz trudniej, między innymi z powodu korupcji. Trzeba wyczyścić ją do spodu, by nie pozostały żadne ślady, żadne układy.
Co obecnie porabia Andrzej Szarmach, którego po mało udanej przygodzie z Zagłębiem Lubin nie widać na ławce trenerskiej?
Mam licencję menedżera i jeżdżę po świecie w poszukiwaniu ciekawych piłkarzy. Dostaję przykładowo zapytania z klubów francuskich o polskich graczy, głównie chodzi o obrońców i pomocników. Co do zawodu trenera, to jeszcze nie zamknąłem tego rozdziału. Być może jeszcze do niego wrócę. Ale praca w tym zawodzie to wielkie ryzyko. Na Zachodzie zwalnia się trenera nie wcześniej, niż po dwóch, trzech latach. U nas ledwie pojawi się w klubie, a już jest goniony… Ja czegoś takiego nie pochwalam.