Górnictwo coraz bardziej się wyludnia. Jakie jest spojrzenie na to zjawisko prezesa branżowego samorządu gospodarczego?
Uważam, że deficyt kadr w kopalniach, intensywnie nasilający się w dwóch ostatnich latach, jest pochodną dużo ważniejszego problemu, czyli sytuacji górnictwa w ogóle. Praca w tym sektorze przestała być zajęciem finansowo atrakcyjnym. Kiedy sam przed 27 laty podejmowałem pracę pod ziemią jako stażysta, miałem większe uposażenie od ojca na kierowniczym stanowisku i z 30-letnim stażem w przetwórstwie rolnym. Tak więc praca w kopalni dawała dobry start i zarobkowy awans w miarę nabywania kwalifikacji i stażu. Tymczasem w ostatnich kilkunastu latach, w wyniku realizacji kolejnych programów restrukturyzacji górnictwa, istniała potężna presja ze strony właściciela na dławienie kosztów produkcji. A płace w firmach wydobywczych stanowią połowę tych kosztów. Wprowadzano więc różne mechanizmy, powściągające wzrost wynagrodzeń.
Wystarczy, że właściciel zrezygnuje z tego mechanizmu?
Jest inny jeszcze problem. Otóż cały system wynagradzania w górnictwie jest chory, ponieważ płaca nie motywuje do pracy. Konserwuje on \"urawniłowkę\", ponieważ każdy ma dostać taką podwyżkę, jaką określa wskaźnik Komisji Trójstronnej. Tak więc po pierwsze - nie można motywować górnika do dobrej pracy, bo związek między nią a zarobkiem jest dość iluzoryczny, po drugie zaś - nie ma też motywacji do podejmowania pracy w kopalniach. W konsekwencji doprowadzono do sytuacji, że kadra inżynieryjno-techniczna oraz górnicy o szczególnych kwalifikacjach są w takim wieku, że za 2-3 lata przejdą na emerytury. Tymczasem następców nie widać.
To diagnoza. A recepta?
Przede wszystkim musi zostać zmieniony system wynagradzania pod kątem przywrócenia mu motywacyjnych walorów. Podstawową sprawą jest zatem zmiana wszystkich układów zbiorowych, egzystujących w górnictwie. Nie może też być dalej tak, że wzrost wynagrodzeń w branży jest dopuszczalny w granicach odgórnie narzucanych wskaźników. Innymi słowy, trzeba zdjęć to sztuczne wędzidło.
Założono je po to, żeby zarobki nie poszybowały bez umiaru. Nie ma takiej groźby?
Przecież za wyniki finansowe każdej spółki węglowej odpowiada jej zarząd. Należy mieć do niego zaufanie, że nie wprowadzi tak drastycznych podwyżek wynagrodzeń, które doprowadziłyby do dramatycznego pogorszenia wyników spółek.
Pozostaje więc kwestia tempa odzyskiwania przez górnictwo atrakcyjności zarobkowej.
Uważam, że stopniowe dochodzenie do wynagrodzeń zbliżonych do tych w Unii Europejskiej, jest procesem nieuchronnym. Powtarzam: deficyt kadry w górnictwie ma wyłącznie źródło finansowe. Mamy piękny etos górniczy. Ale sam etos nie przyciągnie ludzi do pracy. Jeśli więc sytuacja finansowa górnictwa się poprawi, to nie widzę jakichkolwiek problemów z odbudową kadry. Jeśli będzie motywacja, to ludzie przyjdą do pracy, nie szukając jej w Anglii, w Czechach, albo w Rosji i na Ukrainie.
Powiedział Pan o kosztach pracy już przekraczających w tej branży połowę kosztów w ogóle. Wyższe zarobki nie poprawiłyby tej proporcji. Tymczasem górnictwo pilnie potrzebuje dużych inwestycji. Jak to godzić?
Uważam, że górnictwo wymaga przeprowadzenia analizy, jaka dotychczas nie była przeprowadzana. Powinien ją sporządzić niezależny ośrodek lub zespół naukowców. Chodzi o zbadanie, czy w najbliższych 25 latach węgiel energetyczny produkowany w Polsce może być konkurencyjny z tym z importu i to zarówno ze Wschodu, jak i np. z Australii i RPA z kopalń odkrywkowych. Myślę, że nie mamy szans konkurować z węglem, wydobywanym po koszcie w granicach 8-10 dolarów na tonę. My musimy się liczyć ze wzrostem kosztów produkcji węgla, wywołanym wzrostem kosztów osobowych, ale i spowodowanym koniecznością coraz większych nakładów, choćby z tego tylko powodu, że schodzimy z eksploatacją coraz niżej. Im niżej, tym inwestycje są kosztowniejsze.
Sugeruje Pan, że polskie górnictwo nie może być rentowne?
W dłuższej perspektywie, jeśli nie zmieni się polityka wobec branży, na pewno nie.
Zatem?
Trzeba się zastanowić i podjąć decyzję polityczną - co dalej? Przypomnę, że 95 proc. energii elektrycznej w Polsce jest wytwarzane z węgla, w tym prawie 60 proc. z węgla kamiennego. Ta niezależność energetyczna jest wartością samą w sobie. Alternatywę widzę tak: albo realna pomoc publiczna dla producentów węgla, albo decyzja o likwidacji górnictwa i oparcie naszej energetyki na paliwie z importu.
Nie dostrzega pan kłopotów z pomocą publiczną?
Należałoby gruntownie zbadać, kto funduje polskiej gospodarce i społeczeństwu stosunkowo tanią energię. Czy to jest producent węgla, wytwórca energii, czy firmy zajmujące się przesyłem i dystrybucją. Trzeba zbadać ten łańcuch relacji i kto najwięcej w nim zarabia. Mnie się wydaje, że tę relatywnie tanią energię finansuje górnictwo. Inna kwestia, to pazerność państwa. Górnictwo przekazuje rocznie do jego budżetu i kas lokalnych w granicach 6-7 mld złotych, natomiast pomoc publiczna - nie w produkcję, lecz na sfinansowanie przeniesionych skutków reform - sięga raptem kilkuset milionów.
Rozwiązanie dostrzega Pan w ograniczeniu tej pazerności?
Dokładnie tak. Państwo, zamiast zabierać, ile zabiera, powinno pozostawić część na inwestycje i rozwój.