W dniach 21–24 października w Rzymie odbyła się konferencja Coaltrans, gdzie spotkało się ponad tysiąc osób – zarówno przedstawiciele producentów węgla, jego konsumentów, firm transportowych, instytucji finansowych oraz analitycy – by dyskutować nad przyszłością rynku węgla. Większość uczestników spotkania była zgodna, nadchodzą dobre czasy dla producentów węgla, gorsze dla jego konsumentów. Ceny tego surowca będą rosły, bowiem na rynku brakuje węgla. Nikt tak naprawdę nie jest w stanie oszacować, jaka jest skala niezbilansowania, czy brakuje na rynku 5, 10 czy więcej milionów ton węgla. Przyczyn tego zjawiska jest wiele
Czytaj rozmowę z Jerzym Galembą z Węglokoksu \"Popyt na węgiel nie rośnie, ale spada jego podaż\"
Cenowe szaleństwo
I właśnie ten ujemny bilans po stronie podaży wpływa, że ceny węgla rosną i pewnie rosnąć będą. I to w oszałamiającym tempie. W październiku ubiegłego roku węgiel energetyczny kosztował 64 dolary za tonę, co wydawało się i tak wysoką ceną (rynek ARA pamięta jeszcze lata 90., kiedy cena węgla zeszła poniżej 30 dolarów za tonę). Jednak to co dzieje się w tym roku jest czystym szaleństwem. Według ostatnich notowań indeks ARA (porty Amsterdam–Rotterdam–Antwerpia) osiągnął poziom 126 dolarów za tonę.
Ostrożnie z eksportem
Boom cenowy wcale niekoniecznie musi się przełożyć na wzrost eksportu polskiego węgla. Raz, że polscy producenci nie są w stanie wyprodukować dostatecznej ilości węgla dobrej jakości, bo taki sprzedaje się w Europie. A dwa, że niekoniecznie może się to opłacić, nawet zważywszy na tak wysokie ceny węgla. Należy bowiem zauważyć, że rekordowe ceny węgla zbiegły się z równie rekordową zniżką wartości dolara w stosunku do naszej waluty.
Na dodatek wzrost cen węgla jest pochodną wzrostu cen transportu. Od stycznia do października br. stawki frachtowe podrożały dwukrotnie. Dla przykładu transport tony węgla z RPA do Europy wzrósł w tym czasie z 24 do 50 dolarów. Dlatego obecnie niemal połowa ceny węgla wysyłanego drogą morską to koszty transportu. Pozostaje bardziej efektywny eksport lądowy, ale — jak zapewniają przedstawiciele Węglokoksu — kierunki lądowe są w zasadzie maksymalnie wykorzystane.
W jaki sposób polscy producenci mogą skonsumować obecną koniunkturę cenową na rynkach światowych? Mogą oczywiście wykorzystać tą sytuację podnosząc ceny na rynku krajowym. Uczynili to już w stosunku do odbiorców indywidualnych. Ceny węgla grubego wzrosły o 10 proc. Teraz kolej na negocjacje z energetykę, głównym odbiorcą węgla. Kompania Węglowa chce aż 15 proc. podwyżki, uzasadniając to wzrostem kosztów.
Ceny w górę?
Prof. Wiesław Blaschke z PAN uważa, że tak wysokie oczekiwania ze strony producentów są uzasadnione.
– Ceny węgla nie powinny być niższe od kosztów wydobycia. Niestety, przez lata górnictwo sprzedawało węgiel energetyce ponosząc na tym straty. Czas z tym skończyć, tym bardziej, że ceny węgla na rynkach światowych poszły mocno w górę.
Dane statystyczne wskazują, że ten swoisty proceder wciąż ma miejsce. W 2006 r. średnia cena węgla energetycznego kształtowała się na poziomie ok. 164 zł za tonę (loco kopalnia), podczas gdy średni koszt produkcji wynosił ok. 174 zł za tonę. Wiele wskazuje na to, że koszty, mimo wielu działań optymalizujących będą dalej rosły, choćby dlatego, że związkowcy upominają się o znaczący wzrost zarobków.
– Jakoś tak się utarło, że wszystko może drożeć, tylko nie węgiel. Tyle, że węgiel jest takim samym paliwem jak każde inne. Jeśli drożeje ropa naftowa i gaz ziemny, to dlaczego ceny węgla nie miałby się zmieniać. O ile górnictwo podchodzi elastycznie do cen węgla dla odbiorców indywidualnych, o tyle zbyt sztywno podchodzi do cen dla energetyki i to trzeba zmienić – uważa Janusz Olszowski, prezes Górniczej Izby Przemysłowo–Handlowej.
Trudne negocjacje
Energetycy podchodzą ostrożnie do tematu.
– Wierzę, że uda nam się osiągnąć rozsądny kompromis, który będzie akceptowalny także dla naszych klientów. Myśląc o podwyżkach, nie należy patrzeć przez pryzmat interesów jednej branży. Jeśli górnicy nadmiernie podniosą ceny, nasza energia będzie nieatrakcyjna na rynku, w efekcie mniej sprzedamy i kupimy mniej węgla. Kto na tym straci? Zarówno górnictwo, jak i energetyka – przekonuje Jan Kurp, prezes Południowego Koncernu Energetycznego.
W tych negocjacjach obie strony mają ważne argumenty. Przy obecnych cenach na rynkach światowych polski węgiel jest najtańszy, więc energetycy, czy to się im podoba czy nie, są skazani na rodzimych producentów. Ostatnio okazało się, że węgiel rosyjski przestał wpływać do Polski szerokim strumieniem. Jednocześnie energetyka posiada spore rezerwy węgla (mówi się nawet o ok. 8 mln ton), co jest ważną kartą w rozmowach handlowych. Należy się jednak spodziewać, że każdy będzie obstawać przy swoim, bo i jednych i drugich czekają spore wydatki inwestycyjne. Należy zatem liczyć, że górnikom i energetykom uda się osiągnąć na czas rozsądny kompromis, bo jeśli wierzyć meteorologom nadchodząca zima ma być wyjątkowo ostra.
Hutnictwo zyska oddech? Unia ogranicza napływ stali spoza Europy
Od 1 lipca 2026 r. w Unii Europejskiej obowiązują przepisy, które mają chronić europejski przemysł stalowy. Nowy unijny mechanizm zakłada zmniejszenie o niemal połowę bezcłowych limitów importu stali. - Te przepisy to w znacznej mierze realizacja postulatów hutniczych związków zawodowych – podkreślają w Śląsko-Dąbrowskiej „Solidarności”.