Węgiel jest polskim przekleństwem
fot: Bogdan Kułakowski
fot: Bogdan Kułakowski
Rozmowa z Magdaleną Zowsik, koordynatorką Kampanii Klimatyczno-Energetycznej Greenpeace
W Polsce wciąż wielu uważa, że węgiel jest bogactwem tego kraju. Są też tacy, którzy z różnych przyczyn sądzą, że węgiel jest naszym przekleństwem. Chyba nie pomylę się twierdząc, że Pani, jako ekolog, zalicza się do tej drugiej grupy?
Owszem, zwłaszcza jeśli Polska pozostanie przy obecnej, anachronicznej strukturze wytwarzania energii opartej na węglu. Będzie on naszym przekleństwem z kilku powodów. Po pierwsze, spalanie węgla powoduje zmiany klimatu na Ziemi. Mamy bardzo mało czasu, by odwrócić niekorzystne tendencje. W ciągu najbliższych siedmiu lat wzrost emisji CO2 powinien zostać zatrzymany w skali globalnej, a do połowy wieku emisje powinny spaść o połowę. Polska, jeżeli nie zrezygnuje z węgla – a obecnie jesteśmy wśród 20 największych emitentów CO2 – będzie się walnie przyczyniała do zmian klimatu. Skutki tych zmian w pierwszej kolejności dotkną kraje ubogie. Jednak nie oszukujmy się, dotyczy to także Polski. Wiele miejscowości nadmorskich zostanie zalanych przez morze. Czeka nas spadek plonów w rolnictwie, a do tego dochodzi zagrożenie ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi – trąby powietrzne, powodzie, susze.
Po drugie, uwarunkowania ekonomiczne mogą sprawić, że wytwarzanie energii z węgla przestanie być opłacalne, choćby z uwagi na koszty zakupu limitów emisji CO2. Węgiel jest także dlatego naszym przekleństwem, że z uwagi na jego obfite występowanie nie próbujemy pozyskiwać energii z czystych, odnawialnych źródeł. Węgiel nas po prostu rozleniwia.
Czy to nie jest doktrynalne założenie, że za zmiany klimatu odpowiedzialny jest człowiek? Liczna grupa naukowców związanych z NIPCC, w przeciwieństwie do swych kolegów z IPCC, uważa, że człowiek nie ma wpływu na zjawiska klimatyczne, zmiany klimatu były i będą następować, czy nam się to podoba, czy nie.
Niewątpliwie klimat się zmieniał i będzie się zmieniał z przyczyn naturalnych. Nigdy jednak zmiany klimatu nie następowały w takim tempie jak obecnie. Naukowcy skupieni w Międzyrządowym Panelu do Zmian Klimatu (IPCC) opracowali dwa modele zmian klimatu. Pierwszy pokazuje, jak zmieniałby się klimat bez udziału człowieka, drugi definiuje faktyczne zmiany, jakie następują z jego udziałem. W Polsce pokutuje przekonanie, że jest druga silna grupa naukowców, która twierdzi, że jest wprost odwrotnie, że klimat się oziębia. Tak naprawdę jest to niewielka grupa osób, których intencje nie są czyste. Pamiętajmy o tym, że przemysł energetyczny zalicza się do najpotężniejszych w świecie, jego interesy są sprzeczne z tym, co głoszą naukowcy z IPCC. Zgodzę się, że jest niewielka grupa naukowców, która szczerze wierzy, że eksperci z IPCC są w błędzie. Są jednak także i tacy naukowcy, którzy są opłacani przez lobby energetyczne, zwłaszcza naftowe, co zostało udokumentowane.
Przedstawia Pani dość radykalny pogląd, nie licząc się z tym, iż przemysł energetyczny wydaje miliardy euro na rzecz zmniejszenia emisji CO2, począwszy od stosowania nowocześniejszych, bardziej przyjaznych środowisku technologii, a kończąc na pilotażowych badaniach nad CCS (red. –wychwytywanie i podziemne magazynowanie CO2).
Doceniamy te wysiłki branży energetycznej, które mogą faktycznie skutkować zmniejszeniem emisji CO2, zwłaszcza wysiłki tych firm, które stawiają na odnawialne źródła energii. Nie doceniamy natomiast wysiłków dotyczących technologii CCS, którą my, ekolodzy, potocznie nazywamy „filozofią końca rury”. W uproszczeniu wygląda to tak: produkujemy CO2, wychwytujemy je i zatłaczamy pod „dywan”, zostawiając problem następnym pokoleniom, niech one się tym martwią. Nie zgadzamy się z taką filozofią, bowiem stoi w sprzeczności z zasadą zrównoważonego rozwoju, mówiącą, że wolno nam się rozwijać tylko w taki sposób, by nie zakłócić życia następnym pokoleniom. Technologia CCS znajduje się w powijakach, nie znamy skutków jej zastosowania. CCS tak naprawdę jest tylko wymówką do budowy kolejnych elektrowni węglowych. Greenpeace, we współpracy z naukowcami, zwłaszcza geologami, wydał w tym roku raport na temat CCS. Przedstawiamy w nim kilka wrażliwych punktów zastosowania tej technologii wskazujących na to, że CCS nie jest w stanie odegrać wystarczającej roli w zatrzymaniu zmian klimatu.
Mam rozumieć, że prace sztabu naukowców i ekspertów pracujących nad CCS idą w niwecz?
Naszym zdaniem jest to strata czasu i trwonienie środków. Wielu fachowców już dziś uważa, że technologii CCS nie da się zastosować na szeroką skalę. Na pewno nie da się jej wdrożyć na skalę przemysłową co najmniej do 2020 roku. Wątpliwe, by udało się znaleźć odpowiednią ilość miejsc mogących zgromadzić cały dwutlenek węgla produkowany w elektrowniach węglowych. A co będzie, jeśli zaczną się wycieki – za 10, 50 czy 100 lat? A takie rzeczy się zdarzają. Był przypadek wypływu naturalnie zgromadzonego CO2 w Afryce. Nie mówię już o tym, jak wielkie są koszty zastosowania tej technologii. Po co trwonić pieniądze na CCS, skoro te same środki można przeznaczyć na rozwój energii odnawialnej?
Chyba nie sądzi Pani, że gospodarka światowa, bo już nie mówię, że nasza krajowa, może przestawić się całkowicie na odnawialne źródła energii?
W dłuższej perspektywie zdecydowanie tak. W najbliższym czasie przedstawimy opinii publicznej raport, który będzie zawierać informacje na temat tego, ile energii elektrycznej i cieplnej będzie można wytworzyć w Polsce z odnawialnych źródeł energii, a także ile energii można zaoszczędzić. Ale już dziś eksperci twierdzą, że co najmniej połowa zapotrzebowania energetycznego kraju może zostać pokryta ze źródeł odnawialnych, takich jak wiatr, biomasa, woda, słońce, czy geotermia. Pytanie, dlaczego dotąd nie zostało to zainicjowane? Mając tak ogromny potencjał produkujemy w Polsce zaledwie 3 proc. energii elektrycznej z odnawialnych źródeł. Dlaczego? Dlatego, powtórzę, że naszym przekleństwem jest węgiel. Dlatego, że mamy węgiel, mamy łatwą wymówkę.
Ile wiatraków musiałoby stanąć w Polsce, żeby zaspokoić nasz głód energetyczny, który z roku na rok wzrasta?
Przede wszystkim sprzeciwiam się takiemu uproszczeniu, że wiatr jest jedynym źródłem odnawialnym.
Ale jak do tej pory branża energetyczna inwestuje w energię odnawialną z wiatru, w mniejszym stopniu z biomasy.
Owszem, wiatr i biomasa mają największy udział w tzw. miksie odnawialnych źródeł, ale nie jedyny. Równie ważnymi źródłami są wspomniane słońce, geotermia i woda, w połączeniu z efektywnością energetyczną.
Problemem jest mała efektywność produkcyjna odnawialnych źródeł. Sami inwestorzy przyznają, że w przypadku Polski efektywność produkcji energii z wiatru wynosi zaledwie jedną trzecią zainstalowanej mocy, co oznacza, że wiatraki pracują tylko przez cztery miesiące w ciągu roku.
Nie spotkałam się z takimi wyliczeniami. Proszę jednak zwrócić uwagę na fakt, że mamy podobne uwarunkowania geograficzne jak Niemcy i tam moc zainstalowanych wiatraków sięga 20 000 MW, podczas gdy w Polsce zaledwie 200 MW, czyli sto razy mniej. Czy wiatr zatrzymuje się na granicy i przestaje wiać? Nie ukrywajmy, jest to przede wszystkim kwestia woli politycznej.
Proszę wybaczyć, ale posłużę się dość wyświechtanym sloganem, że Niemców po prostu na to stać.
Niemcy również posiadają duże zasoby węgla, ale jednak mądrość polityczna rządzących podpowiedziała im, że węgiel nie ma przyszłości.
Tu się nie zgodzę, bowiem węgiel kamienny, a także brunatny, ma wciąż największy udział w produkcji energii w Niemczech.
Jednak nie powstrzymuje ich to przed prężnym rozwijaniem energetyki opartej na odnawialnych źródłach. Niemcy mają, co warto podkreślić, dużo lepszy system wsparcia energetyki odnawialnej, niż my w Polsce. W Niemczech w tym sektorze pracuje już ok. 150 tys. osób. W Polsce mogłoby się dziać podobnie. Pracę w sektorze czystej energii mogłoby znaleźć znacznie więcej ludzi niż w górnictwie, i to dużo bezpieczniejszą pracę. W strategii rozwoju energetyki odnawialnej z 2001 r. podane jest wyliczenie mówiące, że 7,5 proc. udziału źródeł odnawialnych w produkcji krajowej pozwoli stworzyć 30–40 tys. dodatkowych miejsc pracy. Powtórzę, wszystko zależy od mądrości naszych polityków, od tego, czy są w stanie patrzeć w przyszłość w dłuższej perspektywie niż cztery lata.
Mówi Pani o złej woli polityków, tyle że zagraniczni inwestorzy branżowi, owszem, myślą o rozwijaniu energetyki odnawialnej, ale jednak w głównej mierze stawiają na węgiel, czego przykładem są bardzo konkretne zapowiedzi budowy nowoczesnych, bardziej przyjaznych środowisku elektrowni węglowych. Takie firmy jak Vattenfall czy RWE nie są ślepe na problem zmian klimatu.
Nie są ślepe, ale nie dość poważnie podchodzą do problemu.
Myślę, że bardzo poważnie podchodzą do swojego biznesu, bo za tym idą miliardowe inwestycje.
Nie zaprzeczam, że na obecnym etapie produkcja energii z węgla jest tańsza. Ale tańsza dla biznesu nie oznacza tańsza dla ludzi. Koszty będziemy ponosić wszyscy – w przyszłości. Niestety system wsparcia państwowego dla energetyki odnawialnej nie zachęca wielkiego biznesu do jej produkcji. Nie wszystkie źródła odnawialne przy takim wsparciu mogą się rozwijać, przykładem jest fotowoltaika (pozyskiwanie energii elektrycznej z promieniowania słonecznego – przyp. red.).
Bagatelizuje Pani wolę Państwa dla wsparcia energetyki odnawialnej, podczas gdy regulacje państwowe zmuszają koncerny energetyczne do sukcesywnego wykorzystywania źródeł odnawialnych w ich ogólnej produkcji. W najbliższych latach ten udział wzrośnie do kilkunastu procent, co już dziś stanowi niemały problem i wyzwanie dla krajowej energetyki.
Niestety obowiązkowy limit zakupu zielonej energii elektrycznej nie daje wystarczającego bodźca dla rozwoju OZE – mamy tej energii wciąż za mało. Jest to drogi system, który nie daje efektów. Takie kraje, jak Niemcy, Hiszpania czy Dania postawiły na stałe ceny „zielonej energii”, dzięki czemu od lat dynamicznie rozwijają ten sektor.
Ekolodzy mają jednak bardzo silnego sprzymierzeńca w postaci Unii Europejskiej. Jak ocenia Pani założenia pakietu energetyczno-klimatycznego, w tym doktrynę 3x20 (20 proc. mniej emisji CO2, 20 proc. energii odnawialnej, 20 proc. więcej efektywności wykorzystania energii do 2020 roku – red.)?
Tak właściwie jest to jedyna motywacja dla Polski i jedyna gwarancja, że coś zrobi w walce z globalnym ociepleniem. W Polsce wszystko, co się dzieje wokół ochrony środowiska, wiąże się z regulacjami unijnymi. Osobiście bardzo się cieszę, że mamy tak silnego żandarma. To nie oznacza, że każda z propozycji UE jest do zaakceptowania. Na przykład Unia zobowiązuje się zmniejszyć emisję CO2 o dodatkowe 10 proc. pod warunkiem, że dołączą do niej inne kraje świata. Tymczasem znaczniejsze obniżenie emisji (30 zamiast 20 proc.) jest naszym zdaniem niezbędne dla ograniczenia wzrostu temperatury w świecie. Unia Europejska, chcąc być liderem walki z globalnym ociepleniem, musi być konsekwentna i nie może kalkulować – zmniejszymy, jeśli inni się przyłączą.
Jednym z podstawowych narzędzi walki z globalnym ociepleniem, już nawet nie tyle proponowanym, co realizowanym przez Unię Europejską, jest system handlu limitami emisji CO2. Podoba się Pani to narzędzie?
System ten może odegrać dużą rolę w walce z globalnym ociepleniem.
Nie uważa Pani, że to jest taka współczesna wersja handlu odpustami. Kupujemy je, żeby się lepiej poczuć moralnie, nie mając żadnej gwarancji, że pomogą nam w osiągnięciu celu?
Nie zgadzam się. Uważam, że jest to skuteczny mechanizm, który przykręca śrubę energetyce. Emisja CO2 staje się w tym momencie realnym kosztem, a to wymusza poszukiwanie sposobów na ograniczanie emisji. Powiedzmy sobie szczerze, od czegoś trzeba zacząć, żeby ograniczyć emisję CO2, a handel emisjami jest dobrym tego początkiem.
I nie przeszkadza Pani, że na tym systemie wzbogaci się finansjera, głównie londyńska, bo stolica Wielkiej Brytanii staje się powoli centrum tego rynku i to ona będzie głównie odcinała kupony od tego systemu?
Nie wiem, czy w ten sposób londyńska finansjera wzbogaci się na handlu limitami emisji CO2. Ale wiem na pewno, że na tym systemie wzbogaci się środowisko, a i tym samym ludzkość, więc wspomniany przez Pana skutek uboczny jest do zaakceptowania. Tym bardziej, że wspomniana finansjera bogaci się na wszystkim, więc lepiej, by bogaciła się na dobrych rozwiązaniach.
A jeśli inne gospodarcze potęgi świata nie dołączą do Europy? Wysiłki te pójdą na marne?
Nie oszukujmy się, to jest poważny problem. Unia Europejska samodzielnie nie upora się z globalnym ociepleniem. Liczę jednak, że inne potęgi gospodarcze świata dołączą do Europy, skoro nawet prezydent Stanów Zjednoczonych, George Bush, zaczął wreszcie dostrzegać ten problem i przyznał, że człowiek ma istotny wpływ na globalny wzrost temperatur. Już dziś niektóre stany w USA prowadzą politykę podobną do europejskiej na polu walki z globalnym ociepleniem, czego najlepszym przykładem jest Kalifornia. Dopóki bogata Północ, która wciąż produkuje najwięcej CO2, nie zmniejszy emisji gazów cieplarnianych, dopóty nie będzie można tego samego oczekiwać od reszty świata, mam tu na myśli głównie Chiny i Indie. Niemniej warto wiedzieć, że Chiny w tej sprawie już teraz robią więcej niż Stany Zjednoczone. Rozwijają technologie, ich samochody mają znacznie lepsze standardy ekologiczne niż pojazdy w USA.
Czy zgodzi się Pani, że dziś jedyną realną alternatywą dla paliw kopalnych jest energetyka jądrowa, do której przekonuje się coraz więcej ekologów?
Nie. Pamiętajmy, że uran jest także paliwem kopalnym i wyczerpywanym, którego cena też będzie rosnąć. W Greenpeace uważamy, że nie możemy jednej katastrofy ekologicznej zastąpić drugą katastrofą. A energetyka jądrowa taką katastrofę nam funduje w postaci odpadów radioaktywnych, z którymi nadal nie wiadomo, co robić, jak bezpiecznie je składować. Poza tym co roku dochodzi w świecie do kilku awarii reaktorów groźnych dla środowiska. W końcu energetyka jądrowa jest niezmiernie kosztowna, a proces inwestycyjny - długotrwały. Dlatego uważamy, że nie jest to dobra alternatywa.
Może pocieszeniem dla Pani będzie fakt, że paliw kopalnych ubywa w świecie. Także w Polsce wydobywamy coraz mniej węgla. Wymusza to na energetykach stosowanie efektywniejszych technologii spalania.
Ważniejsza dla nas od efektywności produkcji jest efektywność wykorzystania energii. Niestety polska gospodarka jest bardzo energochłonna, przez co plasujemy się w ogonie Europy. Na wyprodukowanie tej samej jednostki PKB potrzebujemy 2,5 razy więcej energii niż rozwinięte kraje Unii Europejskiej. Proszę pamiętać, że najtańsza i najczystsza jest ta energia, której nie zużyjemy.