Tuning po polsku

Tuning BAR

fot: Bartłomiej Szopa

Bardzo często moc silników przerabianych samochodów wielokrotnie przewyższa tą, z jaką wyjeżdżały one z fabryki

fot: Bartłomiej Szopa

Wielkie spoilery, buczące wydechy, oślepiające ksenony – to tylko część gadżetów jakimi coraz częściej straszą nas na drogach, przerabiane przez domorosłych tuningowców, samochody.

 

Szeroko pojmowany tuning od lat coraz mocniej zadomawia się w naszym kraju. Spróbujmy zatem poszukać odpowiedzi na pytania: które przeróbki mają sens, a które nie mają go ani trochę, no i... czy wszystkie są bezpieczne?

 

Szybcy, wściekli i...bezradni


W 2001 roku do kin trafił film „Szybcy i wściekli”. Nie było wówczas żadnego Mężczyzny (przez wielkie, ociekające testosteronem i olejem silnikowym „M”), który, startując spod świateł swoim niepozornym autkiem, nie chciałby odpalić instalacji nitro i pokazać miejsca w szeregu bogatemu właścicielowi Porsche, który akurat ustawił się obok. Oczywiście przy okazji przyprawiając o dreszcze pasażerkę prawego fotela w owym „porszaku”.


Niestety... w kraju, w którym jeszcze kilkanaście lat temu dużego fiata nazywano polskim BMW, niełatwo było wówczas o części, których używano do przeróbek aut we wspomnianym filmie. Prawdę mówiąc, niełatwo było nawet o takie samochody...


Zrób to sam


No więc zaczęło się... Polscy tunerzy zabrali się za to, co było pod ręką. Rynek wtórny zza zachodniej granicy był szalenie popularny, więc „ofiarami” padały głownie samochody niemieckie. Opel Calibra, Kadett, VW Golf – niskie ceny, duży wybór i pozory sportowości sprawiły, że prawie każdy naśladowca Vina Diesela (aktor wcielił się w jedną z głównych ról w „Szybkich i wściekłych”) wybierał właśnie któryś z tych modeli.


Samochody więc były. Gorzej z częściami. Profesjonalne akcesoria do tuningu produkują głównie Amerykanie, Japończycy i Niemcy (jednak niekoniecznie z myślą o Oplu Calibrze). Ten deficyt sprawił, że polscy „konstruktorzy” zaczęli sami zapełniać rynkową dziurę. Za bazę do przeróbek wizualnych posłużyły wykonywane z laminatów zderzaki, spoilery i progi, które łamały się niczym opłatki nawet podczas szybszego wjazdu w kałużę. O sportowy dźwięk silnika zadbały tłumiki, sprzedawane bez homologacji, dopuszczającej do użytku na drogach publicznych. Do tego wszystkiego doszły gadżety, takie jak chińskiej produkcji żarniki ksenonowe (w których instrukcjach widnieją zapisy o tym, że nie nadają się do konwencjonalnych lamp), diody i neony. Mrugające, pulsujące, wielokolorowe – prawdziwe disco polo.


Całe to „ustrojstwo” w żaden sposób nie poprawiało osiągów, bezpieczeństwa czy czegokolwiek, co miałoby sens dla posiadacza samochodu. No... może poza wyglądem, ale to raczej argument dla tych, którzy chcąc poprawić wizerunek, tatuują sobie pająka na twarzy.


Profesjonalizm na ratunek


Czy więc tuning ma w ogóle sens? Otóż... dla znających temat nie ma już dziś wątpliwości, że to, co opisane powyżej, nie powinno nawet być tuningiem nazywane. Tuning wspiął się w naszym kraju na prawdziwe wyżyny. Nie brak ciągle amatorów laminatu, szpachli i neonów, jednak coraz więcej osób ze swoich aut czyni prawdziwe dzieła sztuki i mechaniczne majstersztyki. Zrzeszają się oni w klubach, godzinami śledzą internetowe fora z całego świata. Importują profesjonalne części z zagranicy. Spędzają całe tygodnie, „picując” w garażach swoje cacka. Wóz poddany dobrym zabiegom tuningowym jest zwykle pod każdym względem lepszy niż pierwowzór z fabryki. Coraz więcej firm zajmuje się tym tematem profesjonalnie, a z ich usług korzystają nawet producenci samochodów, którzy mają już dziś swoich nadwornych tunerów. Dla Opla jest to OPC, dla Mercedesa Brabus, dla Fiata – firma Abarth.


Dla każdego?


Czy tuning to hobby dla każdego? Pewnie nie, ale każdy, kto widzi w samochodzie coś więcej niż środek transportu, może spróbować go nieco ulepszyć. Na początek warto jednak zacząć od kontroli stanu technicznego, bo tuning rozpadającego się złomu, to jak wysyłanie łysego do fryzjera – można, ale po co?


Po upewnieniu się, że to, czym jeździmy, jest tym, czym być powinno, możemy pobawić się z modyfikacjami. Jeśli chodzi o mechanikę – na pewno warto pomyśleć o sportowym filtrze powietrza. Nie chodzi jednak o kolorowe „stożki” kupowane na giełdach, ale o profesjonalne zestawy renomowanych producentów (np. K&N, JR, Pipercross). Zapewnią one poprawę osiągów i – przede wszystkim – nie spowodują awarii silnika. Zamiast pseudo-ksenonów lepiej zainwestować w dobrej klasy żarówki. Poprawią jakość jazdy nocą i nie skutkują utratą dowodu rejestracyjnego. Jeśli zależy nam na poprawie brzmienia samochodu, warto wybrać homologowane wydechy sportowe. Są one dopuszczone do użytku i zazwyczaj trwalsze niż rzemieślnicze zamienniki, które zwykle trafiają do naszych aut.
Jeśli natomiast mamy zapędy na więcej, warto poszukać profesjonalnej firmy tuningowej. Tapetować mieszkanie potrafi bowiem niemal każdy, a nie oznacza to przecież, że potrafilibyśmy wznieść bliźniacze wierze w Kuala Lumpur.
 


 

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Były prezes Orlenu straci immunitet i trafi do aresztu? Jest wniosek

Waldemar Żurek, minister sprawiedliwości, poinformował w mediach społecznościowych, że  skierował do przewodniczącej Parlamentu Europejskiego Roberty Metsoli wniosek o uchylenie immunitetu europosła Daniela Obajtka, byłego prezesa Orlenu.

Szukasz pracy? Trwa rekrutacja do fabryki po dawnym Rafako

Jelcz szuka pracowników do fabryki w Raciborzu, która ma rozpocząć produkcję w przyszłym roku. 

Ministrowie radzą nad rewizją ważnej dyrektywy

Ryszard Pawlik: Istotne jest by w tym swoistym wyścigu z czasem oraz próbach łączenia trochę przysłowiowego ognia z wodą – godzenia odmiennych interesów i punktów widzenia – nie stracić z pola widzenia tego, co jest w reformie ETS kluczowe czyli ograniczenie wpływu tego systemu na ceny energii elektrycznej w UE.

Znowu winny węgiel i jego ceny. Droższa energia podbiła inflację we wrześniu

Droższa energia podbiła inflację we wrześniu; ponad połowa rocznego wskaźnika inflacji w ubiegłym miesiącu to droższe paliwa i energia - zauważyli ekonomiści banku ING w komentarzu do zrewidowanych danych GUS o inflacji. Zaznaczyli, że szok energetyczny nie rozlewa się na inne kategorie cenowe.