Trzeba żyć dalej

Bombis miroslaw jech

fot: Jerzy Chromik

Mirosław Bombis od 22 lat pracuje w kopalni Śląsk

fot: Jerzy Chromik

Rozmowa z Mirosławem Bombisem, kombajnistą w Ruchu „Śląsk” kopalni „Wujek”.

To jest smutna Barbórka w „Śląsku”?

- Trudno, aby w takim dniu nie wrócili człowiekowi przed oczy koledzy, którzy zginęli. Ale cóż, trzeba mimo wszystko żyć dalej. Na pewno nie jest więc huczna, natomiast bardziej domowa.

Dużo ma Pan już za sobą fedrowania?

- W czerwcu szurnęły 22 lata. Cały czas w „Śląsku”.

Do kopalni przygnała Pana rodzinna tradycja?

- Czy ja wiem? Owszem, jestem Ślązakiem z dziada pradziada. Urodziłem się w Chorzowie, mieszkam w Kochłowicach. Dziadek był górnikiem w dawno nieistniejącej już kopalni „Prezydent”. Ojciec – nie. Ale kiedy byłem młodym chłopakiem, ta tradycja nie była jakimś silnym nakazem. Ot, zwyczajna kolej rzeczy: Technikum Górnicze, kopalnia... Na początek „nafedrowałem” żonę, Gabrielę.

Że co?!

- Było tak. Nauka w szkole kończyła się jakoś na początku czerwca. Przyjechał personalny z kopalni i agitował, żebyśmy od razu przyszli do pracy. Obiecał, że ci, którzy nie będą się ociągali, mogą liczyć na urlop już w sierpniu. Część kolegów wybrała wakacje, część – w tym ja – poszła w czerwcu do roboty. Było mi to na rękę żeby przedtem zarobić parę groszy. W sierpniu, rzeczywiście, dostałem urlop. Pojechałem nad morze. No, i poznałem Gabrielę. Pobraliśmy się dwa lata później. Jest ze mną po dziś (śmiech). Mamy 19-letnią córkę i 15-letniego syna. Córka studiuje, syn uczy się w technikum.

Górniczym?

- Nie, samochodowym. Rajcują go auta i ratownictwo wodne.

Wróćmy na poziom 1050 do Oddziału Wydobywczego V. Rozumiem, że kombajnista i zastępca przodowego bardziej operuje „kneflikiem”, niż kilofem i łopatą.

-
I tym, i tym.

Jak to?!

- Zwykle „kneflikiem”. Ale – jeśli coś się obsypie, coś trzeba wyczyścić – to czasem przychodzi też pomachać łopatą. A to są tony węgla lub przerzucanego żelastwa.

Przypuszczałem, że od takiej harówy są młodzi.

- Gdzież tam! Zdecydowana większość brygady, liczącej 16–17 osób, to koledzy ze zbliżonym do mojego stażem. Jeden odchodzi na emeryturę za dwa miesiące, drugi – za cztery, ja – za 2,5 roku.

Taka ekipa, to pewnie skarb.
- Owszem. Robimy z sobą lata i nawzajem mamy do siebie zaufanie. W tym fachu, to niesamowicie ważne. Ja wiem, że jeśli kolega coś zrobił, to mogę być pewien, że zrobił to porządnie i niczego nie muszę się obawiać.

Pilno Panu do emerytury?

- I tak, i nie. Z jednej strony, kiedy człowiek słyszy – tu wypadek, tam wypadek – to chciałoby się już skończyć i odejść. A z drugiej, jakoś trudno sobie wyobrazić ten przeskok od codziennego życia w biegu do emeryckiej ławki przed blokiem. Tym bardziej, że większość kolegów na emeryturze szuka potem zajęcia. Jeden za parkingowego, drugi przy grabieniu liści... Na dziś myślę tak: dorobić swoje i iść.

Ponoć górnicy wciąż cieszą się wielkim szacunkiem społeczeństwa?

- Tu, na Śląsku być może tak.

Być może?

- Kto ma nas szanować, jeśli sami się nie uszanujemy. Ale kiedy już przeglądam w Internecie komentarze do różnych zdarzeń w górnictwie, to powątpiewam w ten szacunek. Tyle tam obelg, jadu...

Miarą prestiżu bywa zarobek. Jak to naprawdę jest z tym portfelem kombajnisty?

- Trudno żebym narzekał, skoro tyle lat tkwię w kopalni. Pewnie mogłoby być lepiej, ale mogłoby też być gorzej. Żona nie pracuje zawodowo, dzieci się uczą i jakoś żyjemy.

Zaczęliśmy tę rozmowę od Barbórki. Jak wygląda ten dzień?

- Zaczynam od kochłowickiego kościoła. Udział w uroczystej mszy św. traktuję tego dnia jako święty obowiązek. Trzeba na nią iść, by podziękować Bogu, że szczęśliwie przepracowało się cały rok, a też pomodlić się w intencji kolegów. Zresztą życzę każdemu, żeby mógł w niej uczestniczyć. To szczególna uroczystość. Kiedy na chórze huknie górnicza orkiestra, to naprawdę człowiek dostaje gęsiej skórki.

Pana patronka strzegła przez te lata?

- Zgrzeszyłbym, odpowiadając, że nie. Prawda, przed kilku laty przycisnęła mnie na dole bryła węgla. Skończyło się na ześrubowanych kościach podudzia i dziewięciu miesiącach rewiru. Przeszło, minęło...

A w domu, pytam w kontekście Barbórki?

- Przyrządzony przez Gabrysię specjał.

Czyli?

- Golonka, koniecznie z dużą ilością musztardy, plus ziemniaczki i kapusta. Jest piwo, coś mocniejszego. Żona przyszykuje sernik lub makowiec.

Żadnych fajerwerków?

- Nie. Zajrzy ojciec, teściowa, szwagier ze szwagierką. To jest zupełnie inny dzień niż czyjekolwiek urodziny, wigilia, święta. Zawsze troszeczkę pogada się o górnictwie. Tata zapyta, jak ci idzie w kopalni, szwagierka – ile zostało ci jeszcze do końca. Posiedzimy, pogadamy...

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Przedszkole położone na terenach pogórniczych jest bezpieczne. Były badania

Teren Przedszkola Samorządowego nr 3 w Trzebini wolny od zapadlisk. Badania geofizyczne gruntu potwierdziły wcześniejszą analizę Spółki Restrukturyzacji Kopalń.

Na kominach ciepłowni byłej kopalni powstanie wyjątkowa ścianka wspinaczkowa

Ciepłownia kopalni Saturn w Czeladzi, z dwoma potężnymi kominami, może stać się atrakcją turystyczną. Powstanie tam jedna z największych  w regionie ścianek wspinaczkowych.

Zapasy gazu w magazynach UE przekraczają 57 proc., w Polsce ponad 85 proc.

Zapasy gazu ziemnego w magazynach UE wynoszą 57,1 proc. wobec średniej 5-letniej na tę porę wynoszącej 73,5 proc. W magazynach znajduje się obecnie 645,41TWh gazu - wynika z wyliczeń firmy Gas Infrastructure Europe. Jeśli chodzi o Polskę, to magazyny wypełnione są w ponad 85 proc.

Ocalą górnicze pieśni. Powstaje specjalny śpiewnik

„Rybnicki śpiewnik górniczy” to pomysł Zabytkowej Kopalni „Ignacy” w Rybniku.