Ten rekord to raczej powód do zmartwień, a nie radości. Stało się to, co już dawno przepowiadali analitycy
fot: Andrzej Bęben/ARC
Nowe przepisy mają wprowadzić do polskiego prawa europejskie rozwiązania dotyczące systemu handlu uprawnieniami do emisji gazów cieplarnianych
fot: Andrzej Bęben/ARC
Ceny uprawnień do emisji CO2 przekroczyły 30 sierpnia 60 euro, czyli są już trzykrotnie wyższe niż wiosną 2020 r. i 12-krotnie wyższe niż przed czterema laty. To zaś oznacza wzrost cen prądu, które przecież już teraz należą do najwyższych w Unii. Wziąwszy pod uwagę fakt, że i tak mamy do czynienia z dużą inflacją oraz wzrostem cen towarów i usług – przyszłość nie rysuje się zbyt różowo.
Dlaczego za prąd zapłacimy więcej? Powód jest znany od lat – to rachunek wystawiony Polsce za energetykę opartą na węglu, która cechuje się dużą emisyjnością. W piątek, 27 sierpnia, notowania emisji CO2 osiągnęły poziom 59 euro za tonę. Trzy dni później, czyli w poniedziałek, 30 sierpnia, ich wartość przekraczała już momentami 60 euro. Tymczasem warto przypomnieć, że przed czterema laty za tonę CO2 trzeba było płacić zaledwie ok. 5 euro. Wiosną 2020 r. ceny uprawnień kształtowały się na poziomie ok. 20 euro za tonę, zaś równo przed rokiem nie przekraczały 30 euro. Obecnie nawet tę wysoką kwotę trzeba pomnożyć już razy dwa.
To wszystko oznacza kolejne dodatkowe obciążenia dla naszych portfeli. Polska energetyka w dużym stopniu opiera się na spalaniu węgla i choć rynek energii dla odbiorców indywidualnych jest wciąż regulowany przez prezesa Urzędu Regulacji Energetyki, to dostawcy energii mają większą swobodę w podnoszeniu cen dla firm.
Przypomnijmy, unijny system handlu uprawnieniami został wprowadzony w 2005 r. Miał przygotować Unię do wdrożenia protokołu z Kioto. Unijny ETS obejmuje obecnie jedynie ok. 40 proc. emisji CO2 – tych pochodzących z elektroenergetyki, ciepłownictwa, przemysłu i lotnictwa, co z perspektywy tych sektorów widziane jest jako niesprawiedliwe.
System handlu uprawnieniami funkcjonuje nie tylko w Unii. Podobne mechanizmy działają np. w Chinach czy niektórych stanach USA. Różnią się od siebie zasadami funkcjonowania. To zaś sprawia, że w globalnej rywalizacji powstaje nierówna konkurencja: produkty obarczone niższą ceną CO2 niż w EU-ETS są tańsze.
Celem systemu ETS jest ograniczenie emisji. Dlatego też pula dostępnych na rynku uprawnień z roku na rok maleje, a co za tym idzie – ich cena rośnie. Środki pozyskane ze sprzedaży uprawnień przez państwa trafiają do ich budżetów. Dyrektywa ETS wskazuje, że przynajmniej 50 proc. przychodów z puli podstawowej i 100 proc. z puli solidarnościowej powinno trafiać na cele klimatyczne.