Robert Więcek – podpowiedział dyrektor pracowniczy, kiedy prosiłem go o pomoc w dotarciu do zacnego górnika jaworznickiej kopalni. Czym zaskarbia się uznanie i szacunek?
Bo ja wiem... Na pewno porządną, ciężką pracą.
Ile ma Pan już za sobą fedrowania?
Cóż, minęło już przeszło 23 lata. Zanim zostałem przodowym w Oddziale Wydobywczym II, przedtem przez 17 lat byłem górnikiem strzałowym.
Przodowy. To trudna rola?
To ktoś pośrodku, pomiędzy pracownikiem, a sztygarem.
Na co dzień...?
Po zjeździe, na talunku, sztygar daje mi 13-14 ludzi i wyznacza zadanie – fedrunek i wszystko, co z nim związane. Rozdzielam, co kto ma robić i ja za to odpowiadam. Mam sprawdzić, dopilnować. Nie tylko tego, żeby tony leciały, ale żeby to szło bezpiecznie, żeby nikt nie zrobił sobie krzywdy.
Bywa, że trzeba krzyknąć?
Czasy krzyku, na szczęście, dawno się skończyły. Rolą przodowego jest doradzić, wytłumaczyć, a kiedy trzeba – pomóc. No, i przede wszystkim – dawać dobry przykład, zwłaszcza tym młodym.
Spory jest ten zastrzyk młodości?
W brygadzie mam 3-4 górników z niewielkim stażem.
Dla przodowego to kłopot?
Nie. Chłopaki się starają, choć brakuje im jeszcze doświadczenia – rzekłbym – górniczego drygu. Muszę tak dzielić zadania, żeby obok młodszego górnika był zawsze ten starszy, żeby miał oko na to, co robi i nie pozwolił, by zrobił krzywdę sobie i innym.
Pana patronka strzegła?
Tak. Złamany palec – nie ma o czym mówić. Owszem, ostatnio trochę postraszyło.
?!
Posypało kamieniem. Na szczęście – bez konsekwencji. Nauka.
Jest Pan jaworznianinem?
Od 26 lat, odkąd przyjechałem tu za pracą i pieniądzem. Pochodzę z miejscowości Bielcza, położonej między Tarnowem a Brzeskiem. Cóż, w domu się nie przelewało. Naturalna kolej rzeczy: szkoła górnicza, kopalnia. Dla młodego człowieka ten przeskok był trudny.
To pewnie nie ma Pan górniczych korzeni?
I tak, i nie.
?!
W latach dwudziestych ubiegłego stulecia mój dziadek fedrował w Danii. Natomiast śp. tato mawiał żartobliwie, że pójdzie pracować do kopalni, kiedy wprawią tam okna. Tak się jednak złożyło, że, oprócz mnie, nadsztygarem w kopalni „Mysłowice-Wesoła” jest mój najstarszy brat, górnikiem jest szwagier, górnikiem był też młodszy brat, zanim wyfrunął w świat.
Synowie pójdą w ślad taty?
Kto wie. Póki co, obaj się uczą. Starszemu, też Robertowi, chodzą po głowie samochody. Ale nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby poszedł do kopalni. Prawda, praca jest ciężka. Ale gdzie młody człowiek, kawaler, zarobi lepiej? A przy tym ma szacunek, urlop...
W kopalni dobrze się zarabia?
Nie zarabiam źle, choć któż by nie chciał więcej. Żona też pracuje. Wystarcza. Zawsze coś tam się jeszcze odłoży. Grzech byłoby narzekać. Inni mają gorzej.
Na co Pan odkłada?
Kilka lat budowałem domek na ojcowiźnie. Pozostała kosmetyka. Będzie gdzie osiąść na emeryturze.
Jak świętuje Pan Barbórkę?
Przed południem idziemy na mszę św. w kopalnianej cechowni. Z żoną – zależy w jakim dniu wypadnie – albo tylko z chłopakami.
Później świąteczny obiad. Co żona szykuje w ten szczególny dzień?
Wprawdzie nie jestem Ślązakiem, ale bardzo lubię kluski śląskie. Do nich będzie pewnie pieczeń, pieczarki i zestaw surówek. Nie jestem specjalnie wybredny.
Po obiedzie rodzinne spotkanie?
Zdarza się, że wpadnie brat, szwagier z rodzinami. Jest piwo, lub coś słuszniejszego.
Przy stole też „fedrujecie”?
Na ogół – tak.
Będzie też brygadowa Barbórka?
Zwykle w sobotę, tuż przed świętem, idziemy kilkuosobową paczką na golonkę i piwo. Dawniej, kiedy nie byłem jeszcze przodowym, organizowałem takie spotkania z żonami. Teraz brygada troszeczkę się zmieniła. Młodzi wolą chodzić własnymi drogami.
Czym zajmuje się Pan poza pracą?
Dawniej lubiłem łowić ryby. Odkąd zacząłem budować dom – nie było już czasu. Ot, wybiorę się z żoną na spacer, z synem na basen. Lubię też obejrzeć film przyrodniczy w telewizji. No, i – jak chyba każdy górnik – lubię się bawić. Kiedy nadarza się sposobność, idziemy z żoną na koleżeńską biesiadę lub potańcówkę.