Ubiegłoroczna katastrofa w kopalni Halemba zmieniła społeczne postrzeganie górnictwa. Czy wpłynęła także na funkcjonowanie nadzoru górniczego?
– Do tej wstrząsającej katastrofy doszło dokładnie trzy tygodnie po objęciu przeze mnie stanowiska prezesa WUG. Dla mnie prywatnie było to bardzo bolesne doświadczenie. Jako człowiek związany od początku swojego życia z ziemią śląską i przedstawiciel tej branży, nigdy wcześniej nie zetknął się z taką skalą ludzkiej głupoty i nieodpowiedzialności. Przez 25 lat pracy w górnictwie nie wyobrażałem sobie, że górnik nie może polegać na koledze, że pod ziemią przestały obowiązywać zasady solidaryzmu i poczucia odpowiedzialności za życie współpracowników. Ustalenia komisji, którą powołałem niezwłocznie po katastrofie, były szokujące. Kilkadziesiąt osób, na skutek łamania przepisów prawa górniczego i elementarnych kanonów BHP, w mniejszym lub większym stopniu przyczyniło się do zaistnienia katastrofy. Wiemy już, że kilkunastu z nich usłyszało z prokuratury zarzuty popełnienia przestępstwa.
Katastrofa w Halembie zwróciła powszechną uwagę na wzrost zagrożeń naturalnych w górnictwie...
– Oczywiście. Co roku z eksploatacją schodzimy o osiem metrów głębiej, co pogarsza warunki pracy i utrudnia zapewnienie bezpieczeństwa pod ziemią. W kolejnych latach nie będzie łatwiej, jeśli chodzi o siły natury. Dlatego tak ważne jest właściwe podejście do każdej nowo uruchamianej eksploatacji. Należy w takich sytuacjach prześledzić każdy najdrobniejszy element z założeniem stuprocentowego bezpieczeństwa. Dlatego jako prezesowi WUG bardzo mi zależało na zmianie systemu nadzoru zakładów górniczych. Zwiększyliśmy liczbę kontroli problemowych i rekontroli w miejsce dawnych jednodniowych inspekcji. Wywalczyliśmy pieniądze z budżetu państwa na przeprowadzanie ekspertyz, za które w poprzednich latach płacili przedsiębiorcy. A chodzi przecież w tym przypadku o niezależność nadzoru górniczego i zachowanie pełnego obiektywizmu wyników badań.
Nie wsłuchiwaliście się w oddolne sugestie? Społecznym oczekiwaniem było zwiększenie w kopalniach obecności „policji górniczej”, jak nazywa się WUG.
– W górnictwie ważna jest efektywność, a nie medialne, propagandowe akcje. Częste, szybkie, kilkugodzinne, powierzchowne kontrole niewątpliwie nękają przedsiębiorców, ponieważ dezorganizują funkcjonowanie zakładu. Natomiast korzyści z nich jest niewiele dla poprawy bezpieczeństwa pracy. Nie chcemy być postrzegani wyłącznie jako górnicza policja. Nadzór górniczy jest sojusznikiem i partnerem przedsiębiorców w usuwaniu istotnych problemów. Mamy 550 inspektorów w całej Polsce, a kontrolujemy pięć tysięcy zakładów, które zatrudniają 206 tysięcy pracowników. Nie możemy każdemu z nich patrzeć na ręce. Staramy się zrobić co w naszej mocy, aby rozpoczynali każdą dniówkę z mocnym przekonaniem, że prawo i przepisy górnicze trzeba przestrzegać w dobrze pojętym swoim interesie. I że nie będzie pobłażania za jakiekolwiek uchybienia w tym zakresie. Musimy pogodzić racjonalną gospodarkę złożami z kwestiami społecznymi i ochroną środowiska.
Jak to ma wyglądać w praktyce?
– Praktycznym wnioskiem wypływającym z tragedii w Halembie jest większe wsparcie nadzorowanych zakładów radą i ekspertyzą. Nie można utożsamiać działalności urzędów górniczych tylko z zadaniami administracyjno-kontrolnymi i represyjnymi. W licznych przypadkach podpowiadamy przedsiębiorcom, jakie powinni podjąć rozwiązania w zakresie bezpieczeństwa pracy lub zagospodarowania złoża.
W rozmowach z górnikami niekiedy słyszymy o syndromie Halemby. Co to właściwie znaczy?
– Niewątpliwie w kopalniach Kompanii Węglowej daje się zauważyć odległy efekt psychologiczny w postaci tak zwanego syndromu „Halemby”. Wielu ludzi z kopalnianego dozoru boi się podejmować decyzje. A przecież wystarczy tylko właściwe podejście do obowiązujących przepisów, w tym przestrzeganie opracowanych zasad, technologii i regulaminów wewnętrznych.