Premier na dole i w śląskim domu
W poniedziałek rano (3 grudnia) był w tej samej kopalni „Bobrek-Centrum”, która podczas kampanii wyborczej odwiedził Jarosław Kaczyński. Tusk nie poprzestał na spotkaniu z reprezentacja załogi. Zjechał na dół, na ścianie 2w w pokładzie 503. Rozmawiał z górnikami na stanowiskach pracy. Skarżyli się na kiepskie zarobki.
- Pracowałem kiedyś fizycznie, ale ludzie władzy zapominają często o realiach. Takie wizyta jak ta uczą pokory, przypominają, że wszystko za co odpowiadam, jest wynikiem ciężkiej pracy wielu ludzi, w tym także waszej. Nie mogę obiecać, że wszyscy będziecie szczęśliwi. Gwarantuję, że nikt w rządzie nie będzie lekceważył waszych spraw. Górnictwo jest gwarantem bezpieczeństwa energetycznego kraju. O tym bezpieczeństwie często przedstawiciele władz polskich rozmawiali w Rosji czy Amerce, ale za rzadko tu na Śląsku – mówił premier w cechowni Ruchu Bobrek, gdzie po wyjeździe z dołu kopalni spotkał się załogą kończącą i rozpoczynającą zmianę.
Podczas wizyty na Śląsku premier spotkał się także załogą Okręgowej Stacji Ratownictwa Górniczego Bytomiu. Złożył kwiaty pod tablica poległych ratowników górniczych.
Po południu zjadł obiad z domku fińskim rodziny Kwietniów z Bytomia – Miechowic. Gospodyni – Joanna Kwiecień (technik radioterapii w przychodni) przyjęła Donalda Tuska typowym śląskim obiadem (rosół, rolada, kluski, modro kapusta, kompot i kołacz).
Jej mąż Szymon Kwiecień jest telemonterem w kopalni, która odwiedził rano premier. Gospodarzom w uroczystym spotkaniu towarzyszyli 12-letni syn oraz rodzice pana i pani domu. Ich ojcowie całe życie zawodowe przepracowali w górnictwie, przeszli wszystkie szczeble awansu od stażysty po nadsztygara.