Prąd wolny, ale będzie za to dużo droższy
Firmy nie muszą już przedstawiać swoich taryf do zatwierdzenia - zdecydował w środę szef Urzędu Regulacji Energetyki Adam Szafrański, który nadzoruje cały rynek energetyczny w Polsce - czytamy w \"Gazecie Wyborczej\".
Co to oznacza dla klientów? Niestety, podwyżki. - Moim zdaniem ceny prądu będą rosły w tempie 5-10 proc. rocznie - mówił kilka dni temu Paweł Urbański, prezes Polskiej Grupy Energetycznej.
To największa polska firma wytwarzająca prąd. Jeśli jej szef ma rację, to rodzina płacąca za prąd 100 zł miesięcznie może się spodziewać 5-10 zł podwyżki. I tak co rok, przez kilkanaście lat.
Do tej pory URE za pomocą sztywnych taryf kontrolował, czy ceny, po jakich dostawcy sprzedają prąd klientom, nie są wygórowane. Teraz taryfy muszą zniknąć, także dlatego, że przeciwko nim zaprotestowałaby Komisja Europejska, która jest strażnikiem wolnego rynku energii w UE.
Podwyżki nie nastąpią od razu, bo do końca tego roku obowiązują jeszcze stare taryfy. Od nowego roku ceny ustalać jednak będzie rynek.
W jaki sposób dowiemy się o podwyżce? Gdy zakład energetyczny zechce podnieść ceny, przyśle nam nową umowę do podpisania. Nie musimy się na nią godzić. Jeśli uznamy cenę za wygórowaną, możemy poszukać nowego dostawcy. Nie wiadomo jednak, czy dostawcę energii elektrycznej będzie można zmienić równie łatwo jak operatora telekomunikacyjnego.
Urząd Regulacji Energetyki alarmuje, że obecni dostawcy mogą już na starcie zniechęcać klientów do kupowania prądu od kogo innego. Największym problemem są faktury. Dziś za prąd dostajemy jedną fakturę. Jeśli zmienimy firmę, będziemy dostawać dwie - jedną od dotychczasowego dostawcy za utrzymanie sieci i pośrednictwo w sprzedaży prądu, drugą - od nowego za prąd.