Po dniówce na dole buja w obłokach

1359797616 20 buty arc k2

fot: archiwum tomasza pinkowskiego

Parę razy ocierał się o sytuacje mrożące krew w żyłach, ale nie wpadał w panikę.

fot: archiwum tomasza pinkowskiego

Tomasz Pinkowski. Trzydziestolatek. Dołowy elektryk (w kopalni Bolesław Śmiały w Łaziskach Górnych), łączący pracę z zamiłowaniem. Do muzyki i latania. Gra na weselach. Lata paralotnią, gdy nie pracuje i nie gra. Nowicjuszem nie jest, ale mówi skromnie: tam, w powietrzu, zawsze jestem gościem, choćbym nie wiem który raz wzbijał się w powietrze.

Miał dziś latać, ale powietrze zrobiło się wilgotne. Paralotnia, czy też motoparalotnia, to statki powietrzne, których można używać przez cały rok. W zimie również. Nawet dobrze jest, gdy mrozik zetnie. Wtedy powietrze jest gęste. Dobrze się płynie z powietrznymi prądami. Ale jak wilgoć wzrośnie, to już nie jest tak dobrze. I nie ma co wyjaśniać, dlaczego tak jest, skoro tak mówi doświadczony paralotniarz, dokładniej - według Urzędu Lotnictwa Cywilnego - "członek personelu lotniczego".

To jest wolność!
- Przychodzę z pracy. Patrzę na wiatrołap, jaki wskazuje kierunek. Zjem obiad. I za pół godziny jestem w powietrzu. Lecę i czuję swobodę. Inni wolą samoloty. Ja nie. I nie tylko dlatego, że latanie nimi to droga przyjemność. W samolocie - nie raz i nie dwa latałem lekkimi maszynami - czuję się jak w puszce. I jeszcze te obostrzenia - trzeba zgłaszać trasę lotu, prosić o start, o lądowanie. Samolotem, nawet najlżejszym, nie wylądujesz tam, gdzie chcesz, ale tam, gdzie wolno. Motoparalotnia to inny świat. Startujesz spod domu, lądujesz, gdzie chcesz, o ile tego nie zabraniają przepisy lotnicze. I tyle. To jest wolność!

Kiedy Tomasz był Tomusiem, to jak każdy chłopczyk co dnia chciał być kimś innym, gdy dorośnie. Najczęściej jednak muzykiem albo lotnikiem. Jakby tu powiedzieć... Nie każdemu Tomaszowi los daje spełnić tomusiowe marzenia.

- Na pierwszą komunię dostałem takie zabawkowe organy. To się nauczyłem grać. Po roku już grałem na wszystkich rodzinnych imprezach, a jak miałem 15 lat, to zacząłem grać na weselach...

Grał, zarabiał, latał
Przez weselisko do lotnictwa - rzec można byłoby. Tomek grał i zarabiał. I będąc nastolatkiem, miał swoją kasę, a nie od rodziców kieszonkowe. Ale nie wydawał zarobionych pieniędzy na byle co, tylko na - a jakże i oczywiście - na krótkie loty samolotem. Z lotniska w Rybniku...

- Na lotnisko miałem z piętnaście minut piechotą, więc byłem tam stałym gościem. Na początku to sobie fundowałem te loty... Dziesięć minut za, jak dobrze pamiętam, 70 złotych. Potem to już często latałem za darmo. Byłem dla pilotów "swój"... Oczywiście zawsze jako pasażer.

A potem poszło jak z płatka. Powietrze go wciągnęło. Koledzy z lotniska, motolotniarze, mieli dobre serce, więc dzięki nim wylatał te 20 godzin. Powietrze wciągało dalej Tomasza Pinkowskiego, więc nie ma się co dziwić, że postanowił się uniezależnić od kolegów. I w 2002 r. kupił paralotnię. Po fakcie powiedział o tym żonie. Trochę zaniżył cenę, żeby jej nie denerwować.

Lotnicze prawo jazdy
Ale paralotnia ma to do siebie, że spod domu się nią nie wzbijesz w obłoki, chyba że masz chałupę w górach. W Beskidy jeździł niezbyt często, ale powietrze go wciągało, więc górę znalazł pod Siewierzem. Tam ćwiczyli tacy jak on. Kilka metrów ponad ziemię to może nie wyczyn w historycznym wymiarze, ale...

No właśnie: ktoś, kto nigdy nie szybował nad ziemią, nie był otoczony powietrzem, wiatr mu w oczy nie wiał, to i tak nie zrozumie, jakie to jest uczucie, zatem nie ma potrzeby tłumaczyć, co tam wewnątrz człowieka gra, jak jest nad głowami tych, którzy chodzą po ziemi.

Wyżej i dalej. To normalne. Tego się chce. Żeby móc, trzeba mieć odpowiednie papiery. Takie lotnicze prawo jazdy. Rok 2008. Tomasz Pinkowski idzie na kurs, by móc sterować motoparalotnią. W 2009 r. ma papiery.

- Dwadzieścia swobodnych lotów bez napędu i trzy motogodziny z napędem. Egzamin kończyły pisemne testy. Pamiętam, że pytania były bardzo trudne - wspomina lajciarz Pinkowski.

Lajciarz od light - po angielsku: lekki. Tak na siebie mówią ci, którzy jak piórka latają sobie paralotniami.

Motoparalotnia, jakby jeszcze ktoś tego nie wiedział, to paralotnia (przypomina spadochron) z dołączonym silnikiem, co doskonale widać na zdjęciu. Dzięki niemu można startować z płaskiego terenu. Silnik służy do wzbicia się na odpowiednią wysokość. A jak już taką lajciarz osiągnie, to puszcza manetkę i oddaje ten statek powietrzny (wszystko, co się wzbija w powietrze, urzędowo zwane jest takim właśnie określeniem) prądom. I szybuje, gdzie wiatr poniesie, wiedząc, że w zbiorniku ma paliwo i zawsze wrócić może do punktu startu (co dla paralotni nie jest regułą).

Cztery motogodziny
- W zbiorniku 11 litrów benzyny. Silnik dwusuwowy. Zasięg lotu: 4 motogodziny. Średnia szybkość mojego sprzętu: jakieś 70 na godzinę. Pułap praktyczny: 1500 metrów. Ja latam najczęściej na 800 metrach. Średni czas lotu, żeby nie czuć już uwierających pasów i zimna - godzina. Można wylądować, odpocząć i dalej lecieć. Osiem godzin z odpoczynkami można wylatać bez niczego. Na pełnym baku, przy zachowaniu rezerwy można przelecieć pół Polski.

Strach? Tu nasz lajciarz mówi, że na początku jego hobby nie bardzo podobało się rodzinie. Wiadomo, jak się spadnie z wysoka, to lekarze nie są już potrzebni. W swym dotychczasowym lataniu (i oby tak dalej) nie miał Tomasz Pinkowski tzw. sytuacji mrożących krew w żyłach. Parę razy o nie się ocierał, ale nie wpadał w panikę.

Na wszelki wypadek
- Jakbym stanął na brzegu dachu i spojrzał w dół, to jakiś tam strach bym odczuł, to naturalne. Ale w górze nie mam takich obaw...

Na tzw. wszelki wypadek (tak jak w samochodzie kierowcy mają poduszki powietrzne i pasy bezpieczeństwa) lajciarz ma "system bezpieczeństwa". Znaczy się spadochron. Raz do roku ląduje w przeglądzie i nasz lajciarz nie miał okazji, by go widzieć w stanie rozłożonym. I niech tak dalej pozostanie.

Ale a propos pozostania... Tomasz Pinkowski nie zamierza pozostać przy tym, co już osiągnął. Marzy mu się więcej.

- Jak gdzieś w Polskę jadę, to zawsze biorę sprzęt, żeby sobie polatać. Chciałbym sobie polecieć gdzieś daleko, za granicę. Lot, przerwa, spanie, zwiedzanie, lot, przerwa, spanie, zwiedzanie. Tylko do takiej wyprawy musiałbym mieć towarzystwo drugiego lajciarza. Jest ktoś chętny?

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Jest już Rada Interesariuszy dla wpisu Kopalni Guido i Sztolni Królowa Luiza na listę UNESCO

Podczas inauguracyjnego posiedzenia, które odbyło się w Sztolni Królowa Luiza, oficjalnie powołano Radę Interesariuszy – grono przedstawicieli różnych środowisk, którzy będą uczestniczyć w procesie przygotowania nominacji „Historycznego kompleksu wydobycia węgla kamiennego w Zabrzu (XVIII–XX wiek)” do wpisu na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Jak Konopnicka odwiedziła hutę, a Żeromski dąbrowskich górników

Przemysłowa Dabrowa Górnicza kryje wiele literackich tajemnic. W mieście, gdzie przed 100 laty dominowało hutnictwo i górnictwo regularnie bywali literaci, muzycy czy politycy.

Gliwiczanie zamieniają plastik w monumentalną sztukę

Specjalistyczne maszyny, prasa termiczna, drukarki 3D i setki plastikowych nakrętek oraz butelki PET przynoszone bezpośrednio przez mieszkańców. Przez dwa intensywne lipcowe weekendy Centrum Edukacji Ekologicznej Przedsiębiorstwa Zagospodarowania Odpadów Sp. z o.o. w Gliwicach zamieniło się w unikalne, upcyklingowe „laboratorium” produkcyjne. Pod okiem artystki wizualnej Matyldy Sałajewskiej Gliwiczanie testowali granice tworzyw sztucznych z odzysku, tworząc elementy pod wielkoformatową instalację kinetyczną.

Górnik z Chwałowic zwycięża debiutując w nowej dyscyplinie

Cage Boxingu to boks w rękawicach do MMA. Zawodnicy walczą ze sobą na ringu o wielkość 9 metrów kw. Reguły walki są bardzo zbliżone do bokserskich. Ciosy proste, sierpowe czy haki – wszystko jest dozwolone. Rywalizacja trwa przez 3 rundy po 3 minuty.