Odpowiednie dać rzeczy słowo...
fot: WUG
fot: WUG
Informacja o szczęśliwej akcji z 19 marca w kopalni rud miedzi ZG Rudna, należącej do KGHM Polska Miedź SA w Lubinie, obiegła nie tylko cały kraj, ale znalazła się też w serwisach prasowych najważniejszych agencji prasowych na świecie. To świetnie, że 19 górników, którym silny wstrząs górotworu odciął drogę do szybu, już po kilku godzinach zostało wyprowadzonych na powierzchnię.
Na uwagę zasługuje siła tego wstrząsu, który odczuwalny był w promieniu do 40 km od kopalni. Szczegóły tej akcji bada specjalna komisja Wyższego Urzędu Górniczego w Katowicach. Nie uprzedzając jej wyników, warto zauważyć, że nie zawsze było tak szczęśliwie. Jednocześnie komunikaty opisujące te wydarzenia spowodowały nieporozumienia wokół użytego terminu "samoistny", który określał przyczynę powstania tak poważnego wstrząsu górotworu.
Ponad dwa lata temu
Podczas tąpnięcia na oddziale G-22 w dniu 30 grudnia 2010 r. straciło życie trzech górników. Było to jedno z najsilniejszych tąpnięć, które nastąpiło na głębokości 1000 m pod ziemią. Zdarzają się jednak jeszcze silniejsze wstrząsy górotworu, ale często też bez ofiar śmiertelnych. Rocznie dochodzi tutaj do kilkunastu tego rodzaju wstrząsów. Ich siła ma oczywiście ogromne znaczenie dla skali zagrożenia pracujących na dole górników. Jednakże z ich skutkami bywa różnie. Wszystko zależy od wielu okoliczności. Czasem słabsze tąpnięcie jest bardziej tragiczne, jeżeli nastąpi np. na froncie eksploatacyjnym podczas pracy załogi. Najsilniejsze zaś może mieć miejsce bez skutków wypadkowych, jeżeli wystąpi np. w starych zrobach, podczas święta, przerwy w pracy itp. Tego rodzaju wydarzenia są skrupulatnie odnotowywane i badane, jednak podejmowane działania profilaktyczne mają na ogół charakter ograniczony, często wyprzedzający, ale nie są one w stanie całkowicie wyeliminować w sumie nieprzewidywalnych co do skali i miejsca tąpań w najgłębszych kopalniach rud miedzi.
Pęknięta anhydrytowa "płyta"
Ogólny mechanizm powstawania tąpań jest znany. Roboty górnicze prowadzi się po upadzie złoża w kierunku północno-wschodnim. Wraz z postępem robót wzrasta głębokość wybierania złoża. Jednocześnie rośnie ciśnienie górotworu. W spągu złoża występują bardzo słabe, na ogół białe piaskowce czerwonego spągowca. Filary podporowe w powszechnie tu stosowanym, w filarowo - komorowym systemie wybierania złoża zapadają się w piaskowiec, jak przysłowiowy nóż w masło. Dlatego wyrobiska trzeba stale i bez przerwy spągowa po to tylko, aby utrzymać ich standardową dla komunikacji wysokość.
Jeszcze gorzej jest, kiedy w stropie piaskowca występuje warstwa utwardzona. Wtedy, owszem, filary się nie zapadają, ale trzeba przestrzeliwać tę warstwę, aby nie kumulowała ciśnienia, które potem nagle wyładowuje się w postaci tąpnięcia spągowego. I tak źle, i tak niedobrze. Jeszcze gorzej jest z wyżej ległymi sztywnymi warstwami dolomitów i anhydrytów. Szczególnie te ostatnie, niezwykle twarde, lite i masywne utwory, nie podlegają żadnym powolnym osiadaniom. Ich grubość wzrasta po upadzie i w rejonie pracy kopalni dochodzi do 200 m. Warstwa ta odgrywa rolę swoistej przestrzennej "stalowej płyty", przykrywającej złoże rudy miedzi. Wybrana pod nią powierzchnia, na skutek ciśnienia nadległych warstw, powoduje, że "płyta" ta w sposób całkowicie niekontrolowany nagle i bez ostrzeżenia załamuje się, dając efekty wstrząsu porównywalnego do lokalnego trzęsienia ziemi. Tego, co dzieje się wtedy w wyrobiskach górniczych nie da się opisać. Huk i trzask walących się skał stropowych, często też wypiętrzonych skał spągowych jest ogłuszający i paraliżujący. Opis ten daje tylko schematyczne wyobrażenie o tej totalnej katastrofie górniczej. Uraz psychiczny jakiego doznają uczestnicy tego wydarzenia, pozostaje do końca życia. Po takim wydarzeniu słabsi pod tym względem górnicy nie chcą już wracać do pracy na dole.
Podsadzka
Po to, aby zminimalizować występowanie tego rodzaju zjawisk, należałoby podsadzać wszystkie wyrobiska eksploatacyjne. Ze względów techniczno-ekonomicznych nie jest to jednak możliwe. Skala wydobycia rudy miedzi w ilości do 30 mln t rocznie w przybliżeniu wymagałaby takiej samej ilości piasku lokowanego na dole. Byłoby to jednak przedsięwzięcie tak kosztowne, że KGHM, nawet przy bardzo wysokich cenach miedzi, z trudem wypracowywałby minimalny zysk.
Po drugie w najbliższej okolicy nie ma takich ilości piasku. Trzy lata temu wydobyto miliardową tonę urobku. Miliard ton piasku to ilość, którą trzeba by sprowadzać z odległych rejonów kraju. Nie trzeba dodawać, że piasek ten musi spełniać szereg wymagań, aby nadawał się do tego celu. Z wielu powodów podsadzanie to jest konieczne w przypadku eksploatacji grubego złoża. Przede wszystkim jest dostęp do stropu wyrobiska, który zawsze musi być pod kontrolą.
Nie dopuszcza się do nadmiernego osiadania terenu i powstawania dużych naprężeń w nadległych warstwach, prowokujących niekontrolowane tąpnięcia. Wypełnione piaskiem wyrobiska i tak osiadają, bo pod ciśnieniem ulega on sprasowaniu i jego objętość pomniejsza się. Naprężenia powstają nadal, ale ich skala jest już znacznie mniejsza. Większe efekty można by było osiągnąć pod tym względem przy zastosowaniu podsadzki utwardzanej np. cementem, ale to dałoby już dużo mniejsze efekty ekonomiczne. Byłoby wtedy bezpiecznej, tyle tylko, że bez zysków, z których przecież słynie ta firma.
Tymczasem podsadza się tylko te wyrobiska, w których złoże przekracza na ogół miąższość 7 m. Wyrobisk tych jest nie więcej niż do 10 proc. Ogólna powierzchnia starych zrobów wynosi tu do 80 km kw! Oddziałuje ona na górotwór już nie lokalnie, ale wręcz regionalnie. Stąd skala tąpań, chociaż coraz rzadsza, w kopalniach KGHM pod względem siły zagrożenia jest jednak coraz większa. Być może wreszcie zostaną do tego celu wykorzystane osady poflotacyjne na "Żelaznym Moście" , których jest już ponad miliard ton.
Odpowiednie dać rzeczy słowo
Oficjalne komunikaty mówią, że wstrząsy te zaistniały "samoistnie". Użycie tego terminu budzi poważne wątpliwości zarówno logiczne, jak i semantyczne, czyli znaczeniowe. Powoduje nieporozumienia, które nie mogą mieć miejsca przy analizie tak poważnych wydarzeń. "Słownik wyrazów obcych" mówi, że "samoistny" znaczy "istniejący, powstały niezależnie od czegoś innego, tworzący odrębną całość z niczym nie związaną". Nic więc dziwnego, że ludzie mało zorientowani w górniczej terminologii rozumieją, że tąpnięcie wystąpiło niezależnie od prowadzonych robót górniczych i w ogóle nie jest z nimi związane.
Rozważania te nie miałyby większego sensu, gdyby nie fakt, że w podobny sposób komunikaty te są odbierane przez ogół społeczeństwa, polityków i urzędników, decydujących o kierunkach polskiej gospodarki. Tymczasem fachowcy wyjaśniają, że określenie "samoistny" nie oznacza, że nie był wywołany specjalnie - bo robi się także strzelania odprężające i prowokujące tąpnięcia w sytuacji, kiedy załoga jest na powierzchni.
Nie był też spowodowany strzelaniem w celu eksploatacji. Wywołały go naprężenia górotworu - owszem, powstałe w wyniku eksploatacji górniczej. W ten sposób słowo "samoistne" nabiera podwójnego znaczenia. Jedno popularne i zgodne ze słownikiem języka polskiego, a drugie dla potrzeb górniczych. Tak być nie może, że powszechnie przyjmuje się inne znaczenie słowa niż ma ono w górniczej rzeczywistości. Nie bez podstaw zachodzi tu podejrzenie o odwracanie uwagi od odpowiedzialności za tego rodzaju wydarzenia. Jakim słowem zastąpić ten dwuznaczny termin? Trudno w tej materii wyręczać kompetentne władze, ale można użyć określenia "wstrząs prowokowany i nieprowokowany". Ten ostatni odpowiadałby rzeczywistemu znaczeniu zjawiska wstrząsu, a nie zamazywałby je słowem "samoistne". Nie jest to tylko walka o słowa, bo można powiedzieć, jak zwał, tak zwał, wszystko jedno. Nie! Przede wszystkim dlatego, że precyzyjne określenia pomagają i ułatwiają ustalić prawdę o procesach zachodzących w górotworze. Prawda ta ma ogromne znaczenie dla profilaktyki i bezpiecznego prowadzenia robót górniczych.
Jasne i precyzyjne słowo też jest pomocą w zachowaniu zdrowia i życia górników, zagrożonych wszelkiego rodzaju wstrząsami, tąpaniami, obwałami, zawałami i innymi tego rodzaju zjawiskami. O potrzebie używania prawidłowych i celnych słów pisał już Cyprian Kamil Norwid, postulując, aby "odpowiednie dać rzeczy słowo". Znany śląski językoznawca prof. Jan Miodek zatytułował tak nawet jedną ze swoich licznych prac na temat języka polskiego. Dlatego termin "samoistne" powinien zniknąć z górniczego języka opisującego wstrząsy i tąpania. Wszak zgodnie z prawami logiki nic tu nie dzieje się samoistnie i nie powstaje z niczego. Zdawać sobie trzeba sprawę z tego, że będzie to przedsięwzięcie bardzo trudne, bo z pozoru błahe, a z przyzwyczajenia trwałe.