Rozmowa ze Stanisławem Tokarskim, ekspertem z dziedziny energetyki.
Prof. inż. Stanisław Tokarski: Uważam, że do 2035 r. nic takiego nie stanie się w krajowym systemie energetycznym, żebyśmy mogli zrezygnować ze źródeł kopalnych, jako paliw bilansujących system.
- Największym beneficjentem minionej zimy okazał się gaz - wskazuje dr hab. Stanisław Tokarski
Prof. inż. Stanisław Tokarski: Uważam, że do 2035 r. nic takiego nie stanie się w krajowym systemie energetycznym, żebyśmy mogli zrezygnować ze źródeł kopalnych, jako paliw bilansujących system.
Zapytaliśmy prof. inż. Stanisława Tokarskiego, eksperta w dziedzinie energetyki o aktualną sytuację na rynku paliw.
Ostatnio słychać zewsząd, że wracamy do węgla. Co Pan na to?
To chyba zbyt odważna teza. Myślę, że proces transformacji energetyki, tej europejskiej i krajowej, jest nakierowany na powolne uwalnianie się od węglowodorów, których w Europie nie mamy. Ja nie używam nigdy argumentów klimatycznych, jeżeli chodzi o transformację energetyczną. Nie używam argumentów związanych z tym, że my po prostu nie mamy paliw i w związku z tym musimy korzystać jak najwięcej z energii odnawialnej. Ale rzeczywiście ostatni rok przyniósł dosyć znaczny wzrost produkcji energii elektrycznej z węgla. Wynikało to z kilku powodów. Jeden to trochę cięższa zima, a drugi dosyć spory eksport energii elektrycznej. I tu paradoks - w kierunku niemieckim. To odbiło się we wzroście produkcji energii węglowej.
Tymczasem paliwa nam drożeją. Czy to jest pańskim zdaniem tendencja przejściowa, czy sytuacja może się utrzymać przez kolejne lata?
Mamy w tej chwili do czynienia z niespodziewanie dużym skokiem cen gazu. Powód znany -problem z jego transportem przez cieśninę Ormuz. Z tego powodu rynki europejskie zaczynają powoli mierzyć się z wysokimi cenami energii elektrycznej. O ile dobrze pamiętam to około 80 euro kosztuje megawatogodzina w gazie, czyli 330-340 zł. Megawatogodzina z paliw węglowych, czyli licząc po 14 zł za gigadżul, to wynosi około 140 zł. Ta różnica, nawet jeżeli dodamy cenę uprawnień do emisji niższą w przypadku gazu, a wyższą w przypadku węgla, to i tak jest na korzyść węgla, czyli mówiąc wprost, węgiel w tej chwili jest bardziej atrakcyjny w kosztach megawatogodziny niż gaz. Czy trend jest stały? Myślę, że nie. Na krajowym rynku dzisiaj węgiel jest dostępny, czyli eliminujemy ryzyka związane z jego dostarczaniem na czas, gdy potrzebujemy go w elektrowni. Należy ten element podkreślać, jeżeli mówimy o wykorzystywaniu węgla ciągle jeszcze w bilansowaniu krajowego systemu energetycznego.
Mówi się, że należałoby jeszcze raz przemyśleć naszą politykę energetyczną i zastanowić się, czy w 2035 r. już zrezygnować z węgla energetycznego, czy może jeszcze z tą decyzją poczekać?
Moja odpowiedź jest bardzo klarowna. Uważam, że do 2035 r. nic takiego nie stanie się w krajowym systemie energetycznym, żebyśmy mogli zrezygnować ze źródeł kopalnych, jako paliw bilansujących system. Mamy praktycznie dwa te źródła, czyli albo gaz, albo węgiel. Nierozsądne byłoby, gdybyśmy oparli się wyłącznie na jednym. Dlatego mój postulat, który mógłby stać się w pewnym sensie doktryną energetyczną w polityce energetycznej jest taki, żebyśmy ten okres, kiedy będziemy musieli korzystać z paliw, z bilansowania krajowego systemu, był oparty o jedno i drugie paliwo mniej więcej po połowie. Dlaczego mówię mniej więcej? No, bo jeżeli mamy dzisiaj okres wysokich cen gazu, no to więcej energii produkujemy z węgla, bo jest taniej. Nadejdzie okres, kiedy będą niższe ceny gazu, będziemy produkować trochę więcej energii z gazu. Utrzymanie tych dwóch filarów bilansowania powoduje, że my nie musimy wybudować jakiejś ogromnej liczby elektrowni gazowych, które po pierwsze kosztują, po drugie szybko ich nie wybudujemy. Więc ten postulat, aby tymi dwoma paliwami do 2040 r. bilansować krajowy system, wydaje się być głęboko uzasadniony.
No tak, ale kopalniom zaczyna brakować ludzi do pracy. Były wicepremier, Janusz Steinhoff podkreśla, że złoża węgla są coraz trudniej dostępne. W związku z tym będzie się ten węgiel eksploatowało po bardzo wysokich kosztach i stanie się to po prostu nieopłacalne.
Faktycznie, premier Steinhoff wspominał o braku ekonomii produkcji kopalń węgla kamiennego w Polsce. Moja wiedza na ten temat jest taka, że mamy co najmniej dwie kopalnie, w których możemy dzisiaj wydobywać węgiel po kosztach mniej więcej odpowiadającym kosztom węgla importowanego. To na pewno jest Bogdanka i kopalnia Janina po głębokiej modernizacji i jeszcze niektóre kopalnie Polskiej Grupy Górniczej.
Gdyby można było wyprodukować więcej węgla z tych kopalniach, to pewnie ceny byłyby bardzo atrakcyjne na rynku krajowym. Natomiast chcę wspomnieć o tym, że w całym bilansie i również w procesie transformacji górnictwa, my musimy założyć jakieś tempo odchodzenia od paliwa węglowego. Jest kwestia zaplanowania perspektywy do momentu powstania pierwszej elektrowni jądrowej, a więc do 2040 r., kiedy to – jak sądzę - będziemy potrzebowali pewnego wolumenu węgla z Bogdanki, Polskiej Grupy Górniczej i z Południowego Koncernu Węglowego. Bogdanka jest związana z Eneą, Polska Grupa Górnicza głównie z Polską Grupą Energetyczną, PKW z Tauronem. Więc jawi się idea, żeby kontrakty, może nawet długoterminowe, podpisane były z tymi grupami i mogły służyć pewnej stabilizacji procesu transformacji górnictwa. Podkreślę wyraźnie, nie dlatego, żeby w nieskończoność przedłużać wydobywanie węgla w polskich kopalniach, tylko z rozsądku, z potrzeby zachowania stabilnej transformacji energetyki w Polsce