Nie możemy się cofać

Rozmowa  z Janem Klimkiem, przewodniczącym rady nadzorczej Katowickiego Holdingu Węglowego

Profesor Szkoły Głównej Handlowej, poseł na sejm dwóch kadencji, radny, cukiernik, wiceprezes Związku Rzemiosła Polskiego i prezes katowickiej Izby Rzemieślniczej oraz Małej i Średniej Przedsiębiorczości, członek Stronnictwa Demokratycznego... Długo tak mógłbym jeszcze ciągnąć listę pełnionych przez Pana funkcji, acz jedna jakoś mi do nich nie przystaje...

... zapewne górnictwo.

Właśnie. Wydaje się, że nic w tej biografii nie koresponduje z tą gałęzią gospodarki.

Pozornie. Wprawdzie w tle, niemniej sprawy górnictwa często przewijały się jednak w mojej działalności. Ten pierwszy kontakt był pełen dramaturgii. Pamiętam, był 1985 rok, pełniłem wtedy funkcję przewodniczącego Rady Miejskiej w Mysłowicach, miasta ze 100 tysiącami mieszkańców i dwiema kopalniami, i oto dowiedziałem się o katastrofie, w której zginęło 17 górników. Nie tylko dla mnie był to prawdziwy wstrząs. Ale z górniczą materią wielokrotnie stykałem się także później, czyli między innymi będąc przez 8 lat wiceprzewodniczącym sejmowej Komisji Gospodarki. W tej roli, wraz z innymi posłami, po raz pierwszy byłem wtedy na dole w kopalni Pniówek. Jestem też uczestnikiem Komisji Dialogu Społecznego, Komisji Trójstronnej przewodniczę Zespołowi ds. Ubezpieczeń Społecznych. W pracach każdego z tych zespołów górnicza problematyka ustawicznie wraca w wielorakich aspektach.

Przewodnictwo rady nadzorczej KHW objął Pan przed ponad dwoma miesiącami. Jakie oczekiwania nakreślił przed Panem minister gospodarki Waldemar Pawlak, uosabiający właściciela tej spółki?

To nie był jakiś precyzyjny zestaw specjalnych poruczeń do spełnienia. Myślę, że powierzając mi tę funkcję, pan premier przede wszystkim oczekuje ode mnie rozumności i roztropności, ale też zdecydowanych przedsięwzięć, podporządkowanych odbudowaniu dobrej pozycji tej górniczej firmy na rynku węgla oraz w jej otoczeniu. Tę misję odczytałem w ten sposób, żeby nie spoglądać na spółkę jedynie przez pryzmat wymowy słupków w księgowości, ale jednocześnie aby ani na chwilę nie tracić z oczu prawdy, że pracuje w niej przeszło 19 tysięcy ludzi.

Te słupki w kilku ostatnich latach nie wyglądały najlepiej. Spółka nie realizowała własnych Planów Techniczno-Ekonomicznych, w konsekwencji popadając w poważne kłopoty z płynnością finansową. Czy po uważnym zaznajomieniu się z realiami KHW podziela Pan przekonanie zarządu, że ten rok będzie rokiem pozytywnego przełomu?

Mam takie przekonanie. Zresztą już nie możemy się cofać, bo w gruncie rzeczy nie mamy gdzie się cofnąć. Zgadzam się, być może nieco tylko zmieniając akcenty, z przyjętą strategią firmy.
Myślę, że koniec tego roku wykaże, że idzie w niej ku lepszemu. Słupki słupkami, ale – niezależnie, czy w grę wchodzi duże czy małe przedsiębiorstwo – ekonomia jest jedna. Górnictwo jest o tyle osobliwą działalnością gospodarczą, że istnieje w nim duża przestrzeń zarządzania niepewnością.
Tu nie wystarczy zadekretować – skoro jest zbyt, to mu sprostamy. Nie wolno zapominać o niespotykanym gdzie indziej ryzyku. Na drugim dla mnie, posiedzeniu rady nadzorczej otwarcie akcentowałem więc, że szansą KHW jest ucieczka do przodu, przy stałej analizie rynku i przewidywaniu występujących na nim zjawisk. Uważam bowiem, że strategia firmy nie jest nietykalnym fetyszem, lecz wymaga ustawicznej weryfikacji. Dla mnie rzeczą zasadniczą jest budowanie potencjału spółki przy zachowaniu jej zyskowności. W mojej ocenie KHW ma jeszcze spore, niewykorzystane rezerwy.
No i dodam, że z natury jestem optymistą.

Katowicki Holding Węglowy kilkakrotnie już przymierzał się do wejścia na giełdę. Najbliżej tego debiutu był w 2007 roku. Wprawdzie mawia się, że na giełdzie sprzedaje się nie rzeczywistość, lecz marzenia, niemniej próżno liczyć na zainteresowanie inwestorów firmą z nieuporządkowanymi finansami. Tym bardziej w sytuacji dość mglistego jeszcze ewentualnego połączenia z Węglokoksem. Ciekaw jestem Pańskiego spojrzenia na prywatyzacyjne aspiracje spółki.

Powtórzę za wicepremierem Waldemarem Pawlakiem – nic na siłę. Od 2007 roku KHW utracił tamtą, zdecydowanie lepszą pozycję. W tej chwili więc na pewno jesteśmy o wiele dalej od debiutu giełdowego niż Jastrzębska Spółka Węglowa. Ale znamy wartość tej firmy, jej możliwości wydobywcze, jej zasoby, jej kadrę. Bodaj najtrudniejsze jest to, żeby tych 19 tysięcy ludzi – myślę o radzie nadzorczej, zarządzie oraz całej załodze z wybieralnymi wyrazicielami jej interesów – chciało tego samego. Prywatyzacja musi być czymś, co uzyska aprobatę nas wszystkich. Czy zWęglokoksem? Nie wzdragamy się przed takim rozwiązaniem, ale musi ono mieć realne uzasadnienie. W grę wchodzi przecież jedna z najbardziej kluczowych dla spółki decyzji, toteż trzeba ją jeszcze dopracować. Ale powtórzę – tej firmie się powiedzie.

Pan zainwestowałby prywatne pieniądze w walory KHW?

Tak.

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Domański: Wszystkie motory gospodarki pracują

Wzrost polskiego PKB w II kwartale o 3,9 proc. był wyższy od wstępnych szacunków - podkreślił minister finansów Andrzej Domański, komentując dane GUS. Ocenił, że wszystkie motory polskiej gospodarki pracują.

Polsce brakuje strategii wydawania pieniędzy z uprawnień do emisji CO2

W Polsce brakuje przejrzystej strategii i czytelnego przekazu dla obywateli w zarządzaniu środkami pozyskanymi ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2 - wskazali analitycy Forum Energii. Ich zdaniem, powinien powstać fundusz, który uporządkuje wydatki i przyspieszy inwestycje w transformację gospodarki.

Balczun: Porządkowanie portfela spółek da wpływy budżetowe, ale nie zmniejszy kontroli Skarbu Państwa

Porządkowanie portfela spółek Skarbu Państwa może przynieść istotne wpływy budżetowe, ale nie oznacza zmniejszenia kontroli ani sprzedaży akcji poza sferę publiczną - poinformował PAP Biznes minister aktywów państwowych Wojciech Balczun. Ważnym elementem planu jest uporządkowanie akcjonariatu PGZ.

Tereny pokopalniane nie muszą się zapadać. Kluczem jest gospodarka obiegu zamkniętego

Czy tam, gdzie kiedyś działały kopalnie podziemne, ziemia musi się zapadać? Przykłady Trzebini, Olkusza czy Bytomia pokazują, że niezabezpieczone wyrobiska potrafią po latach przypomnieć o sobie zapadliskiem pod drogą czy parkingiem. Ale nie jest to nieuniknione.