Nie jesteśmy skazani na efekt drugiej rundy
Oliwy do ognia dolewają politycy np. kolejnymi debatami o drożyźnie, z których nic nie wynika, a które z pewnością nie wpłyną kojąco na oczekiwania inflacyjne. Politycy podsycają zresztą to inflacyjne palenisko przez cały czas, najpierw gdy jedni obiecują cuda, a potem gdy drudzy żądają realizacji tych obietnic. Tylko po to, by pognębić politycznych rywali, zresztą też tylko na chwilę, bo po zmianie władzy trzeba będzie samemu stawić czoła rozbudzonym nadziejom. Teraz takie gorzkie chwile przeżywa koalicja PO-PSL, ale za trzy i pół roku wobec jeszcze bardziej stanowczych żądań płacowych mogą stanąć ci politycy, którzy dzisiaj najgłośniej lamentują nad drożyzną.
Podstawowym problemem z efektem drugiej rundy jest to, że zadziwiająco łatwo i szybko przechodzi się do następnych rund. Przeżywaliśmy to zjawisko na przełomie lat 80., kiedy płace ambitnie (choć bez większego powodzenia) goniły ceny, a na końcu tej rozgrywki wszyscy Polacy stali się milionerami. Bardzo ubogimi milionerami, chociaż może nie aż tak ubogimi jak dzisiejsi miliarderzy z Zimbabwe.
Powodów do ogłaszania alarmu jeszcze nie ma, ale do ostrożności z pewnością. Nigdy nie wiadomo, gdzie jest ten punkt, po którego przekroczeniu władze tracą kontrolę nad spiralą płacowo-cenową. Gdy zacznie się efekt drugiej rundy, będzie już za późno na dyskusje o drożyźnie. Potrzebne będą szybkie i stanowcze działania. Bo drugą rundę można tak jak w boksie wygrać na punkty — procentowe stóp NBP. Ale można też ją przegrać. Przez nokaut. A wtedy długo będzie trwało wstawanie z desek - napisał \"PB\".
Czytaj też:
Efekt \"drugiej rundy\": związki nakręcają spiralę płac