Nie ferujmy nieroztropnych wyroków
fot: Krystian Krawczyk
Usłyszałem masę głupstw, wynikających z niekompetencji, bądź pogoni za sensacją - mówił Janusz Steinhoff
fot: Krystian Krawczyk
Co sprowadziło Pana do „Śląska” w tych dramatycznych okolicznościach?
- Przyjechałem tu tylko dlatego, że w różnych stacjach usłyszałem masę głupstw, wynikających z niekompetencji, bądź pogoni za sensacją za wszelką cenę. Niektórzy już z góry ferują wyroki, że ktoś sfałszował wskazania metanomierzy. Na Boga, jest pewna granica zachowań, kiedy dzieje się taka tragedia. Trzeba do tego podchodzić rozsądnie, trzeba z szacunkiem pochylić się nad poległymi i rannymi górnikami. Ten szacunek powinien skłaniać do poważnego wypowiadania się. Przez prawie 5 lat odpowiadałem za bezpieczeństwo w górnictwie i nigdy nie odważyłbym się na takie ferowanie z góry wyroków.
Jak Pan przypuszcza – co zdarzyło się w „Śląsku”?
- Nie wiem. Pewnie naukowcy będą musieli stwierdzić, czy metan pojawił się jako wyrzut ze ściany, czy może ze starych zrobów. Słyszałem, że prawie wszystkie czujniki metanometrii zadziałały i – z wyjątkiem jednego - wykazały zwiększone stężenie tego gazu w momencie, gdy on się pojawił. Trzeba to wszystko sprawdzić. To nie są proste sprawy. Apeluję wiec do odpowiedzialności. Już po tragedii w „Halembie” słyszałem wiele absurdalnych wypowiedzi, oskarżających naukowców i Bóg wie kogo jeszcze. Natomiast dziś już pojawiły się informacje o rzekomym fałszowaniu wskazań czujników.
Nie dopuszcza Pan takiej ewentualności?
- Na Boga, w Polsce istnieją przecież drożne kanały porozumiewania się z władzami górniczymi. Wyższy Urząd Górniczy jest instytucją suwerenną, nie podlegającą ministrowi gospodarki i nie mającą żadnego związku z ekonomią. Jest od tego, by tępić każdy przejaw naruszania przepisów. Więcej: są kanały z pośrednictwem związkowców, gwarantujące absolutną anonimowość informatorów.
Czy jednak powodem takiego rozpowszechniania – jak Pan je nazwał – głupstw nie jest skąpe reglamentowanie informacji ze sztabu akcji ratowniczej?
- Uważam, że taka powściągliwość informacyjna jest czasem konieczna i uzasadniona. Przynajmniej do momentu, kiedy nie wiemy, co się stało, na jakim poziomie, ilu ludzi ucierpiało. Przecież tych informacji słuchają rodziny.