Moje Barbórki
W życiu tyle nie wypiłem
Lech Wałęsa
, były prezydent RP:
Moich Barbórek było kilka, ale najbardziej w pamięć zapadła mi pierwsza Barbórka, na którą zostałem zaproszony, gdy był organizowany na mnie zamach w 1980 roku. Potem bywałem na Barbórkach, gdy górnictwo miało wielkie problemy. Czułem się nieswojo – do dziś się tak czuję – że nie mogłem jakoś górnikom pomóc. Przecież tyle dla Polski zrobili! Za przemiany zapłacili wielką cenę, a satysfakcji nie daliśmy im za dużej jako politycy. Z biesiad górniczych pamiętam duże kufle i dużą ilość piwa. W życiu tyle nie wypiłem, co kiedyś na karczmie piwnej. Górnicy pięknie się bawią, pięknie śpiewają, mają dobre tradycje. W mundurze górniczym mogłem wystąpić dopiero na ostatniej Barbórce, na której byłem, bo otrzymałem go niedawno. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze będę miał okazję go włożyć.
W czasie tańca zgubiłam medal
Joanna Strzelec-Łobodzińska, wiceminister gospodarki:
Pierwsza Barbórka, jaką pamiętam, miała miejsce bardzo dawno temu. Miałam pięć, może siedem lat, mój tata pracował w elektrowni przy kopalni „Wieczorek”. Z okazji Barbórki rodziny pracowników mogły zwiedzić elektrownię i kopalnię, ale mnie w pamięć nie zapadły budynki i instalacje, lecz obraz, wisiał w jednym z pomieszczeń, przedstawiający smoka pożerającego węgiel i wydmuchującego energię. Obraz był bardzo kolorowy, jego autorem jest chyba Ociepka. Po latach zobaczyłam go w Muzeum w Nikiszowcu. To moje pierwsze skojarzenie z Barbórką. Podczas pracy w elektrowni Jaworzno III niejednokrotnie byłam barbórkowym gościem naszych dostawców węgla. Nigdy mi wtedy nie przyszło do głowy, że znajdę się po drugiej stronie. W rok po tym, jak moja firma zdecydowała się kupić kopalnię „Jaworzno”, przeznaczoną wcześniej do likwidacji, otrzymałam mundur górniczy, ale nadal czułam się energetykiem. Pamiętam też sytuację z Barbórki w nieistniejącej już kopalni „Jan – Kanty”, która była dostawcą węgla do elektrowni Jaworzno. Po części oficjalnej rozpoczęły się tańce. Dopiero w domu zauważyłam, że zgubiłam odznaczenie przyznawane przez energetyków. Prawdopodobnie podczas tańca niechcący został nim „odznaczony” jakiś górnik. Byłam także gościem na babskim combrze. Dominuje tam atmosfera specyficznej beztroskiej zabawy, rozumiem, że pracujące w górnictwie kobiety także chcą poczuć tę atmosferę.
Pani prezes straciła obcasy
Zygmunt Łukaszczyk, wojewoda Śląski:
Pierwsza Barbórka, w jakiej wziąłem udział, odbyła się w 1990 roku w kopalni „Krupiński”. Można więc powiedzieć, że w tym roku świętować będę jubileusz 20-lecia! Tę pierwszą Barbórkę, a także pozostałe spotkania organizowane w tej kopalni, wspominam bardzo mile. Byłem wówczas wiceprezydentem Żor, pod którymi kopalnia „Krupiński” prowadziła eksploatację. Prowadziliśmy wspólne inwestycje, na przykład budowę wiaduktu na drodze łączącej Żory z Pszczyną. Na spotkaniu Gwarków – oczywiście w ramach zabawy – dostałem niezłe wciery. Innym razem, w prezencie podarowano mi koło od rafioka (wozu drabiniastego – przyp. red.) z napisem „koło z rydwanu Zygmunta”. Prezent z sentymentu zachowałem do dzisiaj. Pamiętam także smutną Barbórkę w kopalni „Żory”, pierwszej, która została zlikwidowana. Wszystkie te spotkania były prowadzone zgodnie z tradycją, z zębem i drylem. Byłem także świadkiem, gdy na spotkanie Gwarków – co według tradycji jest niedopuszczalne – zaproszona została kobieta. Była nią ówczesna wiceprezes JSW Ewa Malek-Piotrowska. Dyrektor kopalni „Zofiówka” bardzo godnie przywitał gościa, odpiłowując pani prezes obcasy i przebierając ją w spodnie, żeby wyglądała jak mężczyzna. Innym razem dyrektor „Zofiówki” dostał w prezencie kozę, którą kazano mu wydoić. Muszę się także pochwalić, że chyba w 1997 roku, wygrałem wraz ze swoją ławą konkurs w piciu piwa na czas. Cieszy, że tradycje barbórkowe, choć nieco modyfikowane, utrzymują się nadal. Stałym elementem każdej biesiady jest Skarbnik, który przeprowadza „retrospekcję” całego roku, chwaląc zasłużonych i ganiąc tych, którzy podpadli. A z okazji przypadającej jutro Barbórki chciałbym życzyć wszystkim górnikom – górniczego szczęścia i tylu wyjazdów, ilu zjazdów!
Oby tradycja trwała
Piotr Duda, przewodniczący Śląsko-Dąbrowskiej Solidarności:
Z zawodu jestem hutnikiem, dlatego w pamięć bardzo zapadły mi spotkania braci górniczej na karczmach piwnych. Szczególna była ta Barbórka, kiedy po raz pierwszy założyłem mundur górniczy, z którego jestem bardzo dumny. Było to w kopalni „Kazimierz–Juliusz” w Sosnowcu, przyznam, że bardzo czekałem na tę chwilę. To było bardzo duże przeżycie dla człowieka, który ma szacunek do ciężkiej pracy, ale także dla przewodniczącego związku w regionie, gdzie górnictwo jest główną gałęzią gospodarki. To piękne, że tradycje górnicze są zachowywane mimo perturbacji związanych z restrukturyzacją branży. Ma to szczególny wymiar w sytuacji, gdy pojawiały się inicjatywy zmierzające do zaniechania kontynuowania tradycji, na przykład do likwidacji górniczych orkiestr. Jestem pełen podziwu dla zwyczaju przyjmowania do grona braci górniczej młodych ludzi. Młodzi na co dzień niejednokrotnie chodzą w dżinsach i z kolczykiem w uchu, na uroczystości muszą przywdziać mundur i poddać się pewnym rygorom. W ten sposób górnictwo wychowuje, widać to także w codziennej pracy. Młodzież przychodząca do zawodu jest stopniowo oswajana z kopalnią, nie tylko przez przełożonych, ale także przez kolegów. Dzięki temu, etos pracy ciągle funkcjonuje. Górnictwo jest jedyną branżą, w której tradycja jest jeszcze żywa, oby trwało to jak najdłużej.
Ćwiartka w prezencie
Tadeusz Jedynak, współtwórca porozumień jastrzębskich, działacz podziemnej „Solidarności”, poseł I i II kadencji:
Pracowałem w kopalni „Manifest Lipcowy” w latach 70. i z tych czasów nie pamiętam, by załoga spotykała się na barbórkowych imprezach. Były oczywiście oficjalne akademie, ale uczestniczyli w nich wyłącznie partyjni działacze. My górnicy, oprócz nagrody pieniężnej, dostawaliśmy ćwiartkę wódki, kawałek kiełbasy i bułkę. To rodziło pewne problemy, bo wódka sprzedawana była w butelkach półlitrowych i takim „prezentem” trzeba było na miejscu podzielić się z kolegą. Jako działacz związkowy zapraszany byłem na liczne karczmy piwne. Pamiętam spotkanie zorganizowane w jednej z kopalń wałbrzyskich. Mimo iż kopalnia przeznaczona była do likwidacji, bawiono się wspaniale, a cała oprawa nawiązywała do kultury żydowskiej. Karczmy piwne, na których bywam obecnie, kojarzą mi się z pewną sztampą, ale rozumiem, że dla górników wspólne biesiadowanie przy piwie może być przyjemne. Nie przechodziłem nigdy żadnego z górniczych rytuałów, ale widziałem, jak przez skórę skakał Lech Wałęsa. Dwukrotnie dostałem w prezencie szpadę górniczą.
Po wyjściu z kopalni przez tydzień drżały mi nogi
Małgorzata Mańka-Szulik, prezydent Zabrza:
Wyjątkowo wspominam Barbórkę poprzedzoną wizytą w kopalni „Sośnica-Makoszowy”. Do uroczystości przygotowałam się bardzo rzetelnie, bo w chwili, gdy otworzyliśmy naszą zabytkową kopalnię „Guido”, chciałam zobaczyć, czy atmosfera tam panująca jest taka sama, jak w czynnym zakładzie górniczym, w którym ludzie muszą się ciężko napracować. Panowie z kierownictwa kopalni pozwolili mi towarzyszyć sobie na odcinku, gdzie trwała dość intensywna praca. Powiem szczerze, że było to duże przeżycie. Mało, że zjechałam pod ziemię i musiałam się przebrać w robocze ubranie, to czekał mnie jeszcze uciążliwy marsz po kostki w piachu. Myślałam, że się to nigdy nie skończy. Chociaż stwierdziłam, że kopalnia „Sośnica-Makoszowy” i „Guido” mają ze sobą bardzo dużo wspólnego, to po wyjściu z kopalni czynnej przez tydzień drżały mi nogi. Ten dzień skończył się spotkaniem z górnikami, podczas uroczystości rozumiałam doskonale, z czego się cieszą. Zjazd pod ziemię jest czymś niesamowitym. Chyba za każdym razem człowiekowi towarzyszy niepokój, czy wróci na powierzchnię. Obserwując gości zjeżdżających pod ziemię w „Guido”, widzę, że dużo bardziej rozmowni są w szoli podczas wyjazdu z dołu. Mam za sobą już kilka Barbórek jako prezydent miasta, ale zawsze z dużym szacunkiem odnosiłam się do górniczego święta. My tu na Śląsku wyrastamy w tym klimacie, zdajemy sobie sprawę, jak ciężka jest to praca. Mam przyjemność uczestniczyć w uroczystościach w mundurze górniczym, zakładam go z dużym szacunkiem i odpowiedzialnością.
Zostałem Gwarkiem Wodolejem
Kamil Durczok, dziennikarz telewizyjny:
W oficjalnych spotkaniach barbórkowych uczestniczyłem raz czy dwa i prawdę mówiąc akademie mniej utkwiły mi w pamięci,
niż Barbórka obchodzona w domu mojego dziadka. Spotkania rodzinne organizowane były regularnie co roku, póki dziadek żył. Dziadek, jako górnik, przepracował wiele lat pod ziemią, a mój wujek – brat mojej mamy Halinki – był ratownikiem górniczym. Na rodzinne spotkanie barbórkowe zjeżdżaliśmy się już rano, nawet w okresie, gdy pracowałem już w Warszawie, był to dla mnie dzień wolny. Meldowała się cala rodzina w męskim składzie. Biesiadowaliśmy do popołudnia. Pamiętam też, że gdy byłem dzieckiem, w Kostuchnie (dzielnica Katowic – red.) spod kopalni „Boże Dary” do kościoła na poranną mszę maszerowała orkiestra górnicza. Jako dorosły człowiek byłem gościem karczmy piwnej. Na mnie, człowieku wychowanym w tej tradycji, górnicza obyczajowość robiła zawsze duże wrażenie, ale kiedyś zabrałem na takie spotkanie kolegę z Warszawy.
Był zszokowany, że takie tradycje funkcjonują do dzisiaj. Nie przeszedłem wprawdzie rytuału skoku przez skórę, ale spotkał mnie inny „zaszczyt” – polewania głowy piwem. Od tego czasu, co potwierdzić może 600-osobowa załoga zgromadzona na sali, mam nadane imię Gwarka Wodoleja. W 2003 roku na karczmie piwnej w kopalni „Wesoła” otrzymałem też medal
„Dla Najlepszego Piwosza”. To trofeum wystawione jest na aukcji charytatywnej prowadzonej na stronie internetowej
Kuby Wojewódzkiego.