Marsz pod Piotrową batutą
fot: ARC
Mimo rzadko przeżywanych emocji i nie najlepszej akustyki w watykańskiej Auli Pawła VI muzycy orkiestry kopalni Śląsk pod batutą Mirosława Kaszuby zagrali dla Ojca Świętego na tyle perfekcyjnie, że poprosił o bis.
fot: ARC
Mirosławowi Kaszubie, dyrygentowi orkiestry kopalni Mysłowice-Wesoła, tylko raz zdarzyło się, że został odsunięty w cień w kierowaniu wykonaniem utworu. Taki epizod zdarzył się w Niedzielę Palmową 1995 roku w watykańskiej Auli Pawła VI. W roli kapelmistrza zastąpił go wówczas – podając takt sztygarskim kilofkiem – papież Jan Paweł II.
Wtedy – uściślijmy, choć wszystko pozostaje w muzycznej rodzinie Katowickiego Holdingu Węglowego – Kaszuba prowadził orkiestrę kopalni Śląsk. Do Riva del Garda we włoskiej prowincji Trydent zespół wyjeżdżał na Międzynarodowy Konkurs Orkiestr Dętych Flicorno D’oro.
– Kiedy nadeszło zaproszenie, ja i kilku muzyków z orkiestry od razu wpadliśmy na pomysł, że być może udałoby się zahaczyć o Watykan. Cóż, wszyscy wokół traktowali go – delikatnie rzecz ujmując – z przymrużeniem oka. Prywatna audiencja u papieża? – wymownie pukali się w czoło. Niezrażony tymi reakcjami napisałem list do najbliższego Ojcu Świętemu Stanisława Dziwisza. I oto nadspodziewanie dostałem odpowiedź, że istnieje taka szansa, że Jan Paweł II ma szczególny sentyment do Śląska i górników. Oczywiście, list listem, ale na tym etapie wszystko nadal wyglądało nadzwyczaj mgliście – wspomina Mirosław Kaszuba.
Do Rzymu...
Mimo wszystko dyrygent zastrzegł u organizatorów konkursu, że w Niedzielę Palmową orkiestry w Riva del Garda nie będzie, po czym o pierwszej w nocy zespół zapakował się z instrumentami do autokaru i wyruszył w 300-kilometrową drogę do Rzymu.
– Prawdę powiedziawszy, jechaliśmy w ciemno. Na miejscu byliśmy wcześnie rano. Pamiętam, była piękna, słoneczna pogoda. Ja i dwóch jeszcze muzyków przebraliśmy się w autobusie w górnicze mundury. Wprawdzie Plac Świętego Piotra był jeszcze o tej porze opustoszały, ale nasze mundury wyraźnie zwracały uwagę wszystkich, którzy krzątali się przy przygotowaniach do głównych uroczystości święta. Siostry w biurze ojca Konrada Hejmo podpowiedziały nam, żebyśmy wrócili za dwie godziny. Pokręciliśmy się trochę po Rzymie. Wracamy. Jest szansa, wróćcie po trzynastej, po modlitwie Anioł Pański i papieskim błogosławieństwie – usłyszeliśmy. Raz jeszcze wracamy i nasza wytrwałość zostaje nagrodzona radosną wiadomością: Ojciec Święty spotka się z nami o szesnastej w Auli Pawła VI – opowiada dyrygent.
W pełnej gali
– Z powrotem do autobusu. Wszyscy zakładają mundury, zabieramy instrumenty, poddajemy się kontroli papieskiej Gwardii Szwajcarskiej. Przed wyznaczoną porą wszyscy – 50 muzyków – ustawiamy się w Auli. Czekamy. Nikt nie spoglądał na zegarek, ale Ojciec Święty chyba nieco się spóźnił. Wreszcie – jest. Indywidualnie przywitał się z każdym z nas. Obdarowaliśmy go sztygarskim kilofkiem. Już wtedy chodził o lasce. Oddał ją komuś ze swojej świty, zastępując naszym prezentem – ciągnie opowieść.
Mimo że minął szmat czasu, Kaszuba doskonale pamięta i relacjonuje tamten dialog z Ojcem Świętym.
– Skąd jesteście? – zapytał.
– Z Kochłowic – odpowiadamy jeden przez drugiego.
– Czy Kochłowice są gdzieś koło Chorzowa? – zagadnął ku naszemu zaskoczeniu.
– Potwierdziliśmy, a Ojciec Święty, uśmiechając się, zagadnął: – Więc dlaczego jeszcze nie gracie?
Zagrali. Zagrali marsza, zaaranżowanego na muzycznym temacie piosenki „Szła dzieweczka...”, potem wiązankę śląskich melodii, jeden z utworów przygotowanych na konkurs Flicorno D’oro, a wreszcie – „Marsza Rade-tzky’ego” Johanna Straussa.
– Aula Pawła VI z występującym w niej pogłosem nie jest najlepszą salą koncertową. Ale – jak mi się wydaje – było to świetne wykonanie. Prawda, ten szczególny występ był dla każdego z nas niesłychanym przeżyciem. Widziałem, że muzycy kątem oka spoglądali na papieża, ale jednocześnie grali swoje najlepiej, jak potrafili, perfekcyjnie – ocenia dyrygent.
Kapelmistrz z kilofkiem
Koncert w Auli Pawła VI miał jednak zaskakujący ciąg dalszy.
– Gramy ostatnie takty „Marsza Radetzky’ego”, Ojciec Święty wstaje, pozdrawia nas gestem dłoni, kieruje się ku drzwiom... Niespodziewanie jednak zatrzymuje się, wraca i mówi: – Dziś nie mam już żadnych ważnych obowiązków, więc zagrajcie dla mnie jeszcze jednego marsza. Gramy, dziś nie pomnę już, co to było. Dyryguję, ale kątem oka widzę, że papież staje tuż za mną i tym górniczym kilofkiem zaczyna prowadzić orkiestrę. Dyskretnie odsunąłem się na bok, bez żalu ustępując miejsca Piotrowemu dyrygentowi chrześcijańskiego świata – wspomina Mirosław Kaszuba, żałując, że tej niecodziennej części koncertu nie zarejestrowali już watykańscy fotografowie.
Kaszuba nie próbuje nazwać fenomenu tego koncertu i tego spotkania.
– Dla muzyka grać dla Ojca Świętego to przeżycie samo w sobie. Zwłaszcza dla Niego, człowieka emanującego jakąś niepojętą serdecznością i dobrocią. Myślę, że nie były to jedynie moje odczucia. Zwykle po koncercie w zespole przychodzi moment luzu, żartobliwych komentarzy, opowiadania kawałów. Tym razem było zupełnie inaczej. Wsiedliśmy do autokaru, przebraliśmy się i na długi czas zapadła zupełna cisza. Każdy z nas w skupieniu na nowo przeżywał to spotkanie – przed beatyfikacją Jana Pawła II wraca do tamtego niecodziennego koncertu Mirosław Kaszuba.