Rozmowa z prof. dr. hab. Krzysztofem Żmijewskim, sekretarzem generalnym Społecznej Rady Narodowego Programu Redukcji Emisji
Pakiet energetyczno-klimatyczny jest szansą na ochronę klimatu, czy gwoździem do trumny polskiej gospodarki?
To zależy o co Pani pyta. Czy o hasło powszechnej miłości? Czy o sposób realizowania tego hasła w postaci rzezi katarów i waldensów? (w 1209 roku w mieście Beziers na południu Francji katoliccy krzyżowcy zamordowali 20 tys. kobiet mężczyzn i dzieci – przyp. Red.).
Pytam o wprowadzenie pakietu i konsekwencje, jakie to niesie ze sobą dla Polski.
Implementacja pakietu nie ma nic wspólnego z ochroną klimatu. Działania, których jesteśmy świadkami, prowadzą głównie do tego, że zamiast redukcji emisji mamy do czynienia z migracją emisji, czyli zamykaniem energochłonnych i emisjogennych gałęzi przemysłu w Europie i przenoszeniem tych branż poza obszar Unii Europejskiej, gdzie zasady polityki klimatycznej nie obowiązują i emitować gazy cieplarniane można, ile się chce. W związku z tym będziemy np. zamykać polskie cementowanie, które są jednymi z najbardziej energooszczędnych cementowni w Europie i korzystać z cementu produkowanego w Pakistanie, który ma ogromny niewykorzystany potencjał wytwórczy.
Pakiet energetyczno-klimatyczny jest także zagrożeniem dla energetyki opartej na węglu, a to dotyka przede wszystkim energetykę polską.
Jest zagrożeniem dla klasycznej energetyki opartej na węglu, dla nieklasycznej mógłby nie być, ale Unia tej pierwszej nie lubi, a tej drugiej nie wspiera. Założenia pakietu będziemy musieli wprowadzić 1 stycznia 2013 roku – tak mówi unijna legislacja. Od tego momentu, każdy, kto spala paliwa dla potrzeb produkcji energii, musi sobie kupić prawo do emisji dwutlenku węgla. Kupić trzeba dokładnie tyle, ile się spala. Wyjątkiem są nowe państwa członkowskie objęte tak zwaną derogacją, czyli ulgą w zakupie. Dla Polski oznacza to wzrost ceny hurtowej energii elektrycznej o 60 procent – w wypadku zastosowania derogacji – i co najmniej 80 procent – jeśli derogacji nie będzie.
Oczekiwania UE dotyczące wielkości redukcji emisji są ciągle eskalowane?
Unia rzeczywiście próbuje ten próg redukcji emisji zwiększyć i przekonać państwa członkowskie do zgody na takie rozwiązanie. Dla nas to oznacza, że będzie mniej dwutlenku węgla na sprzedaż, więc będzie on droższy; droższa będzie także energia elektryczna, a nasza gospodarka stanie się mniej konkurencyjna i będzie przegrywała na globalnym rynku.
A jakie spowoduje to koszty społeczne?
Jeżeli się podsumuje miejsca pracy, które utracimy poprzez zamykanie przedsiębiorstw wysokoemisyjnych i wysokoenergetycznych (ok. 330 tys.) i odejmie od tej wielkości nowe, tak zwane zielone miejsca pracy (150-180 tys.), to – niestety dla Polski – bilans ten będzie ujemny i wyniesie ok. 150-180 tys. miejsc pracy. Trzeba wziąć też pod uwagę, że każde utracone miejsce pracy w przemyśle pociąga za sobą tak zwany efekt domina: pracę traci także kioskarka pod fabryką i kierowcy autobusów dowożących ludzi do pracy, upadają trzy okoliczne sklepy. Można więc przyjąć, że pracę w Polsce straci 500 tys. osób. Ludzie ci będą szukali pracy prawdopodobnie za granicą. Nastąpi więc nie tylko migracja emisji, ale także migracja ludzi. Unia tak naprawdę się tego nie boi, jest jej na rękę, żeby młodzi i wykształceni ludzie z nowej Unii emigrowali do starej Europy, gdzie się demografia sypie.
Czyste technologie węglowe miały być receptą na problemy wynikające z pakietu, czy ich wprowadzenie w życie jest realne?
W sensie technicznym to oczywiście jest realne, ale ekonomicznie to będzie bardzo drogie. Zwolennicy technologii CCS (Carbon Capture and Storage – wychwytywanie i składowanie dwutlenku węgla – przyp. red.) mówią, że to się będzie opłacało przy cenie dwutlenku węgla na poziomie 60 euro za tonę; koszt energii wzrósłby wówczas o 120 proc. Gospodarka prawdopodobnie czegoś takiego nie wytrzyma. W każdym razie taka gospodarka industrialna, jaką my mamy. Te pomysły są bardzo dobre, tylko są przeznaczone dla państw o gospodarce postindustrialnej. Pomysł na uprawę pomarańczy i bananów jest świetny w Kalifornii, a w Laponii jest do kitu, chociaż jest to ten sam banan i ta sama pomarańcza.
Powstanie Europy dwóch prędkości jest realnym zagrożeniem?
To nie pomysł, to już realizacja. Proszę zauważyć, że zachodnioeuropejski przemysł wcale nie protestuje przeciwko tym rozwiązaniom, a niektóre firmy wręcz je popierają. Każdy sobie zdaje sprawę, że pracownik cementowni przeniesionej do Pakistanu zarabia 1/5 tego, co pracownik cementowni w Niemczech i 1/3 tego, co pracownik cementowni w Polsce. Na przeniesieniu zakładu przemysłowego poza Europę jego właściciel zarobi: nie zapłaci za emisję i ochronę środowiska, nie będzie borykał się ze związkami zawodowymi, nie będzie narażony na protesty społeczeństwa obywatelskiego i mniej wyda na pensje.
Czy Polska ma szansę na złagodzenie restrykcyjnej polityki klimatycznej UE?
Gdybym powiedział, że nie, byłby to najwyższy poziom pesymizmu. Myślę, że Polska taką szansę by miała, gdyby chciała z niej skorzystać i gdybyśmy bardzo głośno i wyraźnie pokazywali, że taka polityka klimatyczna nie służy klimatowi. Żeby to zrobić, trzeba prowadzić różnego rodzaju badania i analizy, a my tego nie robimy, bo jesteśmy zwolennikami taniego państwa i zakładamy, że da się przejechać na gapę i ktoś to za nas zrobi. Jestem całym sercem za tym, żeby redukować emisję i zużycie paliw kopalnych, ale pakiet do tego celu nie prowadzi.
Nie będzie referendów w Chorzowie i Będzinie. Za mało podpisów i uchybienia formalne
Prezydenci Chorzowa i Będzina mogą spać spokojnie. Komisarze wyborczy odrzucili wnioski o przeprowadzenie referendów w tych miastach. W Chorzowie referendum nie obędzie się z powodu zbyt małej liczny ważnych podpisów poparcia, a w Będzinie z powodu uchybień formalnych.