Krupiński: Skrótowe kalendarium tragedii...
fot: Jarosław Galusek
Karetka z jednym z uratowanych górników odjeżdża spod kopalni Krupiński...
fot: Jarosław Galusek
Zbiorowy wypadek. Katastrofa. Tragedia. Rozpacz rodzin. Napięta atmosfera w sztabie akcji ratunkowej. Przed kopalnią dziennikarze oczekujący informacji. A te bywają sprzeczne. Nie dlatego, że ktoś chce kogoś wprowadzić w błąd, zataić coś, co się wydarzyło. Taka po prostu jest atmosfera tego rodzaju zdarzeń. Dopiero po jakimś czasie wiadomo, jak sytuacja wyglądała naprawdę. Oto suchy zapis wydarzeń z kopalni Krupiński. Wydarzeń, które zamknie orzeczenie specjalnej komisji Wyższego Urzędu Górniczego badającego przyczyny wypadku. Dopiero wówczas będzie wiadomo, czy zawinił człowiek, czy też to co się stało, było wynikiem działania sił natury...
Czwartek, 5 maja 2011 r.
• Ok. 20:15. Śląski Urząd Wojewódzki. Trwają negocjacje strony społecznej i zarządu Jastrzębskiej Spółki Węglowej w ramach Wojewódzkiej Komisji Dialogu Społecznego. Dziennikarze czekają na parafowanie porozumienia dotyczącego praw prasowniczych i gwarancji zatrudnienia. Dowiadują się, że w kopalni Krupiński w Suszcu k. Żor doszło do zapalenia się metanu. Pierwsza informacja: dwóch poszkodowanych. Jeden poparzony, drugi nieprzytomny. Obaj wywiezieni na powierzchnię.
• Ok. 21:15. Porozumienie będzie podpisane. Wiadomo, że pożar wybuchł 820 m pod ziemią. W pobliżu miejsca zapłonu i wybuchu metanu były 32 osoby. Poparzonych jest 12 górników. Dwudziestu z poszkodowanych wyjechało po zdarzeniu na powierzchnię bez poważniejszych obrażeń. Siedmiu kolejnych rozwieziono krótko po wypadku do szpitali - czterech do Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich, pozostałych do pobliskich szpitali w Pszczynie i Jastrzębiu Zdroju.
Tuż po północy. Do ostatnich pięciu rannych górników ratownicy zdołali dotrzeć po ponad czterech godzinach od zgłoszenia wypadku. W akcji uczestniczy, w odcietym od reszty kopalni rejonie, dziesięć zastępów: sześć kopalnianych, dwa z Okręgowej Stacji Ratownictwa Górniczego w Wodzisławiu Śląskim i dwa z Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego w Bytomiu.
Piątek, 6 maja 2011 r.
• Ok. 03:00. Do siemianowickiej oparzeniówki przewieziono jednego górnika z tej grupy, który zaraz na początku zdecydował się pójść z ratownikami. Pozostałych - wobec pogarszających się pod ziemią warunków - nie udało się wydostać z zagrożonego rejonu. Nad ranem za zaginionych uznano też dwóch ratowników pracujących w zagrożonym rejonie. Razem: sześć osób. Trwa akcja ratunkowa. Prowadzona jest w skrajnie trudnych warunkach. W zadymieniu i temperaturze sięgającej 45 stopni C. Już wiadomo, że odcięci górnicy oczekują pomocy przy lutniociągu (instalacji wentylacyjnej). Nie wiadomo, w jakim są stanie.
• Ok. 06:00. Dyrekcja kopalni wydaje decyzję o wstrzymaniu wydobycia w całym Krupińskim. Pod ziemię mogą zjechać tylko uczestniczący w akcji ratunkowej, dozór i odpowiedzialni za utrzymanie bezpieczeństwa pod powierzchnią. Pozostali pracownicy zostają urlopowani.
• Ok. 10:00. Na zaimprowizowanej pod budynkiem dyrekcji konferencji prasowej prezes JSW Jarosław Zagórowski informuje, że jest kontakt głosowy z odciętymi górnikami. Nadal nie wiadomo jednak, w jakim są stanie. Prezes mówi, że w górnictwie nadzieja umiera ostatnia, że trzeba czekać na to, co przyniesie intensywnie prowadzona akcja ratownicza. Niedługo później przewodniczący ZZ Kadra Andrzej Józefczyk potwierdza te informacje i przyznaje, że wierzy w to, iż wyszkoleni w gaszeniu pożaru metanu górnicy dadzą sobie radę. Nie chce zgadywać, czy wypadek powstał za przyczyną ludzkiego błędu, czy też siły natury. Za kilkanaście minut pod budynkiem pojawia się wojewoda śląski Zygmunt Łukaszczyk. Informuje dziennikarzy, że rodziny poszkodowanych zostły otoczone opieką, że przygotowane są łóżka w centrach leczenia oparzeń w Siemianowicach Śląskich i Łęcznej. To najlepsze tego rodzaju szpitale w Polsce. Wojewoda powiedział, że transportowani do szpitali poszkodowani w czwartkowym wypadku mieli do tej pory poparzenia zewnętrzne do 50 proc., a także poparzenia dróg oddechowych. Te ostatnie są najgroźniejsze, o czym po południu przypomni dyrektor siemianowickiej oparzeniówki. Prezes Zagórowski dodaje, że w drodze do kopalni są dwa śmigłowce Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Jeden leci z bazy w Gliwicach, drugi - z Krakowa. Po dwóch godzinach okaże się, że nie trzeba było używać ich do transportu poszkodowanych.
• Ok. 12:00. Do dziennikarzy dociera niepotwierdzona informacja, że jeden z odciętych od świata nie żyje. Nikt nie puszcza tej pogłoski w świat. Kilkunastu fotoreporterów czeka, na odległym o kilometr od kopalni, polu, gdzie stacjonują helikoptery LPR. W dali słychać syreny karetek pogotowia. Niedługo potem okaże się, że trzech górników postanowiono przewieźć do Siemianowic ambulansami.
• Ok. 14.30. Jest informacja o tym, że czwarty górnik z Krupińskiego nie doczekał wyjazdu na górę. Reanimacja nie poskutkowała. Zmarł pod ziemią. Lekarz na powierzchni potwierdził zgon. Ratownicy docierają także do swojego kolegi. Nie żyje. Drugi wciąż jest poszukiwany. Zmarli pracownicy Krupińskiego mieli 27 i 36 lat. Ratownik górniczy miał 36 lat. W górnictwie pracował od 17 lat. Miał żonę, osierocił troje dzieci. Górnik, który był w grupie pięciu, a potem czterech pracowników uwięzionych pod ziemią, miał 27 lat; był kawalerem. W górnictwie pracował cztery lata, z czego rok w kopalni Krupiński...
Z Bytomia ratownicy przywieźli specjalną kamerę termowizyjną. Z jej pomocą szukają ostatniego z poszkodowanych. Uratowani leżą w CLO. Jego dyrektor dr hab. Marek Kawecki informuje, że stan zdrowia pacjentów jest ciężki, ale stabilny. W języku medycznym oznacza to, że lekarze panują nad sytuacją. Nie wiadomo jednak, co będzie później. Dopiero po dwóch tygodniach nawet może okazać się, jakie skutki przyniesie poparzenie dróg oddechowych.
• Ok. 16:30. Kondolencje rodzinom składa przewodniczący Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek. Premier Donald Tusk również to czyni.
• Ok. 17:30. Prezes Wyższego Urzędu Górniczego Piotr Litwa powołał specjalną komisję. Ma ona wyjaśnić przyczyny i okoliczności wypadku. Komisji przewodzi wiceprezes WUG, Wojciech Magiera.
• Ok. 19:30. Rzeczniczka JSW informuje, że ratownicy krok po kroku penetrują podziemny chodnik na odcinku ponad 80 metrów. Rankiem posuwali się w zadymionym chodniku z szybkością metra na minutę. Warunki wieczorem nie polepszyły się. Nie wiadomo, kiedy uda im się dotrzeć do poszkodowanego. Wiadomo, że nadzieja umiera ostatnia. Nie tylko w górnictwie...
Godziny w kalendarium są orientacyjne.
W galerii: Przed kopalnia Krupiński po wypadku zbiorowym. (zdjęcia Jarosław Galusek - nettg.pl)