Kopalnia Staszic zbywa górnika bez nogi
fot: ARC
Kopalnia Staszic w Katowicach Giszowcu
fot: ARC
46-letni Andrzej Wolny przez połowę swojego życia fedrował węgiel. - Teraz czuję się jak natręt, który prosi kopalnię o coś, co mu się nie należy - mówi rozgoryczony górnik - napisała \"Gazeta Wyborcza\" w Katowicach.
31 stycznia 2004 r. Wolny pracował na nocną zmianę. Nie spodziewał się, że to będzie ostatnia szychta w jego życiu. 720 metrów pod ziemią razem z kolegami załadował na platformę trzy stalowe elementy zsuwni i miał ją przepchać do warsztatu mechanicznego. Nie zdążył, bo na platformę najechał pociąg ciągnący 20 wagonów. Rozpędzona masa żelaza przygniotła Wolnego.
- Kiedy wydobyto mnie spod tego złomu, w ogóle nie czułem nóg - wspomina górnik. Początkowo rokowania lekarzy były dobre: górnik wyzdrowieje. Dwa tygodnie po wypadku amputowali mu jednak lewą nogę na wysokości uda. A prawa jest niesprawna do dzisiaj, ma zerwane wiązadła oraz uszkodzoną łękotkę.
Okręgowy Urząd Górniczy w Katowicach uznał, że do wypadku doszło z powodu licznych zaniedbań z zakresu BHP. Prokuratura o jego spowodowanie oskarżyła: sztygara zmianowego (wbrew przepisom nie uzgodnił z dysponentem przewozów momentu przetaczania po torach ręcznej platformy), operatora mostu rozładunkowego (tuż przed katastrofą opuścił stanowisko pracy i nie zapalił na torach czerwonego światła), dyspozytora ruchu (dał zgodę na przetoczenie platformy, ale zapomniał powiadomić o tym maszynistę nadjeżdżającego pociągu), sztygara zmianowego (dopuścił do pracy maszynistę bez szkolenia BHP), maszynistę (wiedział, że prowadzi niesprawną lokomotywę) oraz przodowego (kierując przepychaniem platformy, nie polecił wyłączenia napięcia w trakcji elektrycznej zasilającej pociąg).
17 listopada 2007 r. katowicki sąd uznał, że dopuścili się oni zarzucanych im czynów, ale warunkowo umorzył ich sprawę. Na wniosek śledczych ten wyrok został jednak uchylony i sprawę skierowano do ponownego rozpatrzenia.
Wolny po wypadku dostał 25 tys. zł z tytułu ubezpieczenia w PZU, na które płacił comiesięczne składki. Latem zwrócił się do dyrekcji kopalni o wypłatę 150 tys. zł odszkodowania. Miesięcznie na maści i leki przeciwzakrzepowe wydaje bowiem kilkaset złotych, a kilka tysięcy złotych kosztuje go coroczna naprawa protezy. Kilka dni temu dowiedział się, że kopalnia odrzuciła jego żądanie.
- Odmawiamy uznania roszczenia, stwierdzając jednoznacznie, że ustalenie podstaw odpowiedzialności i wysokości może nastąpić jedynie na drodze postępowania sądowego - napisał górnikowi Stanisław Lasek, dyrektor kopalni Staszic. A jego zastępca w odrębnym piśmie podkreślił, że w momencie zdarzenia kopalnia nie posiadała ubezpieczenia OC z tytułu prowadzenia działalności gospodarczej.
Sprawą Wolnego zajęło się teraz katowickie stowarzyszenie Wokanda, które jeszcze w tym miesiącu złoży pozew przeciwko kopalni. - Będziemy w nim domagali się nie tylko wypłaty odszkodowania, ale także przyznania górnikowi renty. Uważamy bowiem, że sposób, w jaki został potraktowany, był skandaliczny - mówi Marcin Marszołek, prezes Wokandy.
Podobnego zdania jest Wacław Czerkawski, przewodniczący Związku Zawodowego Górników w Polsce. - O takim traktowaniu ludzi słyszałem w szemranych firmach, ale nigdy na kopalni. To żenujące i uwłaczające, że górnik musi się walczyć o pieniądze, które mu się należą - stwierdził Czerkawski.
PS. Dane osobowe górnika zostały zmienione na jego prośbę