Koncesja, czyli co zrobić, żeby fedrować
Osatni szyb, nie licząc kopalni „Budryk”, wybudowano u nas jeszcze w socjalizmie, gdy mało kto przejmował się protestami ludzi i zgodą gmin na eksploatację. Problemu nie było i później, bo ze względów ekonomicznych kopalnie albo zamykano, albo łączono. Teraz wszystko się jednak zmieniło. Koniunktura na węgiel sprawia, że spółki węglowe zmuszone są do uruchamiania nowych pokładów węgla, reaktywacji nieczynnych kopalń, albo tak jak w przypadku Jastrzębskiej Spółki Węglowej, rozbudowy istniejących zakładów. I tu pojawił się problem. Okazuje się, że coraz częściej uzyskanie koncesji na działalność górniczą to prawdziwa droga przez mękę. Co zawodzi? Przestarzałe prawo, determinacja mieszkańców, czy zbyt duże oczekiwania przedsiębiorców górniczych?
Trudna procedura
Trzeba przyznać, że załatwienie spraw formalno--prawnych związanych z nową koncesją nie jest proste. Szczegółowy „rozkład jazdy\" jak uzyskać koncesję przygotowała ostatnio Jastrzębska Spółka Węglowa. Zwróciła uwagę, że przygotowując wniosek trzeba mieć na uwadze aż kilka ustaw, w tym: prawo geologiczne i górnicze, prawo ochrony-środowiska, ustawę o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym oraz o gospodarce nieruchomościami.
Po geologicznym rozpoznaniu pokładów należy przygotować Projekt Zagospodarowania Złoża (PZZ), który stanowi załącznik przyszłego wniosku koncesyjnego, oraz co ważniejsze, uzgodnić udzielenie koncesji z wójtem, burmistrzem lub prezydentem miasta. Następuje to na podstawie miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego, a jeżeli go nie ma na podstawie studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego gminy.
I tu dla przedsiębiorcy górniczego zaczynają się „schody\". Uwagi do projektu studium mogą wnosić osoby prawne i fizyczne, a uchwala go Rada Gminy. Podobnie jest z planem miejscowym, do którego uwagi może wnieść każdy, kto kwestionuje zawarte w nim ustalenia. Wnioski, do jakich dochodzą specjaliści z JSW nie są dla branży górniczej optymistyczne. Po pierwsze cala procedura jest czasochłonna. Po drugie organy samorządu niechętne danej inwestycji poprzez zaniechanie mogą skutecznie opóźnić uchwalanie dokumentów i w ten sposób odwlec w czasie lub wręcz uniemożliwić wykonanie inwestycji. Nie mówiąc już o tym, że brak możliwości odwołania się od decyzji wójta, burmistrza, czy prezydenta dyskryminuje wnioskodawcę.
Tyle teoria, a jak wygląda praktyka? Okazuje się, że obawy JSW wcale nie są bezpodstawne, o czym spółka przekonała się na własnej skórze. Na jej drodze stanęli mieszkańcy niewielkich Pielgrzymowic, którzy blokują wydanie koncesji na rozbudowę dwóch kopalń: „Pniówek\" i „Zofiówka\".
Przygotowania do tych inwestycji trwały kilka lat, skala ma być ogromna, niespotykana od wielu lat w górnictwie - spółka wyda ponad 3 mld zł. Pieniądze mają pochodzić z oszczędności i przyszłych zysków. Obie kopalnie wydobywają dziś węgiel z głębokości 840 m. W ciągu najbliższych kilkunastu lat zejdą jeszcze 450 m niżej.
Rozbudowa jastrzębskich kopalń będzie prowadzona etapami. Na początku planowane jest pogłębianie szybu Bzie i zejście do poziomu 1110 m. Właściwe wydobycie ruszy w tym miejscu w 2017 r., by w 2030 r. osiągnąć 12 tys. t węgla na dobę.
Inwestycje w obrębie Pawłowic 1 ruszą w 2009 r., by w ciągu siedmiu lat osiągnąć poziom 1000 m pod ziemią. Wydobycie rozpocznie się w 2018 r., by w 2025 r. osiągnąć 7 tys. t na dobę.
Pielgrzymowice protestują
Tymczasem mieszkańcy Pielgrzymowic nie chcą słyszeć o koncesji dla JSW. - Nie pozwolimy, żeby kopalnia zrujnowała nasz kościółek albo nowo wybudowane szkołę. Wszystko jest dobrze, dopóki nie pojawię się szkody górnicze. Od razu zaczynają się wtedy wizyty rzeczoznawców, sprawy w sądach i proszenie się o odszkodowanie - mówi Iwona Baron, sołtys Pielgrzymowic.
Mieszkańcy zwarli szeregi i założyli komitet obrony Pielgrzymowic. Przekonują, że to jedyny sposób, żeby wygrać z tak potężnym przeciwnikiem, jakim jest spółka węglowa. Większość ludzi w komitecie to ci, którzy właśnie pobudowali nowe domy. Uciekli przed szkodami górniczymi z Jastrzębia, Pniówka czy Golasowic. Teraz szkody mogą ich dopaść w Pielgrzymowicach.
- Nie pozwolimy na degradację wsi, która jest naszym miejscem na ziemi. Wystarczy przejechać się po sąsiednich miejscowościach, żeby zobaczyć, jakie spustoszenia kopalnie potrafią wywołać na powierzchni - przekonuje Julian Marek, jeden z mieszkańców Pielgrzymowic.
Damian Galusek, wicewójt Pawłowic, rozumie mieszkańców sołectwa, bo niektórzy, uciekając przed szkodami górniczymi, przeprowadzali się już dwa albo trzy razy. - A gdy dowiedzieli się, że spółka chcefedrować pod Pielgrzymowicami, przeżyli szok. Dlatego jestem za tym, żeby stworzyć plan zagospodarowania, który wyłączy wieś spod wydobycia. Ale na to potrzeba czasu, a szefowie JSW się niecierpliwią - mówi wójt Galusek.
Jarosław Zagórowski, prezes Jastrzębskiej Spółki Węglowej nie potrafi spokojnie mówić o sprawie.
- Kilku ludzi blokuje inwestycję, która ma przełomowe znacznie nie tylko dla naszej spółki, ale i całego górnictwa. Jeżeli nie ruszymy z budową nowego szybu, problemy będziemy mice me tylko my, ale nasi odbiorcy: huty, koksownie czy przemysł motoryzacyjny - mówi oburzony Zagórowski. - Przecież nie zamierzamy chować głowy w piasek. Jeżeli rzeczywiście powstaną jakieś szkody górnicze, to mamy obowiązek je naprawić. Inne gminy potrafią to zrozumieć i bez problemu przyznały nam koncesję na wydobycie. Przecież kopalnie to też miejsca pracy i dziwię się, że w Pawłowicach o tym nie pamiętają - przekonuje prezes.
Spółka ma już plan awaryjny. Być może ograniczy rozbudowę nowych złóż o tereny leżące tylko na terenie Jastrzębia. Miasto nie ma nic przeciwko nowej eksploatacji. To pozwoliłoby na ogłoszenie przetargu na budowę szybu i dało czas na przekonanie mieszkańców Pielgrzymowic.
Tadeusz Chrószcz, wójt Marklowic i szef Stowarzyszenia Gmin Górniczych mówi, że nie dziwi się protestom mieszkańców.
- To dlatego, że ludzie nie byli przygotowani na to, że tuż pod oknami wyrośnie im górniczy szyb. Ale JSW też ma swoje racje. Trudno powiedzieć spółce, która żyje z wydobywania węgla „nie fedrujcie i idzie gdzie indziej\". Potrzebny jest kompromis - przekonuje Chrószcz.
Dodaje, że widzi dwa rozwiązania. Spółka da ludziom gwarancje, że szkody górnicze nie zrujnują im zabudowań, albo wypłaci tak wysokie odszkodowania, że będą mogli przeprowadzić się w inne miejsce i tam wybudować domy. To drugie rozwiązanie wcale nie jest abstrakcją. Warto wspomnieć, że Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad budując autostradę Al na Śląsku w rejonie Mszany i Gorzyczek wypłaciła tak duże odszkodowania, że prawie 100 rodzin sprzedało swoje domy i wybudowało nowe.
- Niestety dzisiaj często przedsiębiorca górniczy uważa, że jest w uprzywilejowanej sytuacji i należy mu się specjalne traktowanie. A wystarczyłoby tylko do każdej tony węgla doliczyć dwa złote, a uzyskany w ten sposób zysk przeznaczyć na zabezpieczenia terenów przed szkodami górniczymi, czy wypłatę godziwych odszkodować. Popyt na węgiel koksujący jest tak duży, że decydując się na taki krok, spółka dosłownie niczym by nie ryzykowała - przekonuje Tadeusz Chrószcz.
Reaktywacja kopalni
Obserwując kłopoty JSW można by odnieść wrażenie, że śląskie gminy w dużej mierze żyjące przecież z podatków płaconych przez górnictwo traktują kopalnie jak zło konieczne. O tym, że jest inaczej świadczy chociażby przykład Czerwionki-Leszczyn. Ministerstwo Ochrony Środowiska wydało właśnie spółce Karbonia PL koncesję na wydobywanie węgla w nieczynnej dziś kopalni „Dębieńsko\" w Czerwionce—Leszczynach.
Władze gminy od początku wspierały te starania.
Karbonia, należąca do firmy NWR, w której głównym udziałowcem jest Zdenek Bakala, czeski biznesmen i współwłaściciel czeskiego koncernu węglowego OKD, chce w ciągu najbliższych pięciu lat wybudować na gruzach „Dębieńska\" praktycznie nową kopalnię. Czeski biznesmen z amerykańskim paszportem, zadeklarował, że jest gotowy wyłożyć na ten cel od 800 min do 1,5 mld euro. Kopalnia ma zatrudniać trzy tysiące ludzi i tedrować węgiel koksowy znajdujący się na głębokości od 750 do 1400 m. - „Dębieńsko\" to dla nas priorytetowa inwestycja. Prace ruszę jeszcze w tym roku - deklaruje Jiri Polak, doradca Bąkali.
- Reaktywacja kopalni to dla naszej gminy ogromna szansa. Odkąd się rozeszło, że będzie u nas inwestował Zdenek Bąkała, dzwonią do nas deweloperzy i pytają o ceny gruntów - cieszy się Grzegorz Wolnik, wiceburmistrz Czerwionki-Leszczyn.
Tymczasem decyzja o wydaniu koncesji dla Karbo-nii spowodowała, że w branży pojawiły się głosy, że po szacowane na co najmniej 160 min ton zasoby węgla koksującego w Dębiensku powinna sięgnąć Kompania Węglowa. I to ona powinna złożyć wniosek o wydanie koncesji na fedrowanie w Czerwionce-Leszczynach.
- Do złóż „Dębieńska\" można dotrzeć przecież od strony kopalni „Szczygłowice\" i to inwestując stosunkowo niewielkie pieniądze - przekonuje Dominik Kolorz, szef górniczej „Solidarności\".
Zbigniew Madej, rzecznik Kompanii Węglowej, przyznaje, że spółka chciała powrócić do „Dębieńska\", ale dopiero za kilka lat. Teraz Kompanii nie stać na tak dużą inwestycję.
Wniosek o ponowne wydanie koncesji na fedrowanie w kopalni „Niwka-Modrzejów\" w Sosnowcu przygotowuje natomiast Katowicki Holding Węglowy. Kopalnia zniknęła w 1999 roku, gdy uznano, że dalsze wydobycie jest w niej nieopłacalne, ale teraz ma szansę wrócić, i to w nietypowy sposób. Za ewentualną reaktywację kopalni ma bowiem zapłacić prywatny inwestor zainteresowany wybudowaniem obok elektrowni na węgiel kamienny.
Dokumentacja na czas
Procedurę związaną z przyznaniem koncesji na eksploatację nowych złóż ma też za sobą ZG Siltech, pierwsza w Polsce prywatna kopalnia węgla kamiennego. Jan Chojnacki, prezes Siltechu mówi, że od przygotowania pierwszego dokumentu do wydania koncesji minęły trzy lata. To sporo. - Najgorsze było pilnowanie wszystkich terminów, bo spóźnienie się z wywieszeniem do publicznej wiadomości chociażby jednego dokumentu mogło skończyć się katastrofą. A i tak byłiśmy w lepszej sytuacji, bo nie musieliśmy zmagać się z protestami niezadowolonych mieszkańców. Dziś wszyscy chcą mieć pracę, ale jak kopalnia chce się rozwijać i eksploatować nowe złoża, to musi przygotować się na ciężkie doświadczenie - mówi prezes Chojnacki.
Dlatego ubiegając się o koncesję na eksploatację Pola Biskupice, Siltech nie popełnił już błędu z początków swojej działalności i wywalczył koncesję do 2023 roku, a nie tylko na kilka lat. Na Polu Biskupice Siltech przygotowuje się do budowy upadowej nachylonego chodnika, którym będzie można transportować węgiel bezpośrednio na powierzchnię. - Musimy się rozbudować, bo na pniu sprzedajemy wszystko, co wydobywamy
- nie ukrywa Chojnacki.
Chodnik ma mieć 850 metrów długości i powstać w ciągu dwóch najbliższych lat. Jego budowa pochłonie co najmniej 10 min zł. Kopalnia zamierza sfinansować budowę z własnych zysków. Gdy inwestycja będzie gotowa, Siltech chce wydobywać ok. tysiąca ton węgla na dobę, czyli nieco więcej niż obecnie. - Nowa koncesja to dla nas szansa na rozwój, bo nie możemy stać w miejscu. Jednak gdyby to ode mnie zależało zmniejszyłbym całą papiero-logię. Naprawdę ilość uzgodnień i formalności przez które musieliśmy przejść była ogromna - mówi Chojnacki.
Być może dla przedsiębiorców górniczych starających się o koncesję na eksploatację nowych złóż nadchodzą lepsze czasy. Tą szansą może być projekt nowego prawa górniczego i geologicznego, który poparła koalicja PO-PSL. Zamiast dotychczasowych uzgodnień z gminami w sprawie przyznania koncesji, w projekcie rządowym znalazł się zapis, że wystarczy jak przedsiębiorcy opracują tzw. ocenę oddziaływania na środowisko naturalne.
- Ocena może być wzięta pod uwagę, ale nie musi. Czeka nas wolna amerykanka. Kopalnia będzie mogła fedrować, gdzie chce, praktycznie bez żadnej kontroli
- wzdycha Chrószcz.
Tekst: Tomasz Głogowski
Autor jest dziennikarzem „Gazety Wyborczej” w Katowicach