Hanysy i gorole łączcie się w uśmiechu!
Gdy piszę te słowa jesteśmy akurat w trakcie spektaklu na scenie dionizyjskiego teatru lub w środku nowej Wojny Trojańskiej. Albo może w trakcie bitwy pod Maratonem, czy innymi Termopilami. Jak kto woli. Osobiście preferuję owe dionizyjskie odniesienia, bo to i wesołe i dla gospodarki dobre ze względu na ilość wypijanego wina i dla prokreacji - co starzejącej się i coraz bardziej bezdzietnej Europie stwarza jakąś nadzieję.