Jaskinia prawie jak Zofiówka

fot: ARC

Krzysztof Kuzioła (po prawej) oraz Marcin Świerczek w rejon wejścia do Jaskini Wielkiej Śnieżnej zostali przetransportowani helikopterem

fot: ARC

Ratownicy z Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego w Bytomiu brali udział akcji ratowniczej prowadzonej w Tatrach, która miała na celu odnalezienie dwóch grotołazów. Akcje prowadziło Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe. Wspierali ją także ratownicy z KGHM Polska Miedź. Grotołazi zaginęli w nocy z piątku na sobotę (16/17 sierpnia). Poruszali się jednym z korytarzy Jaskini Wielkiej Śnieżnej na głębokości ok. 500 m, który został zalany przez wodę. Niestety po blisko tygodniowej akcji ratownicy odnaleźli zwłoki dwójki mężczyzn. Jaskinia Wielka Śnieżna to najgłębsza i najdłuższa jaskinia Polski oraz najgłębsza jaskinia Tatr (długość dotychczas odkrytych korytarzy wynosi niespełna 24 km). O tym jak wyglądała akcja opowiedział Trybunie Górniczej Krzysztof Kuzioł z CSRG. 

Jak wyglądał udział ratowników z CSRG w akcji ratowniczej w Tatrach?
W niedzielę podjęta została decyzja, że do Zakopanego pojedzie dwójka naszych ratowników wraz z kamerą introskopową, która doskonale nadaje się do przeszukiwania bardzo wąskich przestrzeni. Zwykle kierownicy tak starają się dobrać obłożenie dyżurów, żeby wśród ratowników byli też członkowie grupy ratownictwa wysokościowego, bo nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Akurat tego dnia na dyżurze byliśmy razem z Marcinem Świerczkiem. Obydwaj jesteśmy członkami grupy ratownictwa wysokościowego, więc padło na nas. Mam również kartę taternika jaskiniowego. Chodzenie po jaskiniach to moje zamiłowanie i nie jest to dla mnie pierwszyzna. Jednak tak długo i tak głęboko w jaskini jeszcze nie byłem. Nie spotkałem się wcześniej z tak ciężkimi warunkami.

Zaraz po przyjeździe do Zakopanego zostaliście przetransportowani helikopterem do wejścia do jaskini i rozpoczęło się mozolne schodzenie w rejon, gdzie prowadzona była akcja, który znajdował się 500 m poniżej.
Cała droga zajęła nam ponad 5 godzin. Większość to były zejścia na linach, tylko jeden kawałek był trawersu, czyli poziomy, były też odcinki, w których trzeba było się przeczołgać albo pokonać je na kolanach. Najdłuższy zjazd na linie miał 70 m. Schodziliśmy powoli również dlatego, że ze sobą mieliśmy kamerę. To bardzo wrażliwe urządzenie, z którym trzeba obchodzić się jak z jajkiem. Kiedy dotarliśmy na miejsce, akurat odbywało się strzelanie, które miało udrożnić wąski korytarz. Dopiero dwie godziny po wybuchu taternik mógł wejść w ten rejon z przyrządem pomiarowym, żeby sprawdzić, jaki jest poziom tlenu i czy nie ma już gazów postrzałowych. Niestety kwestia przewietrzania tych gazów to był największy problem. Okazało się, że zawartość tlenu przez cały czas utrzymywała się na bardzo niskim poziomie 15 proc. Do takiego miejsca nie da się wejść, bo jak człowiek zasłabnie, to nie wiadomo, kto go wyciągnie. Ten rejon udało się przewietrzyć dopiero, kiedy ratownicy z KGHM przywieźli specjalne wentylatory. W tym momencie już nas nie było na dole. Właśnie z powodu obecności tych gazów postrzałowych oraz dużego zapylenia spowodowanego wcześniejszym wybuchem nie mogliśmy wykorzystać kamery.

Czym się różni akcja ratownicza w kopalni od tej w jaskini?
Podstawowa sprawa to temperatura. W kopalni jest zawsze ciepło, podczas gdy temperatura w jaskini wynosiła 4 st. Celsjusza. Do tego dochodziła bardzo wysoka wilgotność, która sięgała 90 proc. To wszystko dawało w kość. Na samym dole była stworzona baza, w której był namiot ze śpiworem, ale człowiek i tak nie mógł się zagrzać. Mimo że mam doświadczenie jaskiniowe, to wcześniej w jaskini spędziłem maksymalnie pięć godzin. Tam razem z zejściem i wyjściem przebywaliśmy pod ziemią 22 godziny. Dłużej nie mogliśmy tam przebywać, aby nie doszło do wychłodzenia organizmu i hipotermii. Z tak ekstremalnymi warunkami się jeszcze nie spotkałem. Momentami trzeba było się przeciskać przez bardzo wąskie korytarze, które można było porównać do zaciśniętego wyrobiska górniczego. Jak trzeba zdjąć kask, żeby przejść, to można sobie wyobrazić, jak jest ciasno. Tak samo było podczas ubiegłorocznej akcji na Zofiówce, gdzie miejscami przekrój wyrobiska był podobny. Samo dotarcie w rejon akcji było jednak o wiele trudniejsze i dłuższe niż na kopalni. Na plus można za to zaliczyć to, że w jaskini nie ma zagrożenia metanowego, no i nie ma ryzyka wstrząsów wtórnych, a z tym zawsze musimy liczyć się na kopalni. No i jeszcze kwestia sprzętu. W jaskini mogliśmy liczyć tylko na sprzęt, który można było wziąć ze sobą. Na dole nie ma prądu, więc musiały to być urządzenia akumulatorowe. W kopalni zwykle da się dociągnąć prąd albo pociągnąć lutniociąg, żeby przewietrzyć jakiś rejon.

 

 

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

URE zatwierdził taryfę Gaz-Systemu z uwzględnieniem odcinka gazociągu jamalskiego

Prezes Urzędu Regulacji Energetyki zatwierdził taryfę na przesył gazu przez Gaz-System - poinformował Urząd. Po raz pierwszy taryfa dotyczy też polskiego odcinka gazociągu jamalskiego.

Konsolidacja w śląskiej zbrojeniówce. Bumar-Łabędy przejmuje Bumar-Mikulczyce

Śląska zbrojeniówka łączy siły. Gliwicki zakład Bumar-Łabędy przejmie Bumar-Mikulczyce z Zabrza. Ogłoszono już plan połączenia, który – jak zaznaczono – wpisuje się w długofalową strategię Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Obie spółki znalazły się także na liście kluczowych firm programu SAFE.

Marian Zmarzły: Bezpieczna transformacja energetyki wymaga odporności cyfrowej

O cyberataku na polski sektor energii, ciągłości działania, roli Politechniki Śląskiej oraz współpracy sektora przemysłowego, nauki i administracji rozmawiamy z dr. Marianem Zmarzłym, podsekretarzem stanu w Ministerstwie Energii.

Osiedle przy ul. Kosmicznej w katowickim Giszowcu gotowe do użytkowania

Realizacja jednej z najbardziej zaawansowanych technologicznie i ekologicznie inwestycji mieszkaniowych Katowickiego Towarzystwa Budownictwa Społecznego przy ul. Kosmicznej 57 b–h zakończona. Mieszkania są gotowe do użytkowania i czekają na nowych najemców.