Eugenia Plucik: Nowe projekty redukcji emisji CO2, czyli Unia Europejska w oparach absurdu
fot: ARC
Pomysły UE w kwestii obniżania emisji CO2 stają się coraz bardziej irracjonalne
fot: ARC
We wtorek, 21 czerwca, Polska jako jedyny kraj UE zagłosowała przeciw przyjęciu wniosków rady ministrów środowiska ws. ścieżki obniżania emisji CO2 w UE do 2050 r. Narzuca ona niezwykle radykalną redukcję emisji CO2 – o 80 do 95 proc. w porównaniu z rokiem 1990, co kompletnie rozmija się z realiami polskiej gospodarki i zwiększa powszechną już, negatywną ocenę aktualnego kształtu pakietu energetyczno-klimatycznego.
Polska nareszcie głośno i jednoznacznie przedstawiła swoje racje, co jest o tyle istotne, że pomysły UE w tej kwestii stają się coraz bardziej irracjonalne, ale co gorsza – przygotowywane dokumenty o limitach emisji CO2 rozmijają się z przyrzeczeniem ich korelacji z działaniami największych światowych emitorów CO2, czyli USA i Chin. A te pół roku temu powiedziały „NIE” dla zobowiązań redukcji CO2, gdyż ograniczają one ich rozwój gospodarczy i zdania nie zmieniły.
Nowe i absurdalnie radykalne
Jest zatem oczywiste, że ogłoszone właśnie nowe i absurdalnie radykalne pomysły UE w tej sprawie pozostaną pustym wezwaniem dla reszty świata, który kieruje się racjonalnym osądem sytuacji i coraz większą wiedzą o tym, co wpływa na zmiany klimatyczne na naszej planecie.
Premier Donald Tusk stwierdził bardzo dobitnie: „Nie pozwolimy sobie narzucić takiego rytmu działań, jeśli chodzi o redukcję CO2, który byłby niebezpieczny czy wręcz rujnujący dla naszej gospodarki czy energetyki”.
Media odnotowały, że „dyplomaci innych państw oraz unijna komisarz ds. klimatu nie kryli oburzenia” wetem Polski. Towarzyszyły tej informacji doniesienia, że „opór Polski w kwestii zwiększania ambicji unijnej polityki klimatycznej oraz nadwyżka pozwoleń na emisje spowodowały – w czwartek (23 czerwca) – 10-procentowy spadek cen unijnych pozwoleń na emisje…”.
Przede wszystkim handel emisjami
Potwierdza się tym samym, że celem nadrzędnym działań UE, prowadzonych pod szczytnymi, bo proekologicznymi i promodernizacyjnymi hasłami pakietu energetyczno-klimatycznego, jest przede wszystkim handel emisjami. Mamy więc do czynienia z działaniami bardziej zasługującymi na porównanie ze średniowiecznym handelkiem odpustami niż z odpowiedzialną troską o klimat naszej planety. Na szczęście nie żyjemy w średniowieczu…
Oczywiście cieszy nas tak zdecydowane „NIE” naszego premiera wobec NOWYCH, kompletnie „odjechanych” (jak mawiają młodsze roczniki) pomysłów apostołów redukcji emisji CO2 w Unii Europejskiej, ale nie zmienia to faktu, że zagrożenie dla naszej gospodarki stwarzają już obecne, podpisane w grudniu 2008 roku, zobowiązania pakietu energetyczno-klimatycznego, zakładające redukcję emisji CO2 do roku 2020 na poziomie pierwotnie 20 proc., zwiększonym jednak do 30 proc.
Unia Europejska zachowuje się w tej sprawie tak, jakby Europa była odrębnym światem, a nie częścią składową gospodarki globalnej, i na dodatek jak ślepiec, który nie zauważa tego wszystkiego, co dzieje się na świecie po 10 marca, czyli po katastrofie w Fukushimie. Nie można przecież udawać, że nie ma decyzji kanclerz Angeli Merkel o odstąpieniu Niemiec od energetyki jądrowej i wstrzymaniu decyzji o likwidacji niemieckich kopalń węgla.
Unia w swej walce o redukcję emisji CO2 coraz bardziej przypomina słynną – ze względu na utratę głowy na szafocie – królową Francji Marię Antoninę, która na wieść o tym, że lud Paryża burzy się, bo brakuje mu chleba, odpowiedziała: „To niech jedzą ciasteczka…”. Porównanie z wyalienowaną monarchinią ma dodatkowe uzasadnienie w samobójczym wpływie zobowiązań do redukcji CO2 na konkurencyjność całej gospodarki europejskiej, zwłaszcza w obliczu światowego kryzysu gospodarczego. Podnoszono ten aspekt niemal we wszystkich wystąpieniach na III Europejskim Kongresie Gospodarczym w Katowicach.
I chociaż brukselskie weto naszego premiera niczego nie zmienia w obecnej sytuacji Polski, właśnie ze względu na to, że już aktualne limity są skrajnie niekorzystne dla naszej gospodarki opartej na węglu, to jednak warto odnotować je jako wyraz postawy naszego kraju wobec fantastyki klimatycznej UE. Oczekując konsekwentnej postawy naszego rządu, można mieć nadzieję na szybką ścieżkę legislacji, umożliwiającej rozwój energetyki prosumenckiej, czyli tej najbardziej uspołecznionej formy energetyki ze źródeł odnawialnych i rozproszonych. Niesie ona prawdziwą rewolucję proefektywnościową i proekologiczną, gdyż właśnie energetyka rozproszona czerpać może w Polsce z ogromnych zasobów energii odnawialnej.
Jak obalić narzucone limity?
Nadal otwarty pozostaje jednak problem, jak obalić narzucone nam w obecnej fazie pakietu limity emisji CO2, którego drugą ciemną stroną jest pozbawianie nas możliwości inwestowania w proekologiczną modernizację energetyki, górnictwa, hutnictwa, ciepłownictwa itd., a w konsekwencji w całą gospodarkę, uwięzioną wysokimi kosztami energii.
Na razie mamy zapowiedź wicepremiera i ministra gospodarki Waldemara Pawlaka, który 1 czerwca br. ogłosił, że Polska złoży skargę do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości właśnie w kwestii limitów CO2. Warto w tym miejscu przypomnieć, że jest to już druga skarga naszego kraju do ETS w sprawie wysokości limitów, jako że w roku 2007 Polska także zaskarżyła przyznane nam limity i sprawę wygrała.
Czyżby wiara w naiwność Polaków była w UE wiecznie żywa? A chęć skoku na polską kasę jeszcze bardziej? Bo jak udowodnił prof. Krzysztof Żmijewski, pakiet energetyczno-klimatyczny w obecnym kształcie rozmija się ze szczytnymi ideami, które głosi, i jest tak naprawdę pakietem korzystnym jedynie dla handlarzy emisjami…
Od kilku tygodni polscy politycy mówią nareszcie to samo, co specjaliści mówili od dawna, że realizacja celów klimatycznych nie może ograniczać rozwoju gospodarczego, czyli to, co w grudniu 2010 roku powiedziały na Konferencji Klimatycznej ONZ w Cancun dwa światowe mocarstwa, USA i Chiny, odpowiedzialne za 41 proc. globalnej emisji CO2. I dlatego tak trudno zrozumieć irracjonalne ambicje UE w działaniach na rzecz redukcji emisji CO2, skoro udział jej wszystkich 27 krajów wynosi zaledwie 14 proc. światowej emisji tego gazu.
Niestety, wiedza naszego społeczeństwa o zagrożeniu, jakie stwarzają obecne regulacje unijnego pakietu klimatycznego dla naszej gospodarki i nieuchronnej ich konsekwencji w postaci podwyżek cen energii elektrycznej (prawie o 100 proc.) oraz cieplnej (o 30 proc), jest nikła. Trzeba ją upowszechniać wszystkimi dostępnymi środkami także dlatego, że opinia publiczna bombardowana jest wypowiedziami ekologicznych doktrynerów, których wiedza o zagrożeniu klimatu przez działalność człowieka, głównie przez emisję CO2, zatrzymała się na etapie raportu Ala Gore’a. Gdy słucham bredni o tym, że Polska chce zamienić się w skansen węglowy, bo walczy z absurdami pakietu klimatycznego UE, to zastanawiam się jedynie nad tym, czy jest to cynizm, czy tylko głupota...