Budryk: Zabrnięto w ślepą uliczkę
fot: Jarosław Galusek
fot: Jarosław Galusek
Ma pan długoletnie doświadczenie w rozwiązywaniu konfliktów w zakładach pracy. Czy protest w kopalni Budryk przebiega podobnie, jak inne tego rodzaju spory?
- W minionych latach niejednokrotnie pełniłem rolę mediatora w Budryku i zauważyłem, że nie ma tam codziennej współpracy pomiędzy pracodawcą a pracownikami. Na to nakładają się duże różnice w ocenie sytuacji pomiędzy liderami poszczególnych związków. Dalekosiężny cel negocjacji bywał zatracony, a porozumienie rozbijane było przez kwestie ambicjonalne. Nie uczestniczyłem w rozwiązywaniu obecnego sporu, ale mediowałem w Kompanii Węglowej i JSW i zauważyłem, że pozostała społeczność związkowa nie akceptuje sytuacji w Budryku. Problem mógł być rozwiązany już we wrześniu, bo przecież kodeks pracy mówi o równości zarobków pracowników jednego podmiotu.
Dlaczego stronom nie udaje się dojść do porozumienia?
- Myślę, że zabrnięto w ślepą uliczkę. Związkowcom powinna przyświecać zasada, że walczą o załogę, a nie o siebie. Wiedzą, jakie mogą być konsekwencje ich postępowania, ale mają też świadomość, że w Polsce nikt w takiej sytuacji nie został skazany prawomocnym wyrokiem. Osiągnięty wynik dotychczasowych negocjacji nie jest zły, JSW w dużym stopniu zgodziła się z argumentacją drugiej strony. Zarząd jest w trudnej sytuacji, bo nie ma środków i zgody większej części strony społecznej na dalsze ustępstwa.
Po jakie środki można sięgnąć, aby rozwiązać ten konflikt?
- Tylko prawda może rozwiązać ten problem. Trzeba dotrzeć do ludzi z informacją, że więcej się nie da. Drugie rozwiązanie, to dać ludziom czego oczekują, biorąc pod uwagę straty i niebezpieczną sytuację górniczą kopalni. Uważam, że po wyczerpaniu możliwości ustawowych doskonale sprawdza się tu postawa wojewody, który zaangażował się bardzo sprawnie w łagodzenie sporu. Rozwiązanie na pewno jest trudne, ale póki tylko się da, trzeba rozmawiać.