Bruksela przesądzi o losie polskich stoczni
W dokumentacji, która w czwartek znajdzie się na biurku unijnej komisarz ds. konkurencji Nellie Kroes, jeszcze wczoraj dopinano ostatnie szczegóły. Unia domaga się wypełnienia dwóch podstawowych warunków: zredukowania mocy produkcyjnych oraz zagwarantowania rentowności. Według resortu skarbu propozycje inwestorów deklarujących chęć przejęcia stoczni powinny teraz pozwolić na ich spełnienie.
Najpoważniejszym kandydatem do przeprowadzenia restrukturyzacji w Gdyni jest ukraiński Donbas. Ten stalowy koncern w ubiegłym roku stał się właścicielem Stoczni Gdańsk. Nieoficjalnie mówi się, że Ukraińcy chcą połączyć oba zakłady, by mogły realizować wspólną politykę biznesową. Ich zadania produkcyjne zostałyby jednak podzielone. Budowa statków mogłaby zostać ograniczona do dwóch doków w Gdyni. W Gdańsku natomiast ruszyłaby budowa konstrukcji stalowych lub gotowych elementów okrętowych. Jest jednak problem: o ile w Gdyni stoczniowcy byliby zadowoleni z takiego rozwiązania, to w Gdańsku już nie. - To może doprowadzić do likwidacji zakładu - uważa Roman Gałęzewski, przewodniczący gdańskiej Solidarności.
W przypadku Stoczni Szczecińska Nowa w grę wchodzą dwaj inwestorzy. Pierwszy to pomorska spółka Mostostal Chojnice, która deklaruje utrzymanie produkcji statków. Drugi inwestor - norweska stocznia Ulstein Verft - zakłada rozpoczęcie budowy jednostek obsługujących platformy wiertnicze.
Czy akceptacja planów restrukturyzacji przez Brukselę może definitywnie zakończyć problemy stoczni? MSP przyznaje, że to dopiero krok w tym kierunku. - Trzeba jeszcze podpisać umowy prywatyzacyjne - wyjaśnia Maciej Wewiór, rzecznik resortu. Czasu zostało niewiele, bo Komisja chce sfinalizowania prywatyzacji do połowy lipca. Tymczasem wcześniej trzeba się uporać z nieopłacalnymi kontraktami z przeszłości, które stocznie muszą zrealizować. Inwestorzy chcą, by wynikłe z nich straty pokrył Skarb Państwa. Bruksela się temu sprzeciwia.