Antypakiet, czyli straszenie potopem
fot: ARC
Szczegółowa analiza prawna potwierdza, że elektrowniom przysługuje roszczenie o zwrot akcyzy po wyroku ETS w Luksemburgu - poinformowała PAP
fot: ARC
Kilkanaście tysięcy lat temu (dokładnie 13 000) północna półkula naszego globu pokryta była czaszą lodową o grubości ponad 3 km. Od tego czasu trwa okres topnienia lodów, który od kilkunastu lat jest wykorzystywany do straszenia ludzkości efektem cieplarnianym, czyli topnieniem lodowców z powodu emisji CO2, powstającej głównie - zdaniem kapłanów ochrony globalnego klimatu - przez spalanie węgla.
Zamiast porannej kawy proponuję tylko kilka tytułów i tez: "Czy węgiel zabija polską gospodarkę?", "Każda tona spalonego węgla dławi gospodarkę kraju - twierdzą ekonomiści" (ponoć z szacownego towarzystwa amerykańskiego), którzy doszli do wniosku, że na węglu można tylko stracić. "Amerykańska gospodarka każdego roku traci dziesiątki miliardów dolarów, ponieważ oparta jest w dużym stopniu na węglu. Jest to bardzo ostrożne oszacowanie, które nie bierze pod uwagę strat wywołanych zmianami klimatycznymi. Po uwzględnieniu zmian klimatu straty wywołane przez elektrownie węglowe rosną aż do 71 mld dolarów rocznie"...
I kolejne tytuły: "Czarna sadza - niebezpieczny podgrzewacz klimatu", "Za dużo dwutlenku węgla", "Naukowiec: za 20 lat w Arktyce nie będzie lodu latem", "Kilimandżaro topi się wolniej".
W tej supersprawnej kampanii prania mózgów taktownie pomija się CO2 powstające ze spalania produktów ropy naftowej. No ale kto odważy się wejść w konflikt z koncernami naftowymi i szejkami z państw wydobywających ropę? Przecież wystraszona ludzkość nie miała okazji do globalnego obejrzenia filmu paradokumetalnego o morderczych zmaganiach lobbystów różnych grup interesów na konferencji klimatycznej w Kioto.
Sytuacja, w której zobowiązania do ochrony klimatu przed emisją CO2 przyjmują tylko państwa biedne i kraje Unii Europejskiej (która zachorowała na dziecięcą chorobę poprawności ekologicznej), a uchylają się od nich najwięksi producenci CO2 (czyli USA i Chiny, odpowiedzialne za 41 proc. globalnej emisji), to typowy przykład zmanipulowania opinii społecznej przy pomocy nibynaukowych argumentów, które w dobie internetu można zweryfikować w ciągu kilku minut.
A mimo tego okazują się - jak dotąd - bardzo skuteczne, skoro duża część ludzkości wprawiona została w dreszcze strachu przed skutkami spalania węgla - tego "brudnego" sprawcy efektu cieplarnianego, który powoduje topnienie lodowców, a w konsekwencji - sprowadzi na świat potop, gdyż topniejące lodowce spowodują podwyższenie poziomu oceanów i zalanie wybrzeży kontynentów oraz setek wysp. Czy można straszyć skuteczniej niż obrazami biblijnego potopu?
Powtórka z lekcji geografii
Wszystkim wystraszonym tym scenariuszem warto więc regularnie przypominać szkolną porcję wiedzy o dziejach naszego globu, w tym informację, że największe topnienie lodów miało miejsce 12 tys. lat temu, a więc wtedy, gdy nasi praprzodkowie dysponowali jedynie dzidami, a ubierali się w skóry upolowanych zwierząt. Ze zdobyczy cywilizacyjnych posiedli jeszcze sztukę rozpalania ognia, ale na pewno nie w piecach hutniczych czy kotłach elektrowni.
Nie mogli więc spowodować efektu cieplarnianego, a mimo to przeżyli apokalipsę wywołaną gigantycznym topnieniem lodów. Geolodzy ciągle odkrywają ślady potężnych powodzi, tych przysłowiowych "biblijnych potopów", które powodowały podniesienie się poziomu wody nawet o 600 m! Topnienie lodów trwa nadal i żadne działania człowieka tego nie spowolnią, bo nasz udział w bilansie wszystkich gazów odpowiedzialnych za efekt cieplarniany wynosi "około 1,2 proc. dwutlenku węgla, 0,47 proc. metanu plus 0,53 proc. freonu i tlenków azotu" (prof. Bronisław Barchański, "Bezsensowna gra klimatem").
Profesor dodaje kolejną, fundamentalną informację, że klimatem "kręcą" gazy pochodzenia naturalnego: para wodna (około 70 proc.) i CO2 - około 25 proc. udziału. Jak wielkości te mają się do 1,2 proc. CO2 pochodzenia antropogennego?
Dlaczego straszy się nas apokalipsą spowodowaną właśnie przez emisję CO2? Czy dlatego, że strach przed potopem łatwo było wmontować w czysto komercyjną akcję, nazwaną przewrotnie ochroną globalnego klimatu? I świetnie ukryć przy tym prawdziwe cele lobbingu, organizowanego przez producentów energetyki nazywanej zieloną, choć idzie ona ramię w ramię z energetyką jądrową?
Kłamstwo 1000 razy powtórzone
Przytoczyłam tylko kilka sprzeczności pomiędzy tytułami, bombardującymi naszą świadomość, a mniej lub bardziej znanymi faktami.
Animatorzy tego przedsięwzięcia w pierwszych latach swojej kampanii używali określenia "efekt szklarniowy". Szybko zrozumieli jednak, że lepiej brzmi "efekt cieplarniany", bo nie kojarzy się ze zjawiskiem, które w zwykłej szklarni jest pożyteczne, a w skali globu zmienia się w szkodliwe.
Lobbyści nie oglądają się na sprzeczności w przytaczanych dowodach naukowych i ewidentne bzdury w swoich wnioskach (większą porcję takich tekstów można przeczytać na podstronie portalu Gazety Wyborczej "Myodnawialni.pl").
Po tej lekturze pozostaje mi jedynie podzielić się z Czytelnikami refleksją Witkacego, który prawie 80 lat temu napisał:
"Żyjemy bowiem w epoce straszliwej, jakiej dotąd nie znała historia ludzkości, a tak zamaskowanej pewnymi ideami, że człowiek dzisiejszy nie zna siebie, w kłamstwie się rodzi, żyje i umiera i nie zna głębi swego upadku".