Adam Maksymowicz: O rozsądek i umiar w kryzysie gazowym
Narastający od kilku miesięcy kryzys gazowej umowy z Rosją zaczyna wchodzić w decydującą fazę. Jej wyrazem jest spór polityczny, którym ma zająć się Sejm RP. Czy debata parlamentarna przybliży nas do konkretnej umowy, czy też unicestwi ją na długie lata?
Wydaje się, że to drugie rozwiązanie jest w tej sytuacji najbardziej prawdopodobne. Świadczą o tym żądania opozycji dotyczące odwołania ze stanowiska w wicepremiera Waldemara Pawlaka, który jest odpowiedzialny za jej ustalenia. Żądania te idą w kierunku zaniechania dalszych prób negocjowania umowy gazowej. W koncepcji tej umowę polsko – rosyjską miałaby zastąpić umowa UE – Rosja, w której uwzględnione by były również nasze interesy gazowe. Być może jest to rozwiązanie doskonałe i bardzo pożądane. Wynika ono z od dawna postulowanej przez polską stronę w UE wspólnej polityki energetycznej. Słuszne postulaty i propozycje, mają jedną tylko wadę. Mogą być zrealizowane za kilka, a może nawet kilkanaście lat, kiedy wszystkie kraje zrzeszone w UE wyrażą na to zgodę. Na razie jest do tego bardzo daleko. Tymczasem gaz z Rosji jest nam potrzebny natychmiast, gdyż dotychczasowy kontrakt na ich dostawy kończy się już 20 października.
Węglowa sierota
Ostatnio nic nie wzbudza takich emocji i namiętności, jak negocjowana umowa polsko – rosyjska na dostawy gazu ziemnego. Jest to o tyle dziwne, że surowiec ten nie jest czynnikiem gwarantującym nasze bezpieczeństwo energetyczne. Jest nim węgiel kamienny i brunatny, z którego uzyskujemy około 90 procent energii. Powolny upadek tych branż, którymi ani rząd, ani opozycja się nie interesuje, nikogo nie martwi. Tej niezwykle szkodliwej koncepcji polskiego bezpieczeństwa energetycznego sprzyja polityka klimatyczna, której celem jest wyeliminowanie z rynku energii pochodzącej z paliw kopalnych.
Polska na miarę swoich sił i możliwości wspiera tę politykę likwidacji polskiego górnictwa węglowego. Pod tym względem uzyskuje wsparcie struktur UE, naszych sąsiadów i międzynarodowego ruchu ekologicznego. W tej sytuacji branża węglowa w Polsce jest sierotą pozostawioną swojemu losowi. Sygnałów tego zjawiska nie brakuje. Na zakończony kilka dni temu Polski Kongres Górniczy w Krakowie i w Gliwicach nie przybył nikt z prominentnych polityków naszego państwa. Podobnie było też trzy lata temu na odbywającym się w tym samym miejscu prestiżowym XXI Światowym Kongresie Górniczym. Politycy unikają jak ognia zajmowania się węglem kamiennym. Na ogół uważają oni, że zajmowanie się polskim węglem kompromituje ich w oczach krajowej i międzynarodowej opinii publicznej.
Ryzyko polityczne
W zamian pozostaje dramatyczne rozdzieranie szat nad marginalną rolą dostaw gazu ziemnego z Rosji do Polski. Gaz ziemny pokrywa ok. 5 procent naszego zapotrzebowania na energię. W tym z własnych źródeł uzyskujemy ok. 30 procent. W ten sposób rosyjskie dostawy to zaledwie ok. 3 procent naszych potrzeb energetycznych. Wiadomo, że w wyniku ewentualnego braku porozumienia z Rosją gaz zostanie wstrzymany dla zakładów przemysłowych. Dla potrzeb ludności starczy gazu z naszych własnych zasobów. Stracą na tym zakłady chemiczne i elektrownie opalane gazem ziemnym. Zasadniczo są one dopiero w budowie. Jednakże kryzys gazowy jest dla nich poważnym ostrzeżeniem, że gaz pochodzący z Rosji obarczony jest poważnym ryzykiem konfliktu politycznego, który aktualnie rozgrywany jest przy podniesionej kurtynie, na oczach wszystkich zainteresowanych. Analitycy ostrzegają, że jeśli politycy nie otrzeźwieją, zimą naszej gospodarce grozi kryzys. Dwadzieścia wielkich firm przemysłowych musi się liczyć z odcięciem od dostaw gazu.
Wolny kraj
Dziś nikt nikomu nie dyktuje skąd ma brać energię. Każdy bierze skąd chce i może. Wobec niesprzyjającej aury dla polskiego węgla poważni inwestorzy uciekają do energetyki atomowej i gazowej. Przykładem tego rodzaju polityki jest KGHM Polska Miedź SA w Lubinie. Oto mając pod bokiem największe w Europie i łatwo dostępne zasoby węgla brunatnego z dobrze wiadomych powodów firma ta nie jest nimi zainteresowana. Poszukując źródeł własnego zaopatrzenia w energię podjęła decyzję o budowie własnej elektrowni gazowej. Nikt jej tego nie może zabronić, wszak żyjemy w wolnym kraju, a każdy podmiot gospodarczy podejmuje tego rodzaju decyzje na własną odpowiedzialność.
Tyle tylko, że ta własna odpowiedzialność zaczyna być też politycznie zależna od dostaw rosyjskiego gazu. W ten „wolny” sposób na własne życzenie stajemy się niewolnikami politycznych decyzji sąsiedniego mocarstwa. Reorientacja polskiego przemysłu przetwórczego na „czystą” energię gazową ma swoje też uzasadnienie w uniknięciu coraz bardziej dotkliwych kar za odprowadzanie dwutlenku węgla do atmosfery. Kary te popierają wszystkie partie polityczne, stąd porzucenie koncepcji wykorzystania własnych zasobów węgla wydają się w jakiejś mierze uzasadnione.
Porozumienie międzyrządowe
Wielu ludzi zastanawia się, dlaczego rząd negocjuje umowę gazową? Powinien być wolny rynek i umowy mają zawierać zainteresowane firmy. Tak się jednak składa, że rosyjski „Gazprom” jest firmą ściśle związaną z władzami tego państwa. Podobnie jest i w Polsce. W Polskim Górnictwie Naftowym i Gazownictwie (PGNiG) dominującym jest kapitał Skarbu Państwa. Oczywiście, że firmy ze sobą rozmawiają, uzgadniają i podpisują stosowne umowy. Jednakże ich zatwierdzenie zastrzegają sobie oba rządy, które kontrolują swoje gazowe przedsiębiorstwa. W ten sposób powstaje wymóg najpierw politycznego porozumienia, a potem dopiero jest realizowana techniczna strona transakcji. Po prostu Rosja narzuca krajom jej niesprzyjającym szczególnie restrykcyjne warunki kontraktu. Na ogół mają one wtedy charakter albo zaporowy, aby klient sam zrezygnował ze starań o rosyjski gaz, albo są poniżające dla niezbyt lubianego klienta. Polska należy do tej drugiej grupy. Póki nie ma gazociągu przez Bałtyk, póty Rosja musi przesyłać gaz do Niemiec przez Polskę. Drastyczne kroki rosyjskie mogłyby zakłócić te dostawy, które stanowią główne źródło dochodów tego państwa. Stąd Rosja godzi się nie tylko na swój dyktat, ale w jakiś sposób zmuszona jest uwzględniać też polskie w tej sprawie stanowisko.
Wicepremier Pawlak jako główny negocjator ze strony polskiej doskonale sobie zdaje sprawę z wszystkich tego rodzaju uzależnień. Reprezentując opcję biznesową, do zagadnień tych podszedł od strony bardzo pragmatycznej, pozostawiając na uboczu wszelkie polskie pretensje i żale w stosunku do dotychczasowej polityki rosyjskiej. Nowa umowa, o której tak głośno w mediach, faktycznie jest tylko aneksem do starych porozumień zawartych jeszcze w czasach rządów Akcji Wyborczej Solidarność (AWS). Wtedy to znalazły się w niej najbardziej niekorzystne dla nas zapisy dotyczące tranzytu, opłat i związanych z tym wszystkim obsługi przesyłu gazu ziemnego z Rosji do Polski i dalej na zachód. Wydaje się, że obecnie wynegocjowane warunki są optymalne w istniejącej sytuacji.
Oczywiście, że wszystko można krytykować. Swoje zdanie w tej sprawie wypowiedziała też Komisja Europejska (KE). Zasadniczo dotyczy ono dostępu strony trzeciej do korzystania z rurociągu przebiegającego przez nasz kraj. Na wniosek polskich deputowanych do Parlamentu Europejskiego (PE), reprezentujących rządząca partię, KE po raz pierwszy podjęła tego rodzaju interwencję w sprawie kontraktów gazowych. Jest to o tyle symptomatyczne, że pośrednio przedstawiciele rządzącej partii w PE, wystąpili przeciwko własnemu rządowi. Jeszcze bardziej dziwne jest to, że w tak zdyscyplinowanym gremium, jakim jest partia rządząca ta pozorna niesubordynacja została zaakceptowana.
Im gorzej, tym lepiej
Jeden z wniosków mówi o konieczności zerwania wszelkich rozmów gazowych z Rosją. W takiej sytuacji możemy zawrzeć porozumienie z Niemcami i z tego samego rurociągu pobierać gaz „niemiecki”. Naprawdę jest on dalej rosyjski, tylko pochodziłby z niemieckiego kontraktu. Rządowy opór przeciwko takiemu rozwiązaniu od strony handlowej pozornie wydaje się niezrozumiały. Wszak Niemcy uzyskali znacznie korzystniejsze od nas warunki gazowego kontraktu. Pod względem politycznym umowy bezpośrednie mają jednak zawsze większe atuty. Po prostu lepiej jest mieć umowę tylko z jednym kontrahentem niż jednocześnie z dwoma na tę samą dostawę. Po prostu, ewentualny szantaż w przyszłości dwóch dostawców jest zawsze groźniejszy niż tylko jednego. Dlatego wydaje się, że proponowana debata sejmowa w tej sprawie może tylko pogorszyć wynegocjowane już warunki. Jej krytycy, otwarcie o tym mówią. Nie może być ona jednak akceptowana, wszak chodzi, nie o taką, czy inną wersję tej umowy, ale o zasadę, że im gorzej dla rządu, tym lepiej dla opozycji. Tyle tylko, że na takim postawieniu sprawy straci nie tylko rząd, ale i cała polska gospodarka. Dlatego rozsądek, rozwaga i umiar są ze wszech miar pożądane w tak trudnych negocjacjach z tak potężnym partnerem.