15 lat „zielonej” gazety

T Gczarne 15lat 2

fot: ARC

fot: ARC

Postanowiliśmy odbyć podróż w przeszłość. Przywołać ducha pierwszego numeru „Trybuny Górniczej”, który ukazał się 9 czerwca 1994 roku.

Poszliśmy śladami niektórych tekstów, które ukazały się na tych łamach przed piętnastu laty. Zadaliśmy sobie pytanie – jak dziś wyglądają podnoszone wtedy tematy i problemy? Ba, staraliśmy się nawet nadać kolumnom taki wygląd, jaki był na początku.

„Trybuna Górnicza” powstawała przed 15 laty w biegu. Pomysł należał do Ryszarda Fedorowskiego. Z udziałem Wojciecha Niedzieli i Jana Dziadula przygotował założenia pisma.

– Na początku 1994 r. górnictwo przypominało wyliczanego w narożniku boksera. Sytuacja była zatrważająca: zadłużone po uszy spółki węglowe, przetaczające się przez kopalnie fale strajków, okupacje budynków. Na chwiejącą się branżę zewsząd spadały nowe ciosy, w tym ze strony nieprzychylnej jej prasy. Pół biedy teksty krytyczne. Modne były napastliwe, odsądzające górnictwo i jego establishment od czci i wiary. Branża nie miała miejsca na wyłożenie swoich racji. Projekt wydawania swojej gazety, podpiętej – co otwierało szansę dotarcia nie tylko do górniczego środowiska – do wielkonakładowej „Trybuny Śląskiej” kupił ówczesny prezes Państwowej Agencji Węgla Kamiennego, prof. Andrzej Karbownik. Decydującą miała być rozmowa z Eugeniuszem Morawskim, ówczesnym wiceministrem, odpowiadającym za górnictwo. – Super, podoba mi się, róbcie panowie – zapalił się. W kilka dni później... został odwołany. Na szczęście projekt poparł też jego następca, Herbert Gabryś – wspomina Ryszard Fedorowski.

Zielona i siermiężna

Pierwszy numer „TG” ukazał się 9 czerwca 1994 r. w nakładzie – szacunkowo – 47 tys. egzemplarzy. Miał 8 stron. Wyszedł na byle jakim, chropowatym papierze, jakiego dziś nikt już nie robi. Tylko wnikliwy obserwator dostrzegał w niej zieleń z górniczych barw, stąd późniejsze określenie „zielona Trybuna”. Przygodę z gazetą zaczęło 8 osób, w tym 4 dziennikarzy (Jan Czypionka, Anna Lubiejewska, Barbara Namysł, Eugenia Plucik) i fotoreporter (Bogdan Kułakowski). Kolorytu – artystyczną osobowością, ale też jako autor pierwszej winiety i opracowania graficznego – dodawał gazecie Ryszard Twardoch. Spoiwem zespołu była szefowa biura, Blanka Wrońska, która nie tylko pilnowała porządku w papierach, ale nie zapominała też o mydle, ręcznikach i herbacie. Redakcja zajmowała kątem 4 pokoiki w PAWK.

Górnictwu, poddanemu działaniu praw rynku, wiodło się źle. Rok 1993 zwieńczyło niewyobrażalną stratą 15,5 bln zł. W rządowych dokumentach słowo „restrukturyzacja” zastąpiło „powstrzymanie upadłości”. Dziennikarze gazety obserwowali, a też dzielili tę biedę.

Byliśmy przy likwidacji kopalń. Prawie zawsze iskrzyło, były protesty, huczały petardy. Zdarzało nam się pisywać relacje pośród drzemiących w śpiworach wzdłuż ścian i szaf redakcyjnego pokoiku „okupantów”. Niekiedy – jak choćby w przypadku „Sosnowca” – na krótko udawało się odsunąć wykonanie wyroku.

Łzy w szybie

Ale najwyrazistsze były indywidualne, osobiste reakcje. No, bo jak opisać milczenie górnika, przyglądającego się, jak ze skrzyń ciężarówek do studni szybowej „Morcinka” walą się kamienie? To, co przeżywał, pokazywały jego łzy.

Były też reakcje irytujące. Ot, zalewany żółcią górnik dogorywających „Siemianowic”, obnoszący swą „krzywdę” z powodu konieczności przeniesienia się do „Śląska”. Pomstował, że na szychtę nie będzie mógł pójść w... papuciach.

Zdarzały się też epizody humorystyczne. Jest czerwiec, 2003 r. W kościele pw. św. Szczepana w Katowicach-Bogucicach Orkiestra Symfoniczna kopalni „Staszic” przygotowuje się do prawykonania „Mszy górniczej”. Przed świątynią górnicza śmietanka czeka na przyjazd metropolity katowickiego, abp. Damiana Zimonia. Dostojny gość nadchodzi, wita się z generalicją i zaskakuje pytaniem:

– Powiedzcie, panowie, ile jeszcze mamy w Polsce kopalń? Kłopotliwa cisza. Takie to było tempo likwidacji. Przestawały się kręcić koła szybowe, zamierały przodki, wyludniały się cechownie, lampownie...

Nieprawdopodobnie prawdziwie tę pustkę po człowieku uchwycił w obiektywie nasz redakcyjny przyjaciel, Stanisław Jakubowski. Cykl jego fotografii pt. „Łaźnia” przez cały czas ekspozycji w redakcyjnym korytarzu każdego z naszych gości zmuszał do zatrzymania się.

Oszczędnie do bólu

Bieda, powtórzmy, nie oszczędzała też „Trybuny Górniczej”. Tak wspomina ten „chudy” okres gazety z 1998 r. Witold Jajszczok, drugi z kolei prezes Wydawnictwa Górniczego i naczelny redaktor:

– Kierowałem „TG” około półtora roku w najtrudniejszych dla górnictwa czasach. Wielka reforma była dopiero w planach, zapaść finansowa paraliżowała pracę. Tygodnik był chudziutki, zazwyczaj ośmiostronicowy, ogłoszeń jak na lekarstwo, a zapłaconych jeszcze mniej. Trzeba było ciąć koszty, a ponieważ w redakcji najwięcej można zaoszczędzić na pensjach, więc wręczałem wypowiedzenia i ograniczałem płace, nie bacząc, że dotyka to koleżanki i kolegów. Konieczność podejmowania takich decyzji była dla nas wszystkich wyjątkowo stresująca. Mimo to udało mi się zachować z zespołem dobre relacje i podobno nie najgorzej mnie wspominają. Życzliwe wspomnienia ludzi to nie jest zła ocena mojej pracy w „TG” – zwierza się Witold Jajszczok.

Koniec lat dziewięćdziesiątych. Na każdej tonie węgla górnictwo jest wciąż 22 zł do tyłu. W kręgach kierujących branżą upowszechnia się nieznana w ekonomii kategoria „zero plus”, będąca przejawem tęsknoty za rentownością i zyskiem. Rząd z budżetu i pożyczki z Banku Światowego tłoczy do górnictwa kilka mld złotych na Górniczy Pakiet Socjalny i inne działania osłonowe. W latach 1998–2001 z kopalń dobrowolnie odchodzi prawie 100 tys. osób. Prawie 37 tys. wzięło jednorazowe odprawy po niespełna 40 tys. zł na rękę.

Z kopalni do koni

Dziennikarze „TG” bywają już nie tylko w kopalniach. Są w sklepiku motoryzacyjnym w Bytomiu, w tartaku na Mazurach, w firmie ocieplającej budynki w Bieruniu. Idą śladem tych, którzy odprawę wykorzystali jako kapitał rozruchowy do utworzenia małych firm. Gwiazdą dziennikarskiego światka jest górnik, który w furgonetce z koniecznym majdanem objeżdża stadniny i szkółki jeździeckie, podkuwając konie. Ale nie wszystkim się powiodło. Bywaliśmy więc również w spelunce opodal „Czeczotta”, gdzie przegrany były górnik drzemał nad kuflem piwa, na „hałdzie Wilusia” koło „Dębieńska”, gdzie inny wydzierał spod korzeni złom.

W 2002 r. prezesurę Wydawnictwa Górniczego obejmuje Janusz Kozłowski. W 2003 r. przenosimy się do nowej siedziby. Nie tylko „Trybuna Górnicza”, lecz również redakcje wszystkich specjalistycznych periodyków „Wiadomości Górnicze”, „Karbo” i „Budownictwo Podziemne i Tunelowe”. Lokalowi daleko do komfortu. Dziennikarze wciąż przeciskają się do swoich biurek, telefonów i komputerów. No, i też walczymy o „zero plus”.

– Rolą gazety – tak przynajmniej ją traktowałem – było wtedy uświadamianie górnikom zakresu i skutków dokonujących się w branży zmian. Teksty informacyjne i publicystyczne odzwierciedlały nie tylko całą złożoność codzienności, ale też wskazywały na perspektywy górnictwa – wspomina Janusz Kozłowski.

Ze śmiechem napomyka o „wirtualnym” – przemilczmy nazwisko – naczelnym redaktorze „TG”.

– Odebrał nominację i... wyjechał na wczasy. Wrócił i został odwołany. Pomyślałem, że nikt poważnie traktujący swoje obowiązki nie zaczyna pracy od urlopu. Ale pieniądze wziął – wspomina „wczasowicza”.

Jest rok 2004. „Zielona Trybuna” świętuje 10-lecie i wydanie 500 numeru. Od kilku miesięcy redakcją kieruje Jan Czypionka.

– Całą moją 13-letnią przygodę z gazetą traktuję jako znaczący okres w życiu zawodowym. Uważam, że byliśmy bardzo ważnym ogniwem procesu przekształceń w górnictwie. To były trudne i wymagające czasy dla gazety i jej zespołu, ale wszyscy czuliśmy, że uczestniczymy w czymś istotnym i że nasza praca jest dostrzegana – ocenia Jan Czypionka.

Z „Dziennikiem”

Od 2005 r. tygodnik ma nową „lokomotywę” – „Dziennik Zachodni”, choć przyjaciele gazety mawiają żartem, że jest na opak. Styczeń 2008 r. „Trybuna Górnicza” ukazuje się w odnowionej, bardziej nowoczesnej szacie graficznej.

Wcześniej w naszym tygodniku pojawia się rubryka „Po szychcie”. To pomysł autorstwa Krystiana Krawczyka, obecnie naczelnego redaktora, a wcześniej sekretarza redakcji i zastępcy naczelnego. Pomysł – jak pokazał czytelniczy oddźwięk – doskonały. Okazało się bowiem, że górnictwo jest „kopalnią” fascynujących ludzi, którzy na co dzień nie tylko fedrują, lecz mają tysiące rozmaitych upodobań.

– Irytowało mnie to jednostronne pokazywanie górnika w komercyjnych mediach, wyłącznie przy okazji katastrof, burzliwych demonstracji i afer. Kreślono go jako człowieka ograniczonego, nie widzącego nic poza swoim węglem. A myśmy na każdym kroku w swoich dziennikarskich wędrówkach spotykali w kopalniach i firmach górniczych ludzi otwartych na świat. Potrafiących nie tylko marzyć, ale i te marzenia realizować. Mówiliśmy o tym często w naszym zespole redakcyjnym i w tych rozmowach wykuł się zarys „Po szychcie”, której mottem może być stwierdzenie „przede wszystkim człowiek” – wyjaśnia Krystian Krawczyk.

W naszych reportażach między innymi wędrowaliśmy więc z górnikami po dżungli wśród indiańskich plemion, łowiliśmy dorsze na Morzu Norweskim, drżeliśmy wśród rasistów Ku Klux Klanu na planie westernu koło Bierunia, lataliśmy na lotni, przyglądaliśmy się powstawaniu na płótnie cyklu męskich aktów w górniczej łaźni, kleiliśmy flotyllę powietrznych aparatów, jakie kiedykolwiek uniosły się w niebo w dziejach lotnictwa, staliśmy obok ringu, na którym bokserzy w górniczych barwach nokautowali przeciwników i zdobywali mistrzowskie pasy.

W dziennikarzach „TG” coś widać z tych spotkań zostało. Tak przynajmniej uważa Mariusz Siembiga, który prezesował Wydawnictwu Górniczemu w 2008 r.

– W gazecie zastałem profesjonalny zespół i przyjacielski klimat. Byłem zbudowany, że obok ściśle zawodowych kwalifikacji każdy z dziennikarzy miał dużo szersze zainteresowania: literaturą, historią, sztuką, sportem, fotografią – wspomina te cieplejsze strony szefowania Wydawnictwu.

Bywały sytuacje, kiedy gazeta wychodziła w żałobnych barwach, kiedy na jej stronach widniały posępne, sparaliżowane bólem, zapłakane twarze. Rok 2002 – w kopalni „Jas-Mos” w wybuchu pyłu węglowego ginie 10 górników. Rok 2006 – w „Halembie” w podobnej katastrofie śmierć ponosi 23 pracowników tego zakładu i firmy usługowej. Tych zbiorowych i pojedynczych nieszczęść było za dużo. I obyśmy nie musieli już o nich więcej pisać.

Czytaj też:
Co się zmieniło przez 15 lat?

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Zaslepka

PKP Intercity: mogą występować zakłócenia w sprzedaży biletów przez internet

PKP Intercity poinformowało o zakłóceniach w systemie sprzedaży biletów przez internet. Podróżni, którzy przez awarię nie mogli kupić biletów, mogą to zrobić już w pociągu, bez dodatkowej opłaty, lub w kasie na dworcu.

Inżynier pilnie poszukiwany, by skorzystać na boomie w branży półprzewodników

Światowa branża półprzewodników do 2030 r. będzie potrzebować ok. milion dodatkowych specjalistów, w tym ponad 100 tys. inżynierów w Europie - wynika z opublikowanego w piątek raportu ManpowerGroup. Polska powinna mocniej postawić na kształcenie takich pracowników - uważają eksperci firmy.

W kwietniu tempo wzrostu płac było najniższe od września 2023 r.

W kwietniu wynagrodzenia w ujęciu realnym nadal rosły, jednak tempo ich wzrostu było najniższe od września 2023 r. - napisali ekonomiści PKO BP w czwartkowym komentarzu do danych GUS.

Wzrost cen energii i surowców może ograniczyć skalę poprawy w przemyśle

Wyższe ceny energii i surowców, które zostały wywołane przez wojnę w Zatoce Perskiej, uderzą w branże energochłonne, co może ograniczać skalę poprawy w całym przemyśle - napisali ekonomiści banku PKO BP w komentarzu do danych GUS.