Zbigniew Madej: Ból ściska serce
fot: ARC
Rzecznik Kompanii Zbigniew Madej zapewnia, że celem spółki jest prowadzenie w Bytomiu bezpiecznego wydobycia
fot: ARC
Górnicy Kompanii Węglowej byli i są z ofiarami tragicznej katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem. Pokłonili się przed trumnami ze zwłokami pary prezydenckiej - Lecha i Marii Kaczyńskich. Byli na uroczystościach żałobnych na Placu Piłsudskiego w Warszawie. Byli na pogrzebie głowy państwa i jego małżonki w Krakowie, jak i pochówkach innych ofiar katastrofy smoleńskiej. A tam nadal nie mogli uwierzyć w to, co się stało 10 kwietnia 2010 roku.
Ból ściskał serce, gdy w ciszy i skupieniu staliśmy na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie wyznaczono zbiórkę dla pocztów sztandarowych.
Tam była Polska w pigułce. Historia, ale i współczesność została zapisana na znajdujących się tam ponad 240 sztandarach. Czerń górniczych mundurów w każdym miejscu uroczystości żałobnych tylko potęgowała nastrój smutku i rozpaczy jakbyśmy stracili najbliższych spośród nas. W takich chwilach wracaliśmy do wspomnień sprzed wielu lat, przywracaliśmy do życia już nie żyjących rodaków.
Wielu z nas powracało wspomnieniami do spotkań z prezydentem Lechem Kaczyńskim, senatorami Krystyną Bochenek i Stanisławem Zającem, posłem Grzegorzem Dolniakiem, czy generałem Andrzejem Błasikiem. Ten czas był swoistym apelem poległych.
Wróciłem i ja do początku lat 90., gdy przeprowadzałem wywiad z ówczesnym prezesem Najwyższej Izby Kontroli, Lechem Kaczyńskim. Wtedy po raz pierwszy było coś dla prasy i dla mnie, gdy po wyłączeniu magnetofonu przeszliśmy do prywatnej rozmowy.
To były przemyślenia późniejszego prezydenta, z którymi dzielił się ze mną ku przestrodze, uwrażliwiając na sprawy, z którymi przyszło mi się spotkać lata później. Wtedy jeszcze wiele spraw, o których mówił wydawało się przejaskrawionych, niezbyt oczywistych i niezrozumiałych. Dzięki nim jednak później łatwiej było postrzegać mi rzeczywistość polityczną naszego kraju. Bez żalu rzucić nawet publicystykę polityczną na rzecz ekonomicznej. Znacznie prostszą, rządzącą się bardziej klarownymi regułami.
Krystyna Bochenek, nasza Krysia zawitała na salonach politycznych nie po to by być politykiem, ale by pomagać najbardziej potrzebującym, tak w sensie materialnym, jak i. duchowym. Parę dni przed tragedią smoleńską prosiła o wsparcie w organizacji wyjazdu 30 kwietnia tego roku do polskiego parlamentu dzieci i ich opiekunów z Fundacji Rodzin Górniczych. Chciała ich zaprosić także na obiad i do Muzeum Fryderyka Chopina w Warszawie. Jej prośbie stało się zadość, o czym nie zdążyliśmy już jej powiadomić.
Ileż to razy zapraszała, umówmy się na kawę, wpadnij do biura, porozmawiajmy. Zabrakło czasu. Ostatnimi laty widywaliśmy się w przelocie, ba, po raz ostatni usłyszałem ją w Teatrze Rozrywki w Chorzowie, gdy podczas obchodów 65-lecia "Dziennika Zachodniego" z telebimu wygłaszała laudację przed wręczeniem
nagrody "Super miodu" profesorowi Jerzemu Buzkowi.
Przy takich okazjach zawsze była z nami. 9 kwietnia na obchodach rocznicowych "Dziennika" był jej mąż, prof. Andrzej Bochenek. Krysia była w Warszawie, przygotowując się do porannego wyjazdu do Katynia.
Krysia kochała górników. Pisząc ten tekst patrzę na jej podpis pod życzeniami barbórkowymi dla pracowników Kompanii Węglowej skierowanymi w ubiegłym roku na ręce prezesa Mirosława Kugiela.
Zakończyła ów list szczególnym wyznaniem: "Jedną z największych wartości mojego życia jest to, że wychowałam się i wyrosłam na Śląsku, gdzie panuje etos pracy górnika. Wśród ludzi, dla których wartością nadrzędną była rzetelna i uczciwa praca. Za te bezcenne lekcje wszystkim górnikom dziękuję".
Zbyt szybko biegniemy przez życie. Znamy się, ale częściej widzimy się w telewizorze czy słyszymy w radiu. Ostatni raz uścisnąłem dłoń Grzegorzowi Dolniakowi właśnie na korytarzu Radia Katowice.
Ogrom strat poniosła Rodzina Katyńska, której członkowie przez lata przypominali: jeśli o Was zapomnimy, niech Bóg zapomni o Nas.
Kilka dni przed smoleńską tragedią odwiedził mnie Ryszard Dyja, którego ojciec został zamordowany w Katyniu. Zaproponował napisanie wspomnienia o nieżyjącym księdzu prałacie Zdzisławie Peszkowskim, byłym kapelanie Rodzin Katyńskich. Spotykaliśmy się z księdzem wielokrotnie, dziesiątki razy rozmawialiśmy przez telefon. Jakże życie bywa okrutne.
Dziś wspominam tych, którzy 10 kwietnia 2010 roku odeszli do swoich ojców i braci pochowanych w lesie katyńskim. Nie zdołali tam dojechać, by oddać im cześć i chwałę.
Zdałoby się powiedzieć: za szybko odeszliście, gdy na Placu Piłsudskiego w Warszawie, wtopiony w górnicze poczty sztandarowe wpatrywałem się w umieszczone za ołtarzem czarno-białe zdjęcia tych, którzy odeszli na wieczny odpoczynek. Tylko biały krzyż przypominał, że kiedyś wszyscy się spotkamy.