Utracony prestiż sztygara
Rozmowa z Grzegorzem Herwym, wiceprzewodniczącym Porozumienia Związków Zawodowych Kadra
To prawda, że dozór w polskich kopalniach traci posłuch wśród załóg?
Jednoznacznie nie odpowiem na to pytanie, ale w ciągu ostatnich lat wiele zrobiono, aby dozór był źle postrzegany i w efekcie stracił należny prestiż. Wiele do tego dołożyły rządy PiS i sam ówczesny wiceminister gospodarki, Paweł Poncyljusz, który wytoczył górniczemu dozorowi prawdziwą wojnę. W efekcie z górnictwem pożegnało się ponad 200 doświadczonych fachowców z dozoru, tylko dlatego, że skończyli 50 lat. Tych dziur nie udało się do dziś skutecznie załatać. Luka pokoleniowa daje o sobie znać coraz bardziej. Dozór też ją odczuwa. Co do posłuchu, to zawsze było tak, że jeden sztygar miał posłuch, a drugi go nie miał. Z tym tylko, że tego drugiego można było dawniej wymienić na lepszego. Dziś pracodawca nie ma wyboru.
I dlatego stanowiska te obsadza ludźmi przypadkowymi?
Ja tak nie twierdzę. Zdarza się jednak, że wykształcenie nie wystarcza, bo brakuje tego, co najważniejsze w górniczym fachu – doświadczenia. Nie ma cudów, dwudziestopięciolatek z inżynierskim dyplomem i dziesięcioletnim stażem z pewnością się nie trafi. W kopalniach pozostały resztki kadry rezerwowej i można z nich korzystać, lecz pod warunkiem, że ci ludzie zgodzą się na awans. Szkopuł bowiem w tym, że chętnych brakuje nawet wśród pracowników z wyższym wykształceniem. Ale skoro przodowemu zakład oferuje lepsze warunki finansowe aniżeli pracownikowi niższego dozoru, to nie ma się czemu dziwić.
Jaka jest na to rada?
Na powrót budować autorytet kadry zarządzającej i to nie tylko przypinaniem odznak do munduru na Barbórkę, ale przede wszystkim godziwym wynagrodzeniem, adekwatnym do poziomu odpowiedzialności. Nie może również dochodzić do sytuacji, gdy ukarany przez osobę dozoru pracownik skarży się związkowi zawodowemu, do którego należy, i dzięki protekcji zostaje oczyszczony z winy.
Jeżeli takie przypadki się zdarzają, to może porządki należałoby zacząć od własnego, związkowego podwórka.
To będzie trudne zadanie, ponieważ dla niektórych organizacji związkowych dozór jest sprawą zupełnie zbyteczną. Ich liderzy głośno na ten temat się wypowiadają, choć dobrze znają przepisy Prawa geologicznego i górniczego, w którym ustawodawca jasno określił zasady funkcjonowania zakładów górniczych. Poza tym, powiedzmy sobie szczerze, czy za bezpieczeństwo pracy w kopalni odpowiada tylko dozór? To jasne, że nie. Ktoś, kto nagminnie łamie przepisy, będzie je łamał nadal. W kopalni za bezpieczeństwo pracy odpowiada każdy górnik i wszyscy dobrze o tym wiedzą. Stosowanej w niemieckim górnictwie zasady „zero tolerancji” dla łamania przepisów jakoś nie udało się przenieść na polski grunt. Szkoda, że w naszych kopalniach wynik ekonomiczny wciąż jest ważniejszy od bezpieczeństwa pracy.
Ma Pan na to jakieś konkretne przykłady?
Nagminnie wywiera się presję na członków dozoru, grożąc konsekwencjami finansowymi w razie niedotrzymania planu wydobycia. Ludzi posyła się do pracy w różne rejony kopalń, w zależności od doraźnych potrzeb. Ci zaś niejednokrotnie nie posiadają wystarczającej wiedzy o warunkach górniczo-geologicznych danego rejonu. Dzisiejszemu dozorowi nie brakuje wiedzy teoretycznej, ale umiejętności praktycznego jej wykorzystania. Gdzie podziały się obiecywane spotkania z psychologami, kursy, szkolenia? Warto przy okazji zapytać o środki na inwestycje początkowe. Jest to kolejny problem niepozostający bez wpływu na stan bezpieczeństwa w polskich kopalniach.
Jakie działania zechce wobec tego przedsięwziąć Związek Zawodowy Kadra?
Przede wszystkim wystąpiliśmy do wiceminister gospodarki Joanny Strzelec-Łobodzińskiej z listem otwartym. Podkreślamy w nim konieczność spojrzenia na problemy górnictwa przez pryzmat bezpieczeństwa pracy. Na razie tylko się o tym mówi. W ślad za słowami nie idą, niestety, czyny.