fot: Maciej Dorosiński
W towarzystwie gołębi Marcin Bochynek lubił usiąść sobie w ogródku i spokojnie zaplanować mikrocykle treningowe piłkarzy „Górnika”
fot: Maciej Dorosiński
W górniczej rodzinie Marcina Bochynka miłość do gołębi przechodziła z ojca na syna, z tym że w tym wypadku ptaki odziedziczył jego brat. Dopiero gdy brat wyemigrował do Niemiec, były trener Górnika Zabrze z konieczności musiał się zaopiekować 30 sztukami, pozostawionymi na poddaszu.
Ptaki Bochynka przynosiły właścicielowi nagrody i wyróżnienia, a nawet srebrny medal na olimpiadzie gołębi pocztowych w Portugalii. Ale niewiele brakowało a zapłaciłby za nie najwyższą cenę. 28 stycznia 2006 r. pod gruzami zawalonej hali wystawowej Międzynarodowych Targów Katowickich, gdzie odbywała się wystawa gołębi pocztowych, zginęło 65 osób, a ponad 140 zostało rannych. Czwarta rocznica tej tragedii znowu przywołała przykre wspomnienia. Gdyby nie wiedza i doświadczenie wyniesione z pracy w kopalni, nie wyszedłby żywy z tej katastrofy.
Pił właśnie kawę...
– Przez trzy lata pracowałem jako sztygar w kopalni „Makoszowy”. I to w oddziale wydobywczym. Bywałem już w strefie zagrożenia, więc po zawaleniu się dachu było mi łatwiej niż kolegom – przyznaje „Trybunie Górniczej” Bochynek, który rzadko wraca do szczegółów wydarzeń w hali MTK. – Piłem właśnie kawę z kolegami z Polski, Niemiec i Holandii, rozmawialiśmy o wystawie.
Nagle rozległ się potworny huk. Spojrzałem w górę i zobaczyłem, jak konstrukcja dachu hali zaczyna spadać prosto na nas. Zrobiło się ciemno. Nie mogłem się ruszyć, ale nic mnie nie bolało. Poczułem za to ciepło. Położyłem rękę na piersi, całą marynarkę miałem we krwi. Zaczęliśmy się nawoływać. Jeden kolega odkrzyknął, że ma złamaną rękę, inny, że nogę. Niektórzy wpadli w panikę. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że zawsze był ze mnie straszny nerwus, ale nie uległem stresowi.
W kieszeni namacałem swoją komórkę. Działała! Zaraz zadzwoniłem do rodziny, powiedziałem, że żyjemy i czekamy na pomoc. Powoli zaczęliśmy się nawzajem wyciągać spod sterty gruzu i żelastwa. Czołgając się, przenosiliśmy ludzi wyżej i wyżej. I cały czas wołaliśmy o pomoc. W końcu sam wyczołgałem się tak wysoko, na ile się dało. Przez szczelinę zdołałem się przecisnąć tylko do połowy. Wyciągnąłem ręce i zawołałem do ratowników: – Wyciągajcie mnie!
Dziewięć szwów
No i został wyciągnięty w bezpieczne miejsce, dziękując Bogu, że dostał drugie życie. Rozbita głowa, jak tylko minął szok, dała znać o sobie. Na głowie miał dziewięć szwów, ale najważniejsze, że kości nie pękły.
– Tak byłem opuchnięty, że na oczy nie widziałem przez trzy dni. Myślałem, że wzrok straciłem, ale jak w końcu rozciągnąłem powieki, świat ukazał mi się na nowo – wspomina.
– To było straszne przeżycie. Ale to właśnie gołębie pozwalały mi zapomnieć o tym koszmarze. Hodowla to jest takie hobby, które uspokaja, wycisza, pozwala zastanowić się nad sensem tego, co robimy na co dzień. Życie mamy tylko jedno, trzeba z niego korzystać, trzeba iść do przodu – przekonuje Bochynek, który od 1958 r. jest członkiem Polskiego Związku Gołębi Pocztowych.
Przy niewyobrażalnym ogromie tragedii, w której życie postradało 65 ludzi a setki zostało rannych, tylko z rzadka i na marginesie wspomina się niekiedy o stratach, jakie ponieśli w MTK hodowcy gołębi. Pod gruzami hali MTK zginęły wszystkie gołębie z reprezentacji Polski. Akurat dach hali runął prosto na klatki z czempionami. Ponadto 200 dorodnych sztuk zginęło na miejscu.
Drugą traumę związaną z hodowlą ptaków, Bochynek przeżył w czerwcu ubiegłego roku, gdy w trakcie przelotu z niemieckiego Schöningen do Polski zginęło lub zaginęło blisko 30 tysięcy gołębi. W tym gronie były także jego najlepsze sztuki, które zdobywały medale i nagrody.
Bochynek do dzisiaj ma żal do Krystiana Bednarza, prezesa ds. lotów okręgu katowickiego.
Słabsze przetrwały
– Jego błędem było to, że puścił gołębie do lotu, mimo że komunikaty pogodowe mówiły o możliwości fatalnych warunków w Dolinie Morawskiej i Kłodzkiej. Pogoda się szybko zmieniła, zaczął lać ulewny deszcz i ptaki zginęły. To mnie do dzisiaj strasznie denerwuje i złości. Co ciekawe, te najlepsze sztuki zginęły w deszczu, a wróciły te słabsze. Dlaczego? – zastanawia się Bochynek, który jest teraz emerytem górniczym.
W swoim gołębniku w przydomowym ogródku w Zabrzu, którego strzeże wilczur Aldo, zostało mu już niewiele ptaków. Po tragicznym przelocie z Schöningen, postanowił ograniczyć hodowlę. Jak sam przyznaje, gołębie zawsze stanowiły dla niego ucieczkę z jednego sportu do drugiego. Lubił usiąść sobie w ptasim towarzystwie, zrelaksować się i spokojnie zaplanować... mikrocykle treningowe piłkarzy "Górnika". Musiało mu to wychodzić całkiem dobrze, skoro trzykrotnie był szkoleniowcem zabrzańskich piłkarzy, doprowadzając ich w 1988 r. do mistrzostwa Polski.