Pniówek: Ludzie zżyci z górnictwem
Z przodowym Lebiedzikiem i jego brygadą spotykam się po zakończeniu dniówki na pierwszej zmianie. Prawie wszyscy są górnikami z wieloletnim stażem pracy. Dlaczego wybrali ten zawód? – Zadecydowały względy finansowe, pewność zatrudnienia, no i kiedyś dawało to możliwość odroczenia od wojska – odpowiadają chórem.
Jak górnik zostaje przodowym? – Wybierają go ze swojego grona ludzie z brygady – wyjaśnia Daniel Pukowiec, kierownik oddziału G5. – Głosują na takiego człowieka, do którego mają zaufanie, który wyróżnia się wiedzą, fachowością, jest pracowity, no i ma odpowiednie podejście do ludzi.
Kierownik Pukowiec dodaje, że następca przodowego, który odchodzi z brygady (najczęściej na emeryturę), jest wcześniej upatrywany. – Przez kierownictwo oddziału, no i przez ludzi z brygady – dodaje.
Zdzisław Płonka, zastępca kierownika działu robót górniczych w Pniówku zaznacza jeszcze, że przodowy musi być człowiekiem opanowanym. – W ścianie zdarzają się różne sytuacje. Przodowy musi umieć sobie z nimi radzić – podkreśla.
Ściana S1 jest, jak zaznaczają ludzie z brygady, bardzo dobrze wyposażona. – Ale kilof i łopata, to nadal nasze podstawowe narzędzie – twierdzą górnicy.
W przodku bez łopaty nie można się obejść przy wielu robotach pomocniczych. – Jak sobie ściany nie wyczyścimy, to nie ma porządku, a to ma znaczenie dla bezpieczeństwa pracy – podkreślają górnicy.
Pytam, jak przebiegała dzisiejsza dniówka? Górnicy patrzą po sobie i po chwili namysłu odpowiadają: – Żeby tak, jak dzisiaj, było zawsze, to byłoby fajnie.
Ale nie zawsze jest fajnie. – Każda ściana ma swoje zaburzenia, zdarzają się uskoki – wyjaśnia kierownik Pukowiec. – Te zaburzenia pojawiają się i znikają. Kiedy się pojawiają, zdarzają się problemy z płynnością wydobycia.
Ściana S1, w której pracuje obecnie brygada przodowego Lebiedzika, jest dobra. W ciągu doby wydobywa się z niej około 2500 ton węgla.
W rozmowie wracamy do wyposażenia technicznego ściany. Górnicy podkreślają, że obecnie urządzenia i maszyny są bardziej wydajne i mniej awaryjne. Podkreślają, że coraz więcej w nich elektroniki.
– Jak ja zaczynałem pracę w kopalni w 1983 r., to węgiel urabiało się strugami – wspomina kombajnista, Józef Baranowski. – Obudowy były pojedyncze. Pierwsze kombajny miały napęd hydrauliczny. Teraz wszystkie są z napędem elektrycznym i sterują nimi komputery.
Czy górnicy mieli obawy przed obsługą nowoczesnych, nafaszerowanych elektroniką urządzeń? – Elektronika schodziła na dół etapami. Ludzie się do nowoczesności stopniowo przyzwyczajali i w końcu ją zaakceptowali – wyjaśnia kierownik oddziału.
Prawie wszyscy górnicy z brygady dojeżdżają do „Pniówka” z okolicznych miejscowości. Odległości są różne, od 20 do 70 kilometrów.
Najdalej do pracy ma Wiesław Żydek. Do kopalni dojeżdża aż z okolic Andrychowa. Codziennie pokonuje autobusem w obie strony 140 kilometrów. Autobus jest pełny.
– Pracy szukałem w stanie wojennym – opowiada Żydek. – Wtedy nie było przyjęć nowych ludzi do kopalń. Przyjęli mnie dopiero na Pniówku, no i już tu zostałem. Ale jeszcze tylko rok i odchodzę na emeryturę.
– Jakim szefem jest wasz przodowy? – pytam.
– Jest tak dobrym człowiekiem, że mówimy na niego „tata” – odpowiadają.
Henryk Lebiedzik nie wywodzi się z rodziny o tradycjach górniczych. A mimo to górnikami są także dwaj jego bracia, a od niedawna również bratankowie. On sam miał zajmować się rolnictwem. Dlatego skończył Technikum Mechanizacji Rolnictwa.
– Stwierdziłem jednak, że więcej zarobię w górnictwie i dlatego przyszedłem na Pniówek – wyjaśnia swój wybór Lebiedzik. – Ta kopalnia jest najbliżej Kiczyc, gdzie mieszkam od urodzenia. Efekty mojej pracy na dole zostały docenione, bo po 14 latach zostałem przodowym. Z górnictwem tak się zżyłem, że nie widzę siebie w innym zawodzie.