Na nasze górnictwo patrzy się przez warszawskie demonstracje
To już Pańska trzecia kadencja w parlamencie, i to zarówno na ławach poselskich, jak i senackich. Czy przez te lata zmienił się sposób widzenia Śląska i górników przez mieszkańców stolicy oraz innych regionów kraju?
Niezmiennie jest to zły wizerunek. O górnikach mówi się przeważnie przy okazji burd i demonstracji, żądań płacowych i emerytalnych. Są postrzegani jako roszczeniowa grupa zawodowa, skora do ulicznych awantur. Czasami, gdy dochodzi do tak spektakularnych katastrof, jak dwa lata temu w „Halembie”, wtedy tak zwana reszta kraju uświadamia sobie, co to właściwie znaczy pracować pod ziemią. Wkrótce jednak zapomina się o wypadkach w górnictwie i w świadomości Polaków na pierwsze miejsce powraca stereotyp zamożnego lub zacofanego pod względem edukacyjnym Ślązaka.
Po katastrofie w „Halembie” mówił Pan w programie Moniki Olejnik, że gdy się wsiada do klatki, zjeżdża kopalnianym szybem, a następnie idzie mrocznym tunelem, rodzi się w człowieku szczególny strach. I jest to strach przed śmiercią, który tak samo odczuwają żony górników, które nieustannie się boją, czy ten ich chłop w ogóle wróci, a jeśli tak, to w jakim stanie. Czy to jest specyfika zawodu górniczego?
Tak można powiedzieć w pewnym uogólnieniu. Oczywiście, potrzebne są też kwalifikacje, umiejętności i uprawnienia. Ale w związku z tymi specyficznymi warunkami pod ziemią, nie wszyscy mężczyźni mogą pracować w górnictwie. To wymaga charakteru i męskości.
Stereotyp o Śląsku zamożnym ludzi kiepsko wykształconych nie ma pokrycia w dzisiejszych realiach. W naszym regionie mamy obecnie blisko 200 tysięcy studentów. Nigdy takiego pędu do nauki nie było. I co równie ważne, młodzież już nie dziedziczy zawodu po rodzicach. A pod względem dochodów wyprzedzają nas inne regiony.
No tak, ale trudno się z tymi faktami przebić i zmienić mentalność Polaków, która dla rządzących polityków jest wygodna. Stereotypami można łatwo uzasadnić podział unijnych środków, kierowanych dużym strumieniem na Wschód. Co ma rzekomo wyrównać dysproporcje rozwojowe, ponieważ w Katowicach, czy Poznaniu ludziom najlepiej się powodzi i żyje.
Górniczy etos, niezachwiane wartości moralne, rodzina niemal jak świętość, ludzie prości, ale zacni. Takiego Śląska i górników, jak Pan przedstawiał w swoich filmach, już nie ma. Nie żal, że ten Pana filmowy obraz Śląska ma już charakter historyczny?
Wszystko się zmienia dookoła nas. Dawny Śląsk przetrwał w małych, rdzennych społecznościach, w niewielkich osiedlach. Słynne kiedyś przykopalniane dzielnice zostały zdegradowane przez rabunkową reformę górnictwa, gdy nie patrzono na koszty ani ekonomiczne, ani społeczne zamykania kopalń. Powstały enklawy biedy, jaki w innych regionach trudno spotkać.
Bieda nie zna granic, jest wszędzie, ale inne miewa wyznaczniki. Śląsk nie jest szary, beznadziejny, pozbawiony szans rozwojowych, jak pokazuje go najnowsza kinematografia. Co możemy zrobić, by poprawić wizerunek naszego regionu?
Musimy po postu poczekać, aż dzisiejsi studenci dostaną dyplomy i zaczną być zauważani w tak zwanych salonach towarzysko-biznesowych. Na środki przekazu w poprawie wizerunku Śląska nie można liczyć. Telewizyjne ośrodki regionalne zostały zniszczone. Dobrze, że powstała w Katowicach prywatna telewizja Silesia, która emituje programy informacyjne o regionie, bo bez niej nic nie można byłoby się dowiedzieć.
Chyba jest Pan nieco niesprawiedliwy, przecież Magda Piekorz czy Wojciech Kuczok są twórcami znanymi w całej Polsce. A są także inni młodzi Ślązacy dobrze widziani na kulturalnej mapie Polski.
Kilka jaskółek wiosny nie czyni. Ponadto Magda Piekorz dobiega już 40., podobnie jak Kuczok. Na prawdę niewielu jest twórców ze Śląska o powszechnie znanych nazwiskach. W publicznych mediach trudno doszukać się misji. Pokazuje się to, co głupie i dobrze się sprzedaje, bo każdy chce zarobić.