Po 30 latach przygody z wędkarstwem Sławomir Nowak wciąż traktuje ją jako swoisty hazard.
– Bywa, że koledzy dopytują: skoro jeździsz na ryby, to ile musisz ich złowić, żeby zwróciły ci się wydatki. Jest to dla mnie ciekawość zupełnie niezrozumiała. Nie wyjeżdżam nad wodę z nastawieniem, że muszę cokolwiek złowić. Wędkarstwo to emocje, to przyjemność obcowania z naturą. Ryba doprawdy schodzi przy tym wszystkim na dalszy plan. Kiedy zarzucasz wędkę, kiedy obserwujesz „harce” spławika, czujesz dreszczyk: gruba ryba czy drobnica? To jest w tym wszystkim najpiękniejsze – opowiada.
W obiegowym mniemaniu wędkarstwo uchodzi za ulubione zajęcie górników. Owszem, 40-letni Sławomir Nowak ma za sobą prawie 20 lat dołowego stażu w Oddziale Mechanicznym kopalni „Mysłowice-Wesoła”, ale wędkarstwem „zaraził się” już jako dziesięcioletni chłopak.
– Na początku wymykałem się na ryby niedaleko domu – nad zbiorniki i rzeczki w Sosnowcu i okolicy. Kiedy już się zmotoryzowałem, przyszła kolej na nieco dalsze wyjazdy – wspomina.
Nad Odrą w Koźlu
Te dalsze, weekendowe i rodzinne już wyprawy sięgają nawet 200 km od domu. Oprócz wędkarskiego majdanu Nowakowie pakują wtedy do auta także namioty i rowery.
– Sprzykrzyło mi się wędkowanie w Przeczycach i Dziećkowicach. Cóż to za ucieczka od codzienności, jeśli stoi się nad wodą prawie łokieć w łokieć z sąsiadem. Często bywa przy tym tak, że zarzucają oni wędki, po czym oddają się zupełnie innym, coraz hałaśliwszym „rozrywkom”. Dlatego najchętniej wybieramy się nad Odrę do Koźla. Mamy upatrzone miejsce, gdzie jest spokój, cisza, dziki brzeg, nie zniszczona ludzką ręką przyroda. Żona z córką wsiadają na rowery, a ja rozstawiam wędki. Jest leszcz, płoć, kleń, trafi się sandacz – opowiada.
Przed 11 laty Sławomir Nowak po raz pierwszy popróbował łowienia w Bałtyku.
– Namówił mnie kolega. W trójkę – sami nowicjusze – zaczęliśmy jeździć do Łeby na dorsze. Na miejscu wynajmowaliśmy niewielki kuter, przerobiony z wojskowego ścigacza. Szyper uczył nas morza i odnajdywania ławic. Wędkowanie w morzu, to zupełnie inna przygoda. Inny sprzęt, inne przynęty. Wiosną, kiedy dorsz przychodzi na płytsze wody, wychodziliśmy 10-12 mil od brzegu, natomiast jesienią – wraz z ociepleniem wody – do 30 mil. Dorsz ma swoje kryjówki. Między innymi można go spotkać wokół wraków zatopionych okrętów. Każdy szyper zna takie miejsca. Z rejsu wracałem z 10–20 sztukami dorszy – opowiada Sławomir Nowak.
Po czterech latach wędkarz z Sosnowca zraził się jednak do Bałtyku, albo powiedzmy lepiej, do sposobu, w jaki zaczęto tam traktować entuzjastów łowienia.
Odstręczająca pazerność
– W miarę, jak ten rodzaj wędkowania stawał się coraz popularniejszy, byliśmy coraz bardziej lekceważeni. Staliśmy się gatunkiem letników, z których trzeba wycisnąć jak najwięcej grosza. Kuter trzeba już było rezerwować 2-3 miesiące naprzód. Ktoś nie dojechał – szyper albo odmawiał wyjścia w morze, albo żądał „wyrównawczej” zapłaty. Liczył się pieniądz, a klient schodził na dalszy plan. Przedtem, dajmy na to, szyper zabierał w morze lód, aby złowiona ryba się nie psuła. Z czasem zaniechał tej fatygi. W morze zaczęły wychodzić coraz większe jednostki, zabierające po 20–30 osób. Zaczęło to przypominać tramwaj w godzinach szczytu. W końcu mieliśmy dość – zżyma się na tamto zdzierstwo Nowak.
Gdzieś tak przed siedmiu laty miłośnicy morskiego wędkowania spotkali się na przyjacielskiej imprezie, zakrapianej co nieco czymś słuszniejszym.
– „Jedziemy do Norwegii!” rzuciłem kolegom trochę podochocony. W lot kupili pomysł – śmieje się pan Sławomir.
Po „wędrówce” w internecie wypadło na Lofoty, wydłużony archipelag wysp, ostro wcinających się w wody Morza Norweskiego. Na pierwszą wyprawę wyruszyli w czwórkę w 2002 r.
– Zwiedziłem już kawał Europy, ale w Norwegii zakochałem się „od pierwszego wejrzenia”. Przy tym Lofoty, to kraina wysokich poszarpanych szczytów, wyrastających prosto z kryształowo czystego morza, to prawdziwa kwintesencja norweskiego krajobrazu. No, i Norwegowie – wspaniali, przyjaźni, życzliwi gościom ludzie – przekonuje Sławomir Nowak.
„Czytanie” morza
Na Lofotach wędkarz z Sosnowca na nowo uczył się morza.
– Byłem kiedyś ratownikiem wodnym nad Bałtykiem. Ten epizod nauczył mnie respektu dla morza. Morze Norweskie wzmaga ten szacunek. Wypływasz 100 m od brzegu i echosonda wskazuje 120–200 m głębokości. Woda za burtą ma 5 stopni C. Wypadnięcie z łodzi kiepsko rokuje – opowiada.
Także jako wędkarz na nowo uczył się „czytać” morze. Na Bałtyku nie występuje przecież – ważne dla zachowania ryb – zjawisko przypływu i odpływu.
– Na miejscu wynajmujemy domek na kilka osób i łódź. Radzimy sobie sami, bez opieki miejscowego szypra. Począwszy od pierwszej wyprawy wciąż uczymy się metodą prób i błędów – mówi wędkarz
Sławomir Nowak upodobał sobie morskie drapieżniki: dorsza, czerniaka, halibuta, karmazyna, zębacza pasiastego...
– Zębacz budzi grozę swoim uzębieniem, przystosowanym do kruszenia krabów. Ma prawdziwie bandycką naturę. Wciągając go do łodzi trzeba się pilnować, aby ręce trzymać z dala od szczęk – mrozi opowieścią o głębinowym „potworze”.
Na wędkowanie w Morzu Norweskim Nowak wybiera się zazwyczaj w maju.
– Całą dobę jest wtedy widno. Człowiek zapomina o zegarku. Odcumowujemy z przystani, kiedy zachęca do tego stan morza. Łowiąc w czwórkę, po mniej więcej 8 godzinach wracamy z 200–250 kg ryb – mówi.
Ryba życia przede mną
Nowakowi trafiały się już dorsze ważące 20 kg. Ale spodziewa się, że rybę życia wciąż ma jeszcze przed sobą.
– Kiedyś wydawało mi się, że mogę wyciągnąć każdą rybę. W Norwegii przekonałem się, jak fałszywe było to wyobrażenie. W tutejszej chłodni zdarzyło mi się zobaczyć na palecie, pociętego na dzwonka, halibuta. Kiedy „poskładałem” sobie w głowie te dzwonka, oszacowałem, że musiał mieć co najmniej 150-200 kg. Takiej ryby nawet w kilka osób nie da się wyciągnąć z morza. Sam nie wiem, jak duża ryba wzięła na zastawioną przeze mnie przynętę. Kilka razy – kiedy wybrała całą żyłkę, a właściwie plecionkę o wytrzymałości 36 kg – musiałem się poddać bez walki – wspomina.