W ostatni poniedziałek kwietnia w zbiorniku poeksploatacyjnym w Goleszowie swoje umiejętności ćwiczyli ratownicy górniczy – nurkowi. Twierdzili, że warunki są tam podobne jak podczas akcji w kopalni.
Trzymać wysoką sprawość
– Woda zimna, zamulona, trudno w niej coś zobaczyć i nie wiadomo, na co człowiek natrafi, gdy o parę metrów oddali się od brzegu – zapewniał Harald Deege.
Ćwiczenie były rutynowe, czyli zaplanowane. Każdego roku przechodzą trzy podobne na otwartych zbiornikach i jedno na basenie. Co sześć miesięcy mają specjalistyczne badania lekarskie, w tym neurologiczne i laryngologiczne. W zastępie nurków jest 18 osób, w tym czterech kierowników prac podwodnych i tyleż samo lekarzy. Organizacyjnie są podporządkowani Okręgowej Stacji Ratownictwa Górniczego w Wodzisławiu Śląskim. Na co dzień pracują na różnych stanowiskach w kopalniach. W sytuacjach zagrożenia mogą zostać wezwani do akcji na terenie całego kraju. Czuwają nad wszystkim zakładami górniczymi.
– Musimy utrzymywać wysoką sprawność przez cały rok, bo nigdy nie wiadomo, kiedy będziemy potrzebni. To nie jest zwykłe nurkowanie dla relaksu czy pasji poznawczej – zauważa Grzegorz Czwiorok.
Kilka lat temu byli bardzo często wzywani do szukania i wyławiania topielców z różnych zbiorników. Teraz, po reorganizacji służb ratowniczych, takich zadań mają znacznie mniej. Pole ich ratowniczej aktywności zawęziło się do zakładów górniczych
Borynia bazą górniczych nurków
Kiedyś, czyli do 1970 roku, przy OSRG w Bytomiu działało specjalistyczne, zawodowe pogotowie nurków. Później przykrojono je do zmieniających się potrzeb przemysłu wydobywczego, w którym zagrożenia wodne zaczęły ustępować innym, np. metanowemu czy tąpaniami.
Specjalistyczny sprzęt przekazano do kopalni „Borynia”, która stała się od 1974 roku bazą pododdziału ratowników górniczych-nurków. Każdy z nich musi posiadać zawodowe uprawnienia wydane przez Urząd Morski w Gdyni. Są przygotowywani do wykonywania trudnych zadań pod presją czasu, sprzężonych ze sobą kilku zagrożeń (np. wodnego, wyrzutu skał i wybuchu metanu) oraz w izolacji od otoczenia. Są niczym saperzy, nawet najmniejszy błąd, czy przeoczenie mogą przepłacić życiem. Do ratownictwa trafili z własnej woli. Nikt ich nie nakłaniał. Nurkowali podczas służby wojskowej lub w latach młodości dla przyjemności i sprawdzenia siebie w niezwykłych sytuacjach.
W Goleszowie forsowali się umiarkowanie. Przyjechali wcześnie rano. Po obowiązkowych badaniach lekarskich, na trawniku rozciągnęli wysłużony dywan, który jest ich polową przebieralnią. Wokół rozłożyli sprzęt: aparaty powietrzne nurkowe ważąc ponad 20 kilogramów, skafandry z kapturowymi maskami zasłaniającymi całą twarz, płetwy, liny, urządzenie łączności, palnik do spawania Broco.
Proza nurkowego życia
Mieli jedno zadanie: przeciąć pod wodą grubą, zardzewiała rurę. Czyli była to proza nurkowego życia. Z identyczną sytuacją mogą się spotkać w każdej akcji ratowniczej, do której zostaną wezwani. Do zejścia pod wodę ubrało się trzech nurków, jeden na wszelki wypadek, gdyby nagle musiał zastąpić pod wodą któregoś z kolegów. Harald Deege i Dariusz Jasiński poradzili sobie z podwodnym spawaniem. Nie potrzebowali pomocy. Przez cały czas ich pobytu pod wodą łączność z nimi utrzymywał Mirosław Mikołajec.
Nowoczesność i tradycja
Nie zawierzali jednak bezgranicznie radiowej telefonii. Do kombinezonów nurków przywiązano liny nie po to, by je nimi wyciągać, leczy by zapewnić im również tradycyjną sygnalizację alarmową przez pociąganie sznura. Na brzegu zbiornika asekurowali ratowników Grzegorz Czwiorok i Marian Mucha. Akcją dowodził Jerzy Krótki, dyrektor OSRG w Wodzisławiu Śląskim.
Od 1974 roku, czyli od kiedy nurkowie przeszli do naszego okręgu, brali udział już w około 70 akcjach na dole kopalń. Przeważnie dotyczyły one zabezpieczenia mienia. Wymieniali zasuwy w rurociągach. Wykonywali korki wodne. Czasami musieli wiercić otwory, by woda mogła spływać z zalanych wyrobisk. Takie roboty, choć niezbędne dla bezpiecznego funkcjonowania kopalń, nie zapadają w pamięć. Wspomina się te najbardziej spektakularne.
W 1986 roku uratowali życie górnikom w kopalni „Rozbark”, którym woda odcięła drogę wydostania się z wyrobiska. Ratownicy-nurkowie dopłynęli do nich i wyprowadzili ich stamtąd. W ubiegłym roku nasz zastęp nurków, po kilku latach względnego spokoju, przeszedł duży sprawdzian swoich umiejętności w „Halembie”.
Przygotowali zaizolowany rejon ściany w pokładzie 506 na poziomie 1030 metrów do wizji lokalnej ekspertów. Przez blisko pół roku, od listopadowej katastrofy, w której zginęło 23 górników, nikt tam nie wchodził. Trzeba było usunąć korki wodne. Odwodnienie i przewietrzanie tego rejonu podzielono na dziewięć etapów, dwa pierwsze wykonywane pod wodą. Warunki były bardzo trudne. Woda była zasolona, widoczność słaba, temperatura wysoka. Pierwszego dnia tej akacji, po dziewięciu wyczerpujących godzinach, pracę nurków trzeba było przerwać.
Nazajutrz poszło im nieco łatwiej. Udowodnili, że potrafią wykonać najbardziej skomplikowane zadania. Pod ziemią lustro wody znajduje się niekiedy tuż pod stropem, nie mają szans na wynurzenie.