Handel: te ograniczenia to krok ku normalności

fot: Andrzej Bęben/ARC

Pod koniec marca w Polsce funkcjonowało ponad 14,5 tys. aptek, 5 proc,. z nich należy do kapitału zagranicznego

fot: Andrzej Bęben/ARC

Trzeba cywilizować rynek pracy w Polsce, a ograniczenie handlu w niedzielę to tylko jeden z potrzebnych kroków. Mamy nieefektywną i szkodliwą pod wieloma względami kulturę organizacyjną, korporacyjną i kulturę pracy - mówi PAP ekspert ds. rynku pracy Łukasz Komuda. Obywatelski projekt ustawy w sprawie ograniczenia handlu w niedzielę marszałek Sejmu w miniony czwartek (22 września) skierował do pierwszego czytania.

Pod projektem podpisało się 518 tys. osób, akcję zbierania podpisów koordynował przede wszystkim NSZZ Solidarność. Projekt zakłada zakaz handlu w niedziele w większości placówek handlowych z wyjątkiem m.in. stacji benzynowych, kwiaciarni, piekarni i aptek.

Według Komudy, eksperta z portalu Rynekpracy.org, działania te są konieczne, bo polscy szefowie traktują swoich pracowników "jak parobków na folwarku", płacąc minimalne stawki, zmuszając do pracy po godzinach w dni wolne czy stosując mobbing. Z kolei pracownik - wskazywał - w takich warunkach często nie daje z siebie wszystkiego, niepilnowany "obija się", marnuje zasoby firmy, nie chce też rozwijać się i "kombinuje".

- To zjawisko i jego efekty (na przykład duża rotacja, brak identyfikacji pracownika z miejscem pracy, brak inwencji i zaangażowania menedżerów) wpływa na niską efektywność pracy w Polsce, a więc także negatywnie odbija się na polskiej gospodarce i jej globalnej konkurencyjności. Zakaz pracy w niedzielę jest wprawdzie małym krokiem na drodze cywilizowania rynku pracy, ale każdy krok w stronę normalności, którą znamy z Europy Zachodniej, gdzie w niedzielę w większości państw nie pracuje się wcale lub tylko w ograniczonym stopniu, może przybliżać nas do przełamania tego folwarcznego przekleństwa - przekonywał Łukasz Komuda.

Ekspert uważa, że reformę, poprawiającą sytuację pracowników, warto przyjąć, nawet jeśli może się to wiązać z pewnymi kosztami.

- Trzeba się liczyć z utratą pewnej liczby miejsc pracy. Przynajmniej na początku pracę może stracić część sprzedawców, choć na pewno nie co siódmy, jak straszą niektórzy. Ograniczenie handlu w jeden, określony dzień tygodnia nie zmniejszy co prawda poziomu konsumpcji, ale spowoduje przesunięcie sprzedaży na inne dni i inne, mniejsze sklepy. Ale w dłuższej perspektywie, np. 12-18 miesięcy przedsiębiorstwa handlowe nauczą się już funkcjonować na nowych zasadach, ocenią, jakie zasoby są im potrzebne, a skoro ruch w pozostałe dni wzrośnie, to stanie się konieczne uzupełnienie kadr - ocenił Łukasz Komuda.

Argumentował, że w Polsce od wielu lat normą jest narzucanie pracownikom obowiązków, którym ledwo są w stanie podołać, więc wydaje się mało prawdopodobne, by dotychczasowemu personelowi udało się obsłużyć ruch o jedną szóstą większy niż do tej pory w dni od poniedziałku do soboty. Jego zdaniem zatrudnienie w handlu wzrośnie więc z czasem i dobije blisko poziomu sprzed zmiany.

- Gorzej wygląda sytuacja, jeśli chodzi o zamówienia sektora handlowego na zewnętrzne usługi, np. ochroniarskie czy sprzątania. Będzie mniej zleceń, bo mniej dni, w jakie mogłyby je wykonywać firmy i pracownicy z tych branż. Nie będzie dwukrotnego sprzątania w sobotę czy podwójnej liczby ochroniarzy w ten dzień, by wyrównać ubytek w niedzielę - zauważył Komuda.

Ekspert uważa szacunki sieci handlowych, które spodziewają się ubytku ok. 40-50 tys. miejsc pracy - za zawyżone.

- Zresztą nawet jeśliby wziąć je za dobrą monetę, to nie mówimy tu o dużej skali zwolnień, bo w Polsce pracuje ok. 16 mln ludzi, a w handlu - 2 mln. Ponadto pamiętajmy, że chodzi tu o kiepskie miejsca pracy, jedne z najgorszych w polskiej gospodarce pod względem wynagrodzenia, warunków pracy i popularności umów śmieciowych. Tymczasem wielu pracujących w niedziele nie ma umowy o pracę, więc nie może liczyć na wynikające z Kodeksu pracy dodatki albo rekompensaty z tytułu pracy w niedzielę.

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Według prognoz KE, polska gospodarka będzie jedną z najszybciej rozwijających się w UE

Komisja Europejska prognozuje, że polska gospodarka będzie jedną z najszybciej rozwijających się w UE - podkreśliło Ministerstwo Finansów w komentarzu do prognoz KE. Bruksela spodziewa się wzrostu PKB Polski w 2026 r. na poziomie 3,5 proc.

Miliardy z ETS w worku bez dna. Jak rząd Morawieckiego przejadł pieniądze na transformację

Temat unijnego systemu handlu uprawnieniami do emisji (EU ETS) od lat budzi w Polsce ogromne emocje. Przez jednych nazywany „unijnym podatkiem od CO2”, przez innych „klimatyczną kroplówką dla budżetu” – system ten stał się centralnym punktem debaty o polskiej energetyce i kosztach życia. Stał się też tematem protestu związkowego (20 maja w Warszawie) wielu branż, dla których jest kamieniem u szyi. Prezydent Karol Nawrocki proponuje m.in. w jego sprawie przeprowadzić ogólnokrajowe referendum. Problem w tym, że udział w proteście brali też politycy prawicy, którzy za przyjęcie tego systemu odpowiadają, ale próbują to wymazać z publicznej świadomości. Ponad 85-90 proc. z ponad 130 mld zł „rozpłynęło się” w ogólnym worku budżetowym, służąc do finansowania bieżących obietnic politycznych i osłon socjalnych. Na energetykę poszło – 1,3 proc. tej kwoty.

Niższy wzrost PKB i wyższa inflacja wpływają na rynek pracy

Niższy wzrost PKB i wyższa inflacja negatywnie wpływają na rynek pracy - napisali ekonomiści Banku Pekao w komentarzu do danych GUS. Ich zdaniem, ten wpływ będzie także widoczny w roku przyszłym.

Osoby między 18 a 20 rokiem życia zadłużone na niemal 100 mln zł

Niemal 100 mln zł to łączna kwota długów ponad 31 tys. osób między 18 a 20 rokiem życia - wynika z danych BIG InfoMonitor. Niemal połowa tej kwoty to zobowiązania pozakredytowe, np. mandaty za jazdę na gapę, czy nieopłacone rachunki za telefon lub internet.