fot: ARC
fot: ARC
Reprezentacja Polski to spełnienie Pańskich marzeń i aspiracji zawodowych?
- Jeszcze nie jestem jej trenerem, ale mam nadzieję, że PZPN postawi na mnie. A w ogóle co to za pytanie. Jasne, że marzę o tej posadzie i byłaby to dla mnie wielka sprawa. Tak jak dla każdego piłkarza ligowego spełnieniem marzeń jest reprezentacja, tak również dla trenera klubowego najważniejsza jest kadra. To naturalne, że człowiek chce się rozwijać zawodowo, by w końcu objąć reprezentację.
Wcześniej był Pan pomijany przy wyborze trenera reprezentacji z powodu niewyparzonego języka i bezkompromisowego podejścia do swojej pracy. Czyżby teraz „Franek” Smuda porzucił swoją hardość i poszedł na ugodę?
- Nadal jestem bezkompromisowy. Z niczego nie rezygnuję i nie porzucam moich twardych zasad. Wiem jednak, że opinia publiczna, kibice są po mojej stronie. Skoro im odpowiadam, to coś w tym musi być. A ja na żadną ugodę nie idę, nadal twardą ręką prowadzę swoje zespoły. Tak jest również w Zagłębiu Lubin. Gdybym został wybrany, to będą ze mną tylko ci, którzy chcą grać i wkładają w grę całe serce. Ja nie wchodzę w żadne układy!
Jak to właściwie jest, Franciszek Smuda został już trenerem reprezentacji Polski, czy też jest na razie jednym z kilku kandydatów?
- Ja w ogóle nie powinienem się teraz wypowiadać na temat nowego trenera kadry i tylko czekać na decyzję PZPN-u. To zresztą nie jest tylko wybór PZPN-u, czy samego Grzegorza Laty. Chodzi także o to, że większa część społeczeństwa mnie chce, że mam za sobą poparcie kibiców. I to jest bardzo ważne, jednak ostateczną decyzję podejmie specjalna komisja w PZPN-ie. Ale to całe gremium musi się także liczyć z wolą kibiców.
A czy nie jest tak, że PZPN, stawiając na Pana, chce zakneblować usta kibicom, by wytrącić im argumenty w walce ze „związkowym betonem”? Wybór Franciszka Smudy to może być także sprytny manewr dyplomatyczny szefów PZPN-u.
- Ja tak nie uważam. Z kibicami trzeba się liczyć i ich opinia jest bardzo ważna. Jeśli oni mnie chcą, to nic innego mnie specjalnie nie interesuje. Mnie było ich żal w trakcie ostatnich mistrzostw Europy, gdy wspaniale dopingowali biało-czerwonych, ale nie doczekali się zwycięstw. To się musi zmienić, nasi kibice zasługują na reprezentację, która znów zacznie wygrywać. I tak będzie, a ja chcę coś zrobić dla polskiego kibica. To nie może być tak, że w Sosnowcu, gdzie gra swoje mecze ligowe Cracovia, są praktycznie puste trybuny. Tak się nie da budować w Polsce mocnej piłki.
Nigdy nie wstydził się Pan swoich związków ze śląską ziemią. Czy, w razie objęcia funkcji trenera kadry, nie zapomni Pan o swoich korzeniach a kadra będzie omijać Stadion Śląski szerokim łukiem?
- Jestem Ślązakiem z krwi i kości i nigdy się tego nie wstydziłem. Urodziłem się w Lubomi koło Wodzisławia i bardzo emocjonalnie jestem związany z tym terenem. A tak w ogóle to jestem pod wrażeniem gry niektórych śląskich drużyn, zwłaszcza Ruchu Chorzów i Polonii Bytom. Dzięki nim śląska piłka znowu ożyła, region zyskał na wartości. Reprezentacja na pewno nie zapomni o Śląsku.
Mówiąc o swoich związkach z Górnym Śląskiem, nie wspomniałeś o wątku górniczym...
- Gdy pod koniec lat 60. grałem w Odrze Wodzisław, byłem prowadzony na miejscowej kopalni „1 Maja”. Ale to oczywiście była fikcja, gdyż nigdy nie pracowałem w górnictwie. Co innego mój brat, który skończył Akademię Górniczo-Hutniczą i był dyrektorem w dawnej Rybnickiej Spółce Węglowej, wchodzącej obecnie w struktury Kompanii Węglowej.