Czas skończyć z „tisze jediesz, dalsze budiesz”

Kolorz bkulakowski

fot: Bogdan Kułakowski

fot: Bogdan Kułakowski

Umówiliśmy się z Dominikiem Kolorzem, że porozmawiamy o przygotowaniach związkowców do strajku generalnego, którym związkowcy chcą zatrzymać proponowane przez rząd Donalda Tuska nowe rozwiązania emerytalne. Rozmowa z szefem górniczej „Solidarności” musiała jednak wcześniej czy później zejść na tematy branżowe. Ostre słowa nie muszą wszystkim się podobać, ale warto się nad nimi pochylić, bowiem Dominik Kolorz to człowiek, o którym trudno powiedzieć „populista i demagog”.

Rozmowa z Dominikiem Kolorzem, przewodniczącym górniczej „Solidarności”

Dojdzie do zapowiadanego strajku generalnego?
- Nie w najbliższym czasie. Po pierwsze, dlatego, że wiodące centrale związkowe – „Solidarność”, OPZZ, „Forum” oraz „Sierpień 80” – mimo pozornego współdziałania wciąż ze sobą konkurują. Po drugie, dlatego, że środki masowego przekazu w kontekście emerytur pomostowych i kapitałowych oraz ustaw zdrowotnych – przepraszam za sformułowanie – mataczą. Media przedstawiają opinii publicznej tylko jedną stronę medalu, czyli opinię strony rządowej. Związkowcy nie mają takich możliwości medialnych, by poinformować pracowników zatrudnionych w warunkach uciążliwych i szkodliwych, że stracą swoje uprawnienia emerytalne ci wszyscy, którzy podjęli pracę po 31 grudnia 1998 roku. A kto wie, że ustawa o emeryturach kapitałowych wyeliminowała dziedziczenie emerytur? Okazuje się bowiem, że dziedziczenie jest możliwe tylko po osobie, która zmarła przed 65 rokiem życia. Ba, jeżeli nie umrze po 17 miesiącach od daty przejścia na emeryturę, to także po tej osobie emerytury nikt dziedziczyć nie będzie. Słowem – PRL, czyli… popieraj partię czynem, umieraj przed terminem. Ludzie nie wiedzą, że pieniądze, które zbierają w funduszach emerytalnych mogą stracić, a na ich pieniądzach zarobi wielki biznes.

Problem jednak nie dotyka górników, którzy mają własną ustawę emerytalną. Chce Pan zatrzymywać kopalnie dla… nauczycieli czy stoczniowców? Kto z nich walczył o górnicze emerytury?
- Nikt z nich, ale w ten sposób górnicy mogą pokazać, że istnieje jeszcze coś takiego jak solidarność społeczna. Czasami odnoszę wrażenie, że powracamy do czasów, w których obowiązywała reguła „dziel i rządź”. Według tego schematu najlepiej się rządzi społeczeństwem serwując mu reformy, które niekoniecznie są w interesie społecznym.

Mówi Pan o solidaryzmie społecznym, podczas gdy górnicze związki zawodowe nie potrafią się porozumieć w wielu podstawowych sprawach. Już to widzę, jak „Solidarność” idzie ręka w rękę z „Sierpniem 80”.
- Proszę wybaczyć, ale chyba nie był Pan obecny na czerwcowej demonstracji „Sierpnia 80”, w której udział wzięła „Solidarność”.

Wyobraża sobie Pan współpracę na dłuższą metę?
- Wyobrażam sobie. Proszę prześledzić ostatnie 3-4 lata, oprócz kilku niewielkich scysji, współpracowaliśmy ze sobą przyzwoicie.

Nie pamięta Pan, jak „Sierpień 80” wołał pod waszym adresem „sprzedawczyki”?
- Ucieka Pan w odległą historię, takie incydenty miały miejsce 5-6 lat temu. Patrząc na kolegów z „Sierpnia 80” przyznam, że jakieś 10 lat temu zachowywaliśmy się podobnie, a może i ostrzej.

„Solidarność” wydoroślała i wyrosła z zadym?
- Nauczyliśmy się trzymać dystans wobec polityki, bo dostaliśmy nieźle po dupie, kiedy w latach 1998–2001 włączyliśmy się do AWS-u. Obecnie to „Sierpień 80” aspiruje do wielkiej polityki poprzez fakt, że jednocześnie stanowi Polską Partię Pracy. Dlatego nierzadko w podtekście działania tego związku – często bardzo słusznego – kryje się chęć wprowadzenia PPP do Sejmu. Jak już się dostanie, znajdzie się w podobnej sytuacji, w jakiej my się kiedyś znaleźliśmy. Podkreślam jednak, że jestem w stanie współpracować z każdym, kto uczciwie podchodzi do problemów pracowniczych.

I odtąd żyli zgodnie i szczęśliwie… Panie przewodniczący, przecież wasza rywalizacja jest nieunikniona, gdy w kopalniach ubywa pracowników.
- Rywalizacja o „dusze” była, jest i będzie, zwłaszcza na poziomie zakładów. Rywalizacja musi mieć jednak oblicze merytorycznej konkurencji, bo na wzajemne opluwanie źle patrzą sami pracownicy. To musi się wreszcie skończyć.

Wracając do groźby strajkowej, czy nie uważa Pan, że czas kryzysu nie jest najlepszy dla spektakularnych protestów?
- Czas kryzysu gospodarczego…

Chce Pan powiedzieć, że jest najlepszy?
- Najlepszy na sprawdzian dla związkowców, ponieważ polscy menedżerowie w czasach kryzysu zwykle uciekają się do zwolnień pracowników, ewentualnie redukcji wynagrodzeń

Optymalizacja kosztów w czasach kryzysu jest czymś naturalnym. To przecież nie polski wynalazek.
- Staram się spojrzeć na to trochę głębiej. Myślę, że wszyscy przekonaliśmy się, że nie mamy co liczyć na „cudowną rękę rynku”. Doszliśmy do tego, że nawet największe prywatne korporacje, czy to w Stanach Zjednoczonych, czy w Europie, zaczęły zwracać się do Państwa o pomoc, chcąc zachować m.in. strukturę zatrudnienia, bo wiedzą, że po czasach upadków przyjdą czasy wzrostów.

Naszego górnictwa nie dotknęła „cudowna ręka rynku”, a jest jak jest.
- Owszem, nie dotknęła, bo odkąd mamy gospodarkę wolnorynkową, polskie górnictwo jest nieodpowiednio zarządzane. Wystarczy sięgnąć po przykłady z ostatnich kilku miesięcy, kiedy mieliśmy do czynienia z wyjątkową koniunkturą na światowych rynkach węglowych. W takich czasach każdy dobry menedżer sprzedaje towar po możliwie najlepszych cenach. A co mieliśmy u nas? Poprzez „sterowanie właścicielskie” Kompanii Węglowej zabroniono sprzedawać węgiel po dobrych cenach eksportowych, każąc sprzedawać węgiel krajowej energetyce po niskich cenach. Stało się tak tylko dlatego, iż problemy wydobywcze miał Katowicki Holding Węglowy. Z tego tytułu Kompania straciła setki milionów złotych.

Gdyby górnictwo było prywatne, nie byłoby tego rodzaju problemów, ale górnictwo polskie nie może być prywatne, bo związkowcy się na to nie godzą.
- Jednocześnie, gdyby było prywatne, mielibyśmy do czynienia z tym, co się dzieje obecnie w hutach należących do koncernu ArcelorMittal, czyli okazałoby się, że trzeba zamknąć część kopalń, zredukować zatrudnienie.

Dlatego powinien Pan nosić na rękach prezesów, a może i właściciela, którzy mimo nadchodzącego kryzysu zgodzili się na znaczące podwyżki dla górników.
- Gdyby ich nie podnieśli, w górnictwie nikt już by nie pracował. Górnictwo umierałoby śmiercią naturalną.

Zaraz, mam rozumieć, że uważa Pan, iż płace w górnictwie należą do niskich? Proszę spojrzeć w statystyki GUS-owskie.
- Proszę jednocześnie porównać dynamikę wzrostu płac w sektorze przedsiębiorstw i w górnictwie węgla kamiennego w ostatnich latach. Różnica była ogromna na niekorzyść górników, co skutkuje tym, iż wynagrodzenia w górnictwie nie należą już do najwyższych, weźmy np. energetykę czy miedź. Problem sprowadza się do tego, że kopalnie nie są już atrakcyjne płacowo dla młodych ludzi, bo co to jest 1000 złotych, które otrzymuje młody adept górnictwa na starcie? A ktoś przecież musi zastąpić tych, którzy odchodzą na emerytury.

Jak Pan ocenia politykę rządu wobec górnictwa węgla kamiennego?
- Trudno ocenić coś, co nie istnieje. Są jakieś zapisy, które powstały już za poprzednich gabinetów rządowych, ale nie są realizowane.

Co w tym złego, że rząd bazuje na doświadczeniach poprzedników? Poprzedni rząd też korzystał z rozwiązań swoich poprzedników.
- I w tym jest problem, że brakuje kontynuacji polityki Państwa wobec górnictwa. Przypomnę, że rząd PiS-u również stracił co najmniej półtorej roku. Niestety, przyznam z przykrością, że to, co robił minister Poncyljusz, wołało o pomstę do nieba. Przyjął on słuszne założenie, że należy wyrzucić z górnictwa kombinatorów. Kilku takich wyrzucił, ale w ich miejsce przyjął „własnych” kombinatorów. To za rządów ministra Poncyljusza powrócono do „dilerki” węglowej i w ten sposób poszedł na marne cały wysiłek, by na górnictwie nie zarabiali pośrednicy, tylko same kopalnie. W ten sposób doprowadzono do sytuacji, że nie można kupić węgla w kopalni za 500 zł, ale za to można go kupić dwie ulice dalej za 650 zł. Mam tu na myśli tak popularne ekogroszki.

Tyle, że zbudować sieć autoryzowanych sprzedawców działających na podobnych zasadach, co sieci producentów samochodów, w której obowiązywałyby wspólne ceny węgla, jest niezmiernie trudno, choćby dlatego, że węgiel jest towarem sezonowym. Pan chyba o tym doskonale wie?
- Wiem, że nie jest to łatwy do rozwiązania problem, niemniej się dziwię, że nie ma autentycznej sieci, w której to producent ustalałby relacje cenowe. Wspomniał Pan o sieci sprzedaży samochodów, która jest klasycznym przykładem. W przypadku takiego koncernu jak Volkswagen, to nie diler, a centrala w Niemczech ustala, jakie mają być ceny oferowanych przez dilera samochodów. Jeśli sprzedawca sprzedałby samochód drożej, już nigdy nie byłby dilerem Volkswagena. I tak to powinno działać również w górnictwie.

Stawia Pan ostrą tezę, iż nie ma polityki Państwa wobec górnictwa. Czy wcześniej była taka polityka?
- Zalążki dobrej polityki pojawiły się pod koniec rządów SLD, gdy resortem gospodarki kierował minister Piechota. Trzeba uczciwie przyznać, że wówczas powstało kilka dobrych dla górnictwa ustaw, które doprowadziły m.in. do oddłużenia górnictwa oraz wprowadziły nowy model organizacyjny górnictwa, choć i tu można by doszukać się mankamentów, jak choćby ten, że długi spółek węglowych miały pozostać w „spółkach-wydmuszkach”. To się jednak nie udało i do dziś Kompania Węglowa boryka się z potężnymi zaległościami. Pozytywnie oceniłbym również krótki okres urzędowania wiceministra Tchórzewskiego, który był człowiekiem dialogu, dzięki czemu udało nam się załatwić kilka ważnych spraw, np. strategię dla górnictwa. Aczkolwiek Tchórzewski nie do końca był decyzyjny, gdyż większe fory u premiera Kaczyńskiego miał Poncyljusz, który z drugiego szeregu wtrącał się do górnictwa.

Na jaki kredyt zaufania z Pana strony i górniczej „Solidarności” może liczyć pani minister Strzelec-Łobodzińska?
- Zwykle nie udzielam ludziom kredytu zaufania, oceniam ich po czynach. Po miesiącu pracy trudno ocenić działania pani minister.

A deklaracji dotyczącej pożyczki w Banku Światowym na rozwój górnictwa nie ocenia Pan pozytywnie?
- Mojej żonie od 22 lat deklaruję, że kupię jej futro i do tej pory tego nie zrobiłem.

Ja swojej żonie obiecałem już dawno, że zabiorę ją do hotelu spa i też się nie mogę wywiązać z obietnicy. Pożyczkę z Banku Światowego pewnie łatwiej załatwić, niż kupić żonie futro lub wziąć do spa? A poważnie, czy to nie jest dobry symptom podejścia Państwa wobec górnictwa?
- Wątpię w to, byśmy otrzymali od Banku Światowego pomoc akurat na rozwój naszego górnictwa. Nie przypominam sobie, by Bank Światowy udzielił Polsce pożyczki na działania rozwojowe, jeśli już, to na tzw. działania restrukturyzacyjne, które de facto polegały na likwidacji danych sektorów gospodarki, bo nie tylko na górnictwo szły pieniądze z tej instytucji. Bank Światowy działa na rzecz mocarstw gospodarczych, takich jak Stany Zjednoczone, a od niedawna też Rosja.

Narzeka Pan na Państwo, na zarządzających polskim górnictwem, ale proszę zauważyć, że taka kopalnia, jak „Bogdanka”, która wydobywa węgiel z zyskiem, inwestuje w swój rozwój, w której nie ma napięć społecznych, też istnieje w Polsce.
- Nie można odmówić zarządzającym tą kopalnią racjonalnego podejścia do węglowego biznesu. Aczkolwiek należy zwrócić uwagę, że jest to kopalnia o najlepszych warunkach geologiczno-górniczych w Polsce.
Tyle, że w latach 90. ta kopalnia przeszła drakoński program restrukturyzacyjny, o czym na Śląsku nie wszyscy chcą pamiętać.
Pamiętam, że kopalnia była bliska likwidacji, ale na szczęście do niej nie doszło. Pozwoli Pan jednak, że przytoczę kilka innych faktów. „Bogdanka” nie ma praktycznie żadnych zagrożeń naturalnych, wybiegi ścian są dwukrotnie dłuższe niż na Śląsku, a na powierzchni nie ma zabudowań, przez co kopalnia nie odprowadza odszkodowań za szkody górnicze, kopalnia korzysta w wymierny sposób z renty geograficznej. Warunki funkcjonowania „Bogdanki” są nieco inne niż na Śląsku.

A jak Pan wytłumaczy sukces czeskich kopalń, które fedrują po drugiej stronie granicy, a właściciel spółki Zdenek Bakala inwestuje w Polsce?
Mam wątpliwości czy można mówić o czeskim sukcesie. OKD jest producentem węgla koksowego i do tej pory powodzenie spółki wynikało z bardzo dobrej koniunktury na rynku światowym. Ciekaw jestem czy OKD będzie radziło sobie równie dobrze w sytuacji kryzysowej. Docierają do mnie sygnały, że Czesi już powoli mają problemy. Warunki pracy w kopalniach są dużo gorsze niż u nas, a i płace nie są obecnie rewelacyjne, bo zainteresowanie pracą w Czechach wśród polskich górników jest niewielkie.

Zgodzi się jednak Pan, że Czesi działają bardziej ofensywnie. Może dlatego, że mają prywatnego właściciela, a przez to nie są splątani gęstą siecią powiązań biznesowo-towarzysko-politycznych. Może ta większa swoboda działania ma decydujący wpływ na ich powodzenie?
- W jakiejś mierze muszę się z Panem zgodzić. Niestety, nad czym ubolewam na Śląsku mamy do czynienia ze swoistą karuzelą personalną. Jedni jadą na rowerku, czasami przesiadają się do bryczki, ale wszyscy i tak kręcą się na jednej karuzeli, na której dzielą się cukierkami. Żeby dostać się na tą karuzelę trzeba być albo niesamowitym menadżerem, ale i wtedy można być kopniętym i wypaść z tej karuzeli, albo trzeba mieć potężne przełożenia polityczne. Zgodzę się z Panem, że te „rodzinne” zależności nie sprzyjają funkcjonowaniu górnictwa na Śląsku.

Uważa Pan, że można ten obraz „rodzinny” zmienić?
- Pewnie gdyby nie zaniedbano sfery edukacyjnej w polskim górnictwie nie mielibyśmy do czynienia z takim obrazem, a przynajmniej problem byłby innego kalibru. A tak karuzela się kręci, młody, zdolny menadżer ma poważny problem, by na nią wskoczyć. Problem jednak w tym, że gdyby ktoś zatrzymał tą karuzelę i kazał wszystkim wysiąść, to nie byłoby dziś kim obsadzić wolnych miejsc. Polityka kadrowa ostatnich lat skutkuje coraz wyraźniej luką w zatrudnieniu, zwłaszcza na stanowiskach dozoru. Wprawdzie w ostatnim czasie kopalnie zaczęły znów przyjmować absolwentów szkół wyższych. Liczę zatem, że ich rozwój nie zatrzyma się gdzie na poziomie stanowisk kierownika oddziału. Świeża krew jest niezbędna w polskim górnictwie, bo obawiam się, że panowie z karuzeli zrobią wszystko co im góra każe, nieważne czy będzie to słuszne czy nie. Górnictwo potrzebuje młodzieńczej niepokory popartej wiedzą, potrzebuje ludzi otwartych na świat, na nowoczesność.

Którzy nie będą wyznawcami zasady „im tisze budiesz, dalsze jediesz”?
Dokładnie tak.

Rozmawiał: Jacek Srokowski

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Zwiedzili EC Szombierki. To była gratka dla miłośników historii techniki i architektury

20 czerwca Bytomianie mieli okazję zobaczyć z bliska, jak postępują prace związane z rewitalizacją Elektrociepłowni Szombierki. Podczas II Dni Otwartych zorganizowanych przez Grupę Arche uczestnicy zwiedzili jeden z najcenniejszych zabytków poprzemysłowych w regionie i poznali plany dotyczące jego przyszłego zagospodarowania.

Wyjątkowa wystawa w Bieruniu. Odkryj fascynujące tajemnice KWK Piast

Na rynku w Bieruniu stanęła plenerowa wystawa „Bieruńsko gruba. Moje miejsce na ziemi”. Ekspozycja, którą można oglądać od 20 czerwca, przedstawia historię KWK Piast oraz losy lokalnej społeczności związanej z zakładem. Prezentowane są na niej materiały archiwalne oraz fotografie autorstwa Tomasza Liboski.

Jacek Korski: Pamiątka z przeszłości, czyli historia niezwykła pewnego kombajnu

W poniedziałek 15 czerwca miałem okazję obserwować pod ziemią w Kopalni Guido w Zabrzu otwarcie i penetrację na zasadach akcji ratowniczej wyrobiska, w którym przypuszczano, że znajduje się prototypowy kombajn ścianowy KDS-1. Na zasadach akcji ratowniczej, bo tak stanowią przepisy górnicze. Takie działanie miało kilka pozytywów - pisze Jacek Korski.

Gotowi na wielką metropolię?

Czescy samorządowcy nalegają na szybkie powołanie do życia metropolii, która połączyłaby Katowice z Ostrawą. Ogłosili to podczas dorocznego, XXXII Spotkania Biznesu Czech, Polski i Słowacji, które odbyło się w ub. tygodniu w ostrawskim magistracie.