Atom z węglem w jednej parze
Bułgaria, Rumunia i Czechy mają swoje elektrownie atomowe. Dlaczego my nie mamy?
Najpierw, w latach 70. Rosjanie radzili nam wstrzymać się z budową do momentu, kiedy wszystko będzie sprawdzone. Inne kraje – Bułgaria, Rumunia, Czechosłowacja bardziej zabiegały i dostały elektrownie „czernobylskie”. Później do tematu próbował wrócić Jaruzelski i postawiono fundamenty elektrowni atomowej w Żarnowcu nad morzem, ale przyszedł „Czarnobyl” i na planach się skończyło. Miała to być elektrownia dostarczająca energię do pompowania wody w elektrowni szczyto-wo-pompowej, w której wytwarzany byłby prąd.
Chciano zwiększyć efektywność?
Celem elektrowni szczytowo-pompowych jest gromadzenie i wykorzystywanie energii potencjalnej wody w zbiornikach wyżej położonych po to, by w okresie szczytowego obciążenia sieci krajowych można było dodatkowo zasilać sieć w energię. Efektywność cieplna elektrowni atomowej jest niższa niż elektrowni węglowej i wynosi nieco ponad 30 proc. Reszta ciepła jest oddawana do środowiska, na przykład do morza. Tak się dzieje w Finlandii, Belgii, czy Holandii. Tam elektrownie budowane są nad morzem i jest ono wykorzystywane jako chłodziwo. Natomiast rodzi się idea, by elektrownię atomową połączyć z przetwarzaniem węgla. W elektrowni atomowej kogenerowanej z węglową efektywność może będzie jeszcze mniejsza, ale pozostałe 500–700 st. C. mogłoby być wykorzystywane do spalania węgla. Efektywność całego zespołu wyniosłaby wówczas ok. 70 proc., czyli bardzo dużo. Nie jest to jednak pomysł na dziś ani na jutro, lecz na znacznie bardziej odległą perspektywę.
Z czego będziemy w przyszłości czerpać energię?
Mówi się o wodorze, ale wodór nie jest sam w sobie paliwem pierwotnym – to znaczy – nie wydobywa się go, ani nie pozyskuje w inny sposób ze środowiska w czystej postaci, bo w takiej występuje w ilościach śladowych. Należy go dopiero odzyskać z innych nośników pierwotnych. Żeby mieć wodór, trzeba – dla przykładu – najpierw wydobyć węgiel, spalić go, wytworzyć prąd i przeprowadzić elektrolizę. Albo wytworzyć gaz wodny, czyli doprowadzić do reakcji rozżarzonego węgla z wodą. Jest też uran, którego wystarczy na Ziemi nawet do dwóch tysięcy lat. Być może zostanie opracowana technologia fuzji, czyli synteza izotopu wodoru do helu, a przy tym wydziela się ciepło podobnie jak w bombie wodorowej – tyle, że w sposób ciągły i kontrolowany. No i będzie energia ze źródeł odnawialnych, choć nie liczyłbym na nią w jakichś przemysłowych ilościach. Gdyby zaś zsumować energię geotermalną, to jej zasoby są na świecie dziesięciokrotnie większe, aniżeli ropy, gazu i węgla razem wziętych.