fot: ARC
Zbigniew Nowacki planuje kolejną wyprawę. Nie rozstrzygnął jeszcze, który szczyt pójdzie na pierwszy ogień
fot: ARC
Opowieści o przygodach Zbigniewa Nowackiego można by słuchać w nieskończoność, a o planach – drugie tyle. Ślusarz z kopalni „Piast” w Bieruniu postawił sobie ambitny cel: zdobycie Korony Ziemi. Właśnie wrócił z Australii, gdzie wszedł na Górę Kościuszki. Który to już z kolei szczyt? Szósty. Pozostały jeszcze trzy: Mount Everest, Mt Vinson i Carstensz Pyramid – wylicza wspinacz. Zaraz, zaraz... W szkołach matura, a tu coś nie tak z matmą! Siedem kontynentów i dziewięć szczytów?
- Kontynentów jest siedem, dlatego światowa nazwa tej idei to „Seven Summits”. Jednak, wbrew tej nazwie, w skład korony wchodzi tak naprawdę 9 szczytów. A wszystko przez rozbieżności w indywidualnej ocenie granic między kontynentami, dotyczące Europy i Australii – wyjaśnia Nowacki. – Za najwyższy szczyt Starego Kontynentu uznawany jest, leżący w Kaukazie, Elbrus (5642 m). Wielu jednak upiera się, że to już nie Europa. Dla nich najwyższym europejskim szczytem jest Mont Blanc (4807 m), położony w Alpach. W samej Australii najwyższym szczytem jest Góra Kościuszki (2228 m). Jednak w Australii i Oceanii, liczonej jako obszar jednego kontynentu, najwyższy szczyt to Carstensz Pyramid (4884 m), znajdujący się w Nowej Gwinei. Pozostałe górny nie budzą już wątpliwości: afrykański Kilimandżaro (5895 m), Aconcagua (6962 m) w Ameryce Płd., północnoamerykański McKinley (6194 m), leżący na Antarktydzie Mt Vinson (4897 m) oraz położony w Azji Mount Everest (8848 m).
Niezwykłe Kilimandżaro
W świat wyrusza sam, ale wcale nie dlatego, że jest samotnikiem. Po prostu wspinaczka kosztuje, a poza tym wymaga żelaznej kondycji, dużych umiejętności i wielkiego samozaparcia. Chętnych do wspólnych wojaży więc brakuje. Wyjątkiem był szczyt Kilimandżaro w Afryce. Pojechali we dwóch. To była jedna z najbardziej niezwykłych wypraw.
– Wchodzi się z poziomu równego morzu na wysokość 5895 metrów. Wrażenia niesamowite. Temperatury w nocy spadają poniżej zera. W ciągu dnia jest powyżej 40 stopni Celsjusza. Istny ukrop – opowiada.
Do Australii wspinacz z Bierunia wyprawił się w marcu. Sam, jak przysłowiowy palec. Najpierw dotarł do Sydney, a stamtąd, po kilkudniowym odpoczynku, wystartował w liczącą 600 kilometrów trasę, wiodącą przez stolicę kraju Canberrę.
– Punktem wyjściowym w góry była miejscowość Thredbo. Nosi ona miano zimowej stolicy Australii, bo w zimie jest tu dużo śniegu. To raj dla miłośników białego szaleństwa z całego kontynentu. Początkiem trasy na Górę Kościuszki jest strome, 600-metrowe podejście wzdłuż tras narciarskich, ale potem teren robi się płaski. Stamtąd do szczytu jest zaledwie siedem kilometrów. W połowie trasy rozbiłem namiot. Miała to być moja baza w kilkudniowej wędrówce po górach. Nocą przyszła niesamowita ulewa z huraganowym wiatrem. Miała taką siłę, że połamała stelaż namiotu i potargała materiał. Tak doczekałem do rana. Za dnia ruszyłem w kierunku szczytu i we mgle osiągnąłem wysokość 2228 m – opowiada o swej ostatniej wyprawie Nowacki.
Góra Kościuszki nie należy do trudnych. Lecz każdy wytrawny wspinacz dobrze zdaje sobie sprawę z faktu, że w górach wszystko zdarzyć się może, dlatego prócz ubrania i żywności trzeba do plecaka spakować trochę pokory.
Lód albo ludożercy
Teraz Zbigniew Nowacki planuje kolejną wyprawę. Nie rozstrzygnął jeszcze, który szczyt pójdzie na pierwszy ogień. Pokryty wiecznym lodem Vinson, czy raczej Carstensz, o którym krążą niesamowite opowieści.
– Siedem dni marszu przez dżunglę pełną dzikiej zwierzyny i plemion ludożerców to nie przelewki. Jeśli jednak w kimś drzemie duch wędrowcy, trudno oprzeć się i takim wyzwaniom – przekonuje.
Co ciekawe, dla Nowackiego „Korona Ziemi” byłaby w zasadzie na wyciągnięcie ręki, ale...
Do tej pory Koronę Ziemi zdobyło tylko ośmiu Polaków. Dziewiąty jest na dobrej drodze.